Hej, chciałam się podzielić czymś czym się ostatnio bawię i zapytać czy ktoś miał podobne doświadczenia. Chodzi o rysowanie run na płatkach kwiatów, takich świeżych, i potem albo zostawianie ich żeby uschły, albo puszczanie na wodę żeby się rozpuściły. Konkretnie próbowałam z Laguz na płatku róży - chodziło mi o to żeby intencja 'popłynęła' razem z materią, jak woda. Czy to ma w ogóle sens z waszego punktu widzenia? Bo czuję że coś jest w tej formie ale nie wiem czy dobrze to rozumiem.
Ciekawy pomysł ale mam pytanie - czym rysujesz te runy? Bo płatek kwiatu to dość delikatna sprawa, długopis pewnie zostawia ślad chemiczny a nie wiem czy to dobra energia do pracy z runami. I co w ogóle rozumiesz przez 'efemeralną formę'? Że nośnik znika i runa razem z nim?
Jest w tym coś bardzo pięknego. Płatek jako nośnik to forma która sama z siebie jest przemijająca i to chyba właśnie o to chodzi - żeby intencja nie była zakotwiczona w materiale na wieki ale miała swój czas i swoje odejście. Laguz na płatku puszczonym na wodę brzmi symbolicznie bardzo spójnie. Ale ciekawa jestem czy czułaś coś konkretnego w momencie kiedy płatek znikał pod powierzchnią?
Zatrzymam się tu na chwilę bo mam inną perspektywę. Runa wyryta albo namalowana na trwałym nośniku - kamieniu, drewnie, skórze - ma swoją historię i te nośniki były dobierane celowo. Efemeralny nośnik to pomysł który mi osobiście nie przeszkadza, ale trzeba wiedzieć co się robi i dlaczego. Moje pytanie jest takie: co chcesz osiągnąć tym że nośnik znika? Czy to jest intencja, czy tylko estetyka?
Dobry punkt Runiarka. Bo jak dla mnie jest różnica miedzy tym że runa 'wysyła' intencje bo nośnik znika, a tym że po prostu ładnie wygląda na płatku i nam sie podoba. Nie mówię że to jedno wyklucza drugie ale warto chyba wiedzieć co konkretnie ma się zadziać.
Oj ale chyba nie każdy musi mieć rozpisany dokładny mechanizm działania żeby coś zadziałało? Jak rytuał ma sens dla osoby która go robi to chyba wystarczy? Przynajmniej tak rozumiem pracę intencją. Albo się mylę?
Materia przemijająca jako nośnik intencji to bardzo stary koncept, niekoniecznie runiczny z pochodzenia ale obecny w wielu tradycjach. Liście, kwiaty, woda, wosk - wszystko to było używane jako nośniki czegoś co ma odejść albo przejść. Pytanie jest takie - czy runa na płatku to runa w pełnym znaczeniu, czy tylko jej obraz? Bo tradycyjnie moc runy buduje się przez jej wielokrotne kontemplowanie, śpiewanie, rzeźbienie - a nie przez jednorazowe narysowanie soczkiem.
To ważna uwaga Ludwinia i szczerze nie wiem jak na to odpowiedzieć. Przed narysowaniem trzymam runę w myślach dość długo, skupiam się na jej znaczeniu, staram się czuć jej energię. Może to trochę niweluje brak galdr albo długiego rzeźbienia? Albo to jest inna klasa pracy i nie powinnam tego porównywać?
Szczerze mówiąc ta dyskusja o 'czy to prawdziwa runa' trochę mnie śmieszy. Jakbyśmy zapomnieli że tradycje runiczne też się rozwijały i zmieniały przez wieki a nie zstąpiły z nieba w gotowej formie. Ktoś kiedyś pierwszy raz namalował runę na czymś nietrwałym i pewnie miał takie same wątpliwości jak wy teraz. Bardziej interesuje mnie praktyczna strona: czy ta praca daje jakieś rezultaty? Leontynka, zauważyłaś cokolwiek po tych próbach?
Czarownica mowi dobrze. Zbyt czesto na tych forach sie sprawdza czy ktos ma papierek na swoja magike zamiast zapytac co wyszlo. Ja sam robilem coś podobnego z listkami leszczynowymi, nie z kwiatami ale zasada ta sama. I coś tam było, trudno to opisac ale jednak.
Odpowiem Czarownicy i Wrozbiarzu bo oboje pytacie o to samo. Po tych próbach z Laguz - pustiłam płatek na strumień - przez kilka dni miałam wrażenie że coś ruszyło w pewnej sprawie która stała w miejscu. Nie wiem czy to zasługa rytuału czy zbieżność, ale powiedziałabym że było jakieś przesunięcie. Nie spektakularne, ale realne.
OK, i tu dochodzimy do sedna. Bo to co opisujesz - 'coś ruszyło' - to jest odczucie które można przypisać różnym rzeczom. Placebo, gotowość na zmianę którą sam rytuał otworzył, albo faktyczne działanie. Nie mówię że to złe, mówię że warto być precyzyjnym w ocenie. Czy ta sprawa która ruszyła to coś zewnętrznego czy raczej twoje własne nastawienie się zmieniło?
Runiarka mam wrażenie że trochę za bardzo rozbieras to na czynniki. Czasem podział na 'zewnętrzne' i 'własne nastawienie' nie ma sensu bo to jest jedna całość. Jak rytuał zmienia nastawienie i przez to zmienia działanie, to też jest efekt.
Wracając do samej techniki - próbowałam kiedyś pisać runy na płatkach jaśminu, suche, nie świeże. Okazało się że po wyschnięciu ślad soku prawie niewidoczny. Przy świeżych płatkach jest inaczej? I puszczasz cały płatek na wodę czy go rozrywasz? Bo zastanawiam się czy moment fizycznego rozpad ma znaczenie.
Dopisuję się z głupim pytaniem ale... czy nie szkoda kwiatków? To znaczy rozumiem że to symboliczne i wszystko, ale czy płatek z runami to nie jest jakaś strata dla kwiatu? Nie wiem jak to ująć, po prostu się zastanawiam czy kwiaty się 'zgadzają' na to niejako.
Zupełnie inne podejście ale - myślałyście żeby zamiast puszczać na wodę zakopać taki płatek z runą? Ziemia też rozkłada, tylko wolniej. Zastanawiam się czy efekt byłby podobny czy zupełnie inny energetycznie.
A wracając do tego zakopywania - zastanawiam się czy ziemia nie byłaby lepsza właśnie dla run o charakterze bardziej... ziemskim? Jera, Othala, Berkana może. Bo woda kojarzy mi się bardziej z ruchomymi energiami, z puszczaniem. Różny cel, różny nośnik?
Żywioły w runach nie są tak oczywiste jak np. w tarocie. Część systemu odpowiadań runa-żywioł to późniejsze nakładki, nie zawsze spójne z historycznym przekazem. Więc można tak myśleć, ale nie należy tego traktować jak pewnik.
Kurcze, to znaczy że jak używam zestawień runa-żywioł to robię coś 'nieprawdziwego'? Trochę mnie to niepokoi, bo pracuję właśnie na takich skojarzeniach...
Dobra, wróćmy do płatków, bo trochę odpłynęłyśmy. Immortela pytała o zakopywanie - ja nie próbowałam, ale teraz myślę że mogłoby być interesujące dla Hagalaz albo Nauthiz, run które są o przejściu przez trudny czas. Ziemia rozkłada powoli, może to dobry obraz dojrzewania czegoś zamiast nagłego uwolnienia.
O, Leontynka to ciekawe porównanie. Puszczanie na wodę to jeden ruch, jedno uwolnienie, zakopanie to bardziej inkubacja. Inna dynamika zupełnie. Próbowałaś kiedyś porównać efekty różnych sposobów zakończenia rytuału?
Notatki to podstawa. Bez nich za rok nie wiesz czy coś zadziałało czy pamiętasz selektywnie to co pasuje do teorii. Mówię to bez złośliwości, po prostu sama przez to przeszłam i teraz mam ten sam problem co Leontynka, luka w dokumentacji i nic nie mogę porównać.
Ja od początku prowadzę coś w rodzaju tabelki, data, runa, nośnik, intencja, potem notatka po tygodniu i po miesiącu. Brzmi może sztywno ale bez tego rozmowy o 'zadziałało/nie zadziałało' to trochę wróżenie z fusów. Dosłownie.
No ale nie kazdy musi byc metodycznym laborantem zeby robic magie. Intuicja tez jest metoda. Nie wszystko da sie zmierzyc i zapisac a i tak efekty przychodzą.
Wracam bo Glifia napisała coś o proszeniu rośliny o zgodę i to mnie bardzo zainteresowało. Czy to jest związane z tradycją runiczną czy z czymś innym? Szczerze nie wiem jak to rozgraniczyć.
Proszenie rośliny o zgodę to praktyka raczej z tradycji szamańskich i zielnych, nie stricte runiczna. Ale to nie znaczy że nie można ich łączyć - pytanie jest o to co dla ciebie ma sens i czy jest wewnętrznie spójne. Różne nurty przenikają się w praktyce i niekoniecznie to jest problem.
Mam pytanie z zupełnie innej strony - czy ktoś ma jakiś problem praktyczny z tym sokiem z borówki/buraka który Leontynka wspomniała? Bo zastanawiam się nad techniką - jak ten sok nakładać żeby runa wyszła czytelna, pędzelkiem? Wykałaczką? Palcem? Serio pytam, bo wyobrażam sobie że to jest trudniejsze niż wygląda.
