To brzmi naprawdę wyczerpująco. Mam takie pytanie, może naiwne - czy w ogóle jest możliwe, żeby praca z runami pomogła komuś, kto jest już emocjonalnie zmęczony? Czy to nie jest tak, że trzeba mieć trochę siły, żeby w ogóle coś z tego wyciągnąć?
Czyli co, zmęczone osoby w ogóle nie powinny korzystać z takich sesji? Bo to trochę smutne, że właśnie wtedy, kiedy człowiek szuka pomocy, jest za słaby, żeby ją przyjąć.
Powiedziała, że 'wyczuwa' to z runy i z mojej energii. Żadnych przyrządów, żadnego mierzenia. Po prostu oznajmiła.
I tu jest chyba największy problem tej całej sesji. Nie w runach, nie w siatkach jako takich, ale w tym, że ktoś wziął jedną runę, przez chwilę coś 'wyczuł' i wystawił diagnozę środowiskową dla twojego domu. To jest poziom pewności, który nie ma żadnego uzasadnienia - ani w tradycji runowej, ani w radiestetyce, ani nigdzie indziej.
Dokładnie to chciałam powiedzieć od jakiegoś czasu. Runy same w sobie nie są ani złe, ani dobre dla zmęczonej osoby - pytanie brzmi, co z nimi robi osoba prowadząca. I czy w ogóle pyta, czego klient przyszedł szukać. Bo mam wrażenie, że tam nikt tego pytania nie zadał.
Mnie tu bardziej zastanawia co innego. Czy ta kobieta w ogóle powiedziała, co z tym zrobić? Bo to jest wygodna sytuacja - mówisz komuś, że ma problem w domu, a potem proponujesz kolejną sesję na 'oczyszczanie'. Tak to działa?
To jest ważna informacja i cieszę się, że ją podajesz, bo to całkowicie zmienia obraz tej sesji. To już nie jest kwestia metody ani run - to jest kwestia tego, że ktoś mógł celowo zostawić cię z niedomkniętym problemem, żebyś wróciła.
I tu jest właśnie ta granica, o której zawsze trudno mówić na forach ezoterycznych, bo szybko ktoś krzyczy, że atakujemy całe środowisko. Ale uczciwie: jest różnica między osobą, która pracuje z klientem tak, żeby ten był coraz bardziej samodzielny, a osobą, która buduje zależność. Siatki, zagrożenia, kolejne sesje - to klasyczny schemat tej drugiej sytuacji.
To brzmi trochę jak journaling z dodatkowym elementem. Czy to nie jest po prostu pisanie dziennika, tylko z runową etykietką? Pytam szczerze, bo nie rozumiem, co tu robi sama runa, jeśli treść i tak pochodzi z własnych skojarzeń.
A czy ona w ogóle zapytała, jak się teraz czujesz, zanim wyciągnęła tę runę? Bo to by było minimum - sprawdzić, z jakiego miejsca wychodzi interpretacja.
Data urodzenia przed seansem runowym to już osobny wątek, bo numerologia to nie runy i mieszanie tych porządków bez powiedzenia klientowi, co się robi, jest dla mnie dużym sygnałem ostrzegawczym. Ale pomijając to - czy po tej sesji czułaś się bardziej zmęczona niż przed?
Ale poczekaj - jeśli ta kobieta powiedziała, że zmęczenie pochodzi ze środowiska, to technicznie zdjęła z ciebie odpowiedzialność, prawda? Że to nie ty, tylko dom. Czy to nie powinno ulżyć?
I to jest właśnie mechanizm, który powtarza się w wielu takich historiach. Problem zostaje przesunięty poza zasięg osoby, która przyszła po wsparcie. Nie mówię, że geobiologia to oszustwo - mówię, że użycie jej jako wyjaśnienia cudzego zmęczenia emocjonalnego bez żadnego pogłębienia jest zwykłym skrótem, który komuś nie służy.
Okej, ale co w takim razie runy MOGĄ dać przy zmęczeniu emocjonalnym? Bo cała rozmowa kręci się wokół tego, czego nie powinny robić. Czy ktoś ma konkretny przykład, że pomogły?
Ale właśnie to mnie trochę przeraża. Że wylosujesz coś ciężkiego, jak ta Hagalaz, i zamiast wyjść z ruminacji, wchodzisz w jeszcze gorszy temat. Czy jest jakiś sposób, żeby to zabezpieczyć? Szczególnie jeśli jesteś już na dnie?
Właśnie - a te dwie siatki, o których wspominasz. Zakładam, że chodziło o siatki Hartmanna i Curry'ego, bo to najczęściej pojawia się w tym kontekście. Czy ona cokolwiek wyjaśniła, czym się różnią? Bo jeśli nie, to masz pytanie w tytule wątku, które wisi bez odpowiedzi.
Ale jeśli to nie jest nauka, to po co w ogóle o tym mówić podczas sesji z runami? To nie jest chyba ten sam obszar?
To które runy w ogóle mogłyby wskazać na coś zewnętrznego, środowiskowego? Czy to w ogóle jest w ich zakresie? Bo mam wrażenie, że runy to raczej stan wewnętrzny niż diagnoza miejsca.
I tu wychodzi coś, co mnie niepokoi od początku tej rozmowy. Czy pewność prowadzącej to w ogóle dobry znak? Bo mam wrażenie, że im ktoś jest bardziej pewny w ezoteryce, tym większe ryzyko, że mówi za dużo i za bardzo.
Piolunka, żałuję, że poszłam do tej konkretnej osoby. Nie żałuję, że w ogóle spróbowałam, bo ta rozmowa tutaj dała mi więcej niż ta cała sesja. I chyba wrócę do run, ale inaczej - tak jak Kosma opisywał, codziennie, sama, bez diagnozy.
Bursztynka, właśnie to próbuję sobie teraz poukładać. Kosma pisał o codziennym losowaniu jednej runy i obserwowaniu, co z tego wynika w ciągu dnia. Myślę, że od tego. Bez presji, bez diagnozowania siebie. Ale faktycznie nie wiem jeszcze, od czego materiałowo zacząć.
Jeśli chodzi o materiały - tu jest pułapka. Bo część książek o runach to właśnie ta sama logika, co ta prowadząca: każda runa ma gotowe znaczenie, czytasz i stosujesz. A to nie o to chodzi. Lepiej zacząć od jednej runy tygodniowo i jej poświęcić czas - nie szukać, co 'oznacza', ale patrzeć, co w niej widzisz. Czy ktoś tu tak pracował?
A czy jest jakiś moment, w którym po prostu nie powinno się w ogóle sięgać po runy ani nic podobnego? Jak głębokie musi być zmęczenie, żeby to był zły pomysł? Pytam serio, bo sama mam okresy, kiedy wszystko mnie przytłacza i zawsze szukam czegoś, co pomogłoby to poukładać.
I to jest różnica, którą warto zapamiętać. Runy przy konkretnym pytaniu działają inaczej niż przy ogólnym poczuciu złego samopoczucia. Przy konkretnym pytaniu masz punkt odniesienia - możesz wziąć wylosowaną runę i odnieść do czegoś określonego. Przy ogólnym zmęczeniu każda runa staje się zaproszeniem do dalszego szukania, i to bywa wyczerpujące, a nie odciążające.
Nie ma listy zakazanych. Ale jest jedna rzecz, o której rzadko się mówi: Hagalaz, Nauthiz i Isa w jednym rzucie przy silnym zmęczeniu mogą po prostu przygniatać - nie dlatego, że są 'złe', tylko dlatego, że ich znaczenia dotykają kryzysu, konieczności i zastoju. Jeśli ktoś jest już w dołku, czytanie ich dosłownie może ugruntować poczucie, że jest beznadziejnie. To nie magia, to psychologia odbioru symboli.
Jagusia, to jest pytanie, które dobrze podsumowuje cały problem tej sesji, o której pisała Hortensja. Kobieta, która prowadziła - ona pewnie też czytała 'dosłownie', tylko miała w tym pewność siebie i robiła to za kogoś drugiego. I właśnie to jest różnica między pracą symboliczną a wyroczną. Samodzielnie masz przestrzeń na wątpliwość. U kogoś innego - już nie zawsze.
