Ostatnio przeszłam przez dość ciężki okres, kiedy byłam praktycznie odcięta od bliskich przez kilka tygodni. Nie z wyboru, tak wyszło. I wtedy zaczęłam sięgać po runy częściej niż zwykle, prawie codziennie. Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze tak miał, że runy stały się czymś więcej niż tylko wróżeniem, bardziej takim... punktem odniesienia w ciszy? Ciężko to opisać. Czy to w ogóle ma sens z perspektywy pracy z runami?
To ma bardzo duży sens. Runy nie są tylko wyrocznią, to też system symboliczny, który zmusza do myślenia o sobie. Kiedy siedzisz sama z zestawem run i ciągasz je bez konkretnego pytania, to zupełnie inaczej pracuje głowa niż przy typowym rzucie 'co z moją miłością'. Pytanie tylko, jak ty to robiłaś praktycznie? Losowałaś jedną dziennie, kilka, a może wchodziłaś w jakiś układ?
Hagalaz trzy razy pod rząd to rzeczywiście robi wrażenie. Ale właśnie w kontekście izolacji to runa, która ma sens, to runa chaosu i nagłych zmian, ale też oczyszczenia. Pytanie do ciebie, Stokrotunia: czy traktowałaś to jako ostrzeżenie, czy może jako opis tego, co już przeżywasz? Bo to duża różnica w podejściu do odczytu.
A jak w ogóle wiadomo, czy runa opisuje coś, co jest teraz, czy coś, co dopiero przyjdzie? Zawsze myślałam, że wróżenie to wróżenie, czyli przyszłość. To jak to działa z runami, że mogą mówić o teraźniejszości?
Trochę jak karty, nie? W tarocie też nie chodzi zawsze o przyszłość, czasem karta opisuje to, w czym tkwisz i czego nie widzisz z zewnątrz. Zastanawiam się, czy praca z runami w samotności nie jest jednak trudniejsza, bo z kartami mam przynajmniej obrazek, który coś sugeruje. Runa to tylko kształt i musisz wszystko wyciągnąć z siebie. Czy nie jest tak, że projektujesz na nie to, co chcesz zobaczyć?
Mam notatki z okresu, kiedy sama dużo pracowałam z runami w trudnym czasie. I właśnie to ryzyko, o którym mówi Wolchw, jest realne. Pamiętam, że przez jakiś czas ciągałam wciąż te same runy z 'negatywnego' spektrum i zaczęłam zakładać, że wszystko zmierza źle. Dopiero jak zrobiłam dłuższą przerwę i wróciłam świeżym okiem do notatek, zobaczyłam, że układały się w logiczną całość, która wcale nie była zła, tylko trudna. Ale sama w trakcie tego nie widziałam.
Zaczęłam zapisywać, ale nie interpretować od razu. Ciągnęłam runę, zapisywałam jej nazwę i jedno zdanie, co czuję w tej chwili. Interpretację robiłam dopiero po kilku dniach z dystansu. To bardzo zmienia odczyt, bo widzisz kontekst, a nie tylko jeden moment.
To ciekawa technika, ale mam pytanie praktyczne: czy nie wychodziło tak, że po kilku dniach zapominałaś, co czułaś w danym momencie i interpretacja była już zafałszowana przez to, co się wydarzyło potem?
Słucham tej rozmowy i myślę o tym, że ja w sumie nigdy nie pracowałam z runami sama ze sobą, tylko zawsze przy jakimś konkretnym pytaniu, czy on wróci, co z pracą, takie rzeczy. I zastanawiam się, czy nie tracę czegoś. Czy da się zacząć pracę z runami jako takim... towarzyszem bez konkretnego celu, nie mając wcześniej dużo doświadczenia?
Ja jestem w podobnym miejscu co Heksaria i dziękuję, że ktoś to powiedział wprost, bo trochę się wstydziłem, że po tym czasie nadal zaglądam w notatki przy każdej runie. Mam pytanie do bardziej doświadczonych: czy uczenie się run na pamięć w ogóle jest konieczne, czy można z nich korzystać i rozwijać się, cały czas mając te podpowiedzi przy sobie?
Uczenie się na pamięć nie jest celem samym w sobie, ale jest moment, kiedy zaglądanie do książki zaczyna ci przeszkadzać, bo przerywasz kontakt z runą i wchodzisz w tryb 'co tu jest napisane' zamiast 'co czuję'. To szczególnie widać przy pracy z runami w ciszy, o której tu mówicie. Sama pamiętam, że przełom nastąpił nie wtedy, kiedy zakułam znaczenia, ale kiedy przestałam potrzebować weryfikacji, bo ufałam temu, co przychodzi. I to jest odpowiedź na twoje pytanie, Bard: zaglądaj, dopóki musisz, ale obserwuj, kiedy to zaczyna ci przeszkadzać, a nie pomagać.
A wracając do samotności i izolacji, bo tu jest chyba coś ważnego, co chciałam powiedzieć. Runy dały mi wtedy nie tyle odpowiedzi, ile rytm. Wstawałam, ciągnęłam runę, siadałam z nią przez chwilę. I to był jedyny stały punkt dnia. Czy ktoś jeszcze używa run bardziej jako rytuału strukturującego czas niż jako wróżby?
Rytm, to ciekawe słowo, Stokrotunia. Nie myślałem o runach w takim kontekście, ale masz rację. Jak inaczej się organizuje dzień, kiedy nie ma zewnętrznych punktów zaczepienia? Praca, ludzie, wyjście, to wszystko narzuca rytm. W izolacji tego nie ma. I rozumiem, że runa rano mogła zastępować ten brakujący punkt. Ale czy nie ma w tym czegoś niepokojącego, że polegasz na losowości w budowaniu rytmu?
To co mówisz o samym geście, a nie o treści, to mi bardzo pasuje do tego, co czytałam o mindfulness. Że nie chodzi o to co widzisz, tylko o chwilę pełnej uwagi. Ale zastanawiam się, czy runy mogą działać czysto jako taki kotwiczny rytuał, bez wchodzenia w znaczenia? Czy nie traci się wtedy sensu?
Zgadzam się z Akacją, ale z gwiazdką. Przez pierwsze tygodnie, kiedy byłam sama i pracowałam z runami, właśnie robiłam to, co opisuje Akacja, brałam runę i siedziałam. I wydawało mi się, że coś z tego wynika. Dopiero po czasie zauważyłam, że trochę dryfuję, każda runa zaczęła mi 'mówić' to samo, bo narzucałam na nią swój nastrój. Nie wiem czy to jest znak, że trzeba jednak wiedzieć.
Przepraszam, że przerywam, bo trochę się gubię. Mówicie o projekcji, ale jak właściwie odróżnić, że runa coś 'mówi' od tego, że my sami sobie coś mówimy przez runę? Czy jest jakiś sposób to sprawdzić?
A ja chcę nawiązać do tego, co powiedziała Stokrotunia o rytmie. Sama mam teraz taki czas, że nic mnie nie porządkuje i szukam czegoś, co by pomogło. I myślę o runach właśnie z tego powodu, nie jako wróżbę, ale jako ten punkt dnia. Czy ktoś uważa, że to złe podejście, że zaczynam od tego, a nie od nauki znaczeń?
Dziękuję za to, Stokrotunia, bo to mnie bardzo uspokaja. Ja też zacząłem od ciekawości, a nie od systematycznej nauki i trochę się z tym czułem nie na miejscu w takich rozmowach. Ale mam pytanie do was, czy da się kiedyś 'skończyć' uczyć się run, czy to jest taki system, że zawsze jest coś nowego?
Wracając jednak do tematu izolacji, bo mam wrażenie, że trochę odbiegamy. Zastanawia mnie coś konkretnego: czy ktoś z was miał doświadczenie, że runy w czasie samotności wskazywały cały czas w jednym kierunku, i że potem okazało się, że to nie była projekcja, tylko faktycznie coś ważnego? Pytam, bo chcę zrozumieć, jak odróżnić jedno od drugiego w praktyce.
To bardzo ciekawe. Ale jak poznałaś, że to nie jest projekcja właśnie wtedy, kiedy usiadłaś z tym poważnie? Co się zmieniło w podejściu?
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie trochę z boku. Czy runy przy izolacji działają tak samo jak przy normalnym funkcjonowaniu, czy może w samotności są bardziej, nie wiem jak to powiedzieć, wyostrzone? Mam takie przeczucie, że cisza coś zmienia.
Ja to porównuję do tarouta w różnych stanach skupienia. Kiedy ciągnę karty zmęczona albo rozkojarzoma, widzę co innego niż gdy jestem spokojna. Czy z runami jest podobnie? Bo z kartami naprawdę czuję tę różnicę.
To co Stokrotunia mówi o porannym ciąganiu mnie bardzo uderza. Sam zauważyłem podobną zależność przy medytacji, że rano mam jakiś rodzaj dostępu do siebie, którego wieczorem już nie ma. Ale mam pytanie: czy to znaczy, że wieczorne ciąganie runami jest po prostu mniej wartościowe, czy tylko inne? Bo może służy czemuś innemu niż poranne?
Nie powiedziałabym, że mniej wartościowe. Po prostu inne. Rano czuję, że runa wpada w jakąś pustkę i tam zostaje. Wieczorem jest więcej szumu, ale czasem właśnie przez ten szum runa wskazuje na coś bardzo konkretnego, co mnie akurat w tej chwili zajmuje. Może chodzi o to, żeby wiedzieć, czego się szuka?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i chcę wejść z jedną obserwacją. Przy tarocie mam bardzo podobnie jak wy z runami. Rano karty są cichsze, wieczorem głośniejsze. Ale najbardziej wartościowe odczyty robiłam w stanach pośrednich, ni to skupiona, ni rozkojarzona. Takie zawieszenie. Czy ktoś próbował z runami właśnie w takim stanie?
Czyli to trochę paradoks? Im bardziej chcesz dobrego odczytu, tym gorszy odczyt? Mam wrażenie, że to może być szczególnie trudne przy izolacji, bo wtedy ma się dużo potrzeb i trudno o ten stan 'wszystko jedno'. Czy macie jakiś sposób, żeby odblokować to przywiązanie do wyniku?
A ja mam pytanie bardziej praktyczne, bo słucham tej rozmowy i chciałbym wiedzieć, co robicie, żeby właśnie ten filtr trochę rozluźnić przed sięgnięciem po runy? Czy jest jakiś konkretny rytuał, czy coś, co pomaga wejść w ten stan bez przywiązania?
