Runy są pod tym względem specyficzne, bo jest ich mniej niż kart. Dwadzieścia cztery znaki, albo dwadzieścia pięć jeśli używasz pustej runy. To ograniczenie sprawia, że trudniej uciec w niuanse. Każda runa to szeroki zakres znaczeń, ale nie ma tu tej samej gęstości co w tarocie. Mnie to początkowo frustrowało, a potem zrozumiałam, że właśnie dlatego runy zmuszają do większego samodzielnego myślenia. Karta potrafi dać ci gotowy obraz, runa daje ci punkt startowy.
Wracam do tego co Serafinka napisała wcześniej o modlitwie i trzecim wyjściu. Mnie to do teraz chodzi po głowie. Bo ja właśnie z tym mam problem - że czuję się jakbym musiała się zdecydować, po której stronie jestem. Albo 'naprawdę wierzę i nie analizuję', albo 'analizuję i wychodzi że to psychologia'. Serafinka, jak ty to rozdzielasz w codziennej praktyce? Czy to w ogóle da się rozdzielić?
Nie chcę być znowu tą sceptyczną, ale to co Serafinka opisuje jako zaletę - że 'nie wymaga od siebie żeby wiedzieć jak to działa' - mnie trochę niepokoi. Bo jeśli coś ma budować zaufanie do siebie, to chyba jednak powinniśmy rozumieć mechanizm? Inaczej budujemy zaufanie na czymś co może być złudzeniem. I nie mówię że runy są złudzeniem, tylko że bez zrozumienia dlaczego to działa, można zaufać nie sobie, ale systemowi.
Tak. Miałam taką sytuację. Ciągnęłam runy przez kilka tygodni przed dużą decyzją zawodową, widziałam wyraźne sygnały 'do przodu', i wzięłam projekt który skończył się bardzo źle. Dlatego właśnie zaczęłam prowadzić ten dziennik. Nie dlatego żeby runy działały lepiej, ale żeby lepiej rozumiała siebie przy interpretacji. Runy nie zawiodły - ja nie zauważyłam, że pytałam 'czy to dobry projekt' zamiast 'czego się boję w tym projekcie'.
To co Serafinka teraz napisała jest chyba najważniejsze z całego wątku dla mnie osobiście. Bo ja przez całe życie pytam 'czy to dobry pomysł' zamiast 'czego się boję'. I to nie jest kwestia run ani afirmacji, tylko w ogóle sposobu stawiania pytań sobie. Czy to jest coś, czego runy uczą niejako przy okazji? Że zaczynamy lepiej formułować pytania?
To co Profeta napisał o zmianie pytań bardzo mnie uderzyło. Bo ja faktycznie całe życie pytam 'czy to dobry pomysł' i zakładam, że jak odpowiedź brzmi 'tak', to wszystko będzie dobrze. A tu się okazuje, że samo pytanie jest złe. Tylko nie wiem jak to przełożyć na codzienność. Bo jeśli chcę się na coś zdecydować, to jak mam zacząć od 'czego się boję', skoro nie zawsze wiem, że się boję?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie do Serafinki o ten dziennik, który prowadzi. Wspominałaś że zaczęłaś go po tej nieudanej decyzji zawodowej. Ale czy zapisujesz same runy i co ciągnęłaś, czy też co czułaś przed ciągnięciem? Bo mam wrażenie że to drugie jest ważniejsze, a nie wiem jak to robić.
To co Serafinka opisuje jako rozjazd między intuicją a znaczeniem jest bardzo ważne metodycznie. Tylko mam pytanie do niej i do innych, którzy tak pracują: jak odróżniacie moment gdy intuicja mówi wam coś innego od znaczenia, bo rzeczywiście coś wyczuwacie, od momentu gdy to jest po prostu opór przed trudną odpowiedzią? Bo to brzmi podobnie, a jest zupełnie różne.
Szczerość odpowiedź jest taka, że nie zawsze odróżniam. Ale po dłuższym prowadzeniu dziennika zaczęłam widzieć wzorce. Kiedy to był opór, to notowałam tę runę jako 'trudna' i po tygodniu sprawa sama się wyjaśniała w sposób który potwierdził trudne znaczenie. Kiedy moja intuicja miała rację wbrew znaczeniu, to sytuacja rozwijała się inaczej. Nie wiem czy to jest naukowe, ale mam z tym coraz mniej wątpliwości.
No właśnie, Serafinka powiedziała klucz: 'nie wiem czy to naukowe'. I tu wracam do mojego wcześniejszego pytania, bo nie dostałam na nie pełnej odpowiedzi. Czy ta wiara w siebie, którą budujemy przez runy, jest trwała? Tzn. czy jakbyś dziś przez rok nie ciągnęła run, ta pewność siebie by pozostała, czy musiałabyś wrócić do rytuału?
A czy ktoś tu w ogóle twierdzi że runy działają jako system przepowiadający przyszłość? Bo mam wrażenie, że w tym wątku od dawna rozmawiamy raczej o tym że runy pomagają nam rozmawiać ze sobą, a nie z przeznaczeniem. I z tej perspektywy pytanie Roksanki_69 o dowody trochę mija się z tematem, bo co mamy udowodnić - że człowiek może zadać sobie sensowniejsze pytanie patrząc na symbol?
To pytanie Pyromanta mnie trochę rozbiło, bo ja nigdy tego nie rozdzielałem. Ciągnę runę i nie zastanawiam się czy to ja czy coś zewnętrznego. Po prostu patrzę co wychodzi. Czy to znaczy że robię coś źle, czy że ta różnica nie ma znaczenia praktycznie?
Mnie to co Wioletka_Z napisała uderzyło bo ja właśnie mam ten drugi model i nigdy nie pomyślałam że to jest problem. Czekam na znak, dostaję go, działam. Ale jak znaku nie ma albo nie rozumiem, to stoję w miejscu. Czy to znaczy że powinnam zmienić podejście, czy to jest po prostu mój styl i mogę tak pracować?
Słucham tej wymiany i mam pytanie może trochę z boku, ale mam wrażenie że się tu kręci. Mówimy o zaufaniu do siebie przez runy, ale dużo z tego co tu pada dotyczy raczej tolerancji niepewności. Czy to jest to samo? Bo dla mnie zaufanie do siebie to przekonanie że poradzę sobie cokolwiek się stanie, a tolerancja niepewności to co innego.
Dla mnie to szło równolegle, nie kolejno. Nie miałam momentu 'teraz zbuduję zaufanie i potem będę znosić niepewność'. Siedziałam z trudnymi runami i jednocześnie ufanie sobie rosło powoli, jako efekt uboczny. Może to nie jest kwestia wyboru ścieżki, tylko kwestia tego żeby w ogóle zacząć i nie czekać na właściwy moment.
To co Serafinka napisała na końcu mnie zatrzymało. Że to szło równolegle, nie kolejno. Bo ja całe życie szukam jakiejś właściwej kolejności, żeby najpierw jedno, potem drugie. I może właśnie dlatego stoję w miejscu. Ale mam pytanie do niej konkretne: czy był jakiś moment, który pamiętasz, gdzie poczułaś że to zaufanie do siebie faktycznie wzrosło? Nie jako efekt jednej runy, ale tak że coś się naprawdę zmieniło?
Tak, był taki moment. Ciągnęłam Isa i zamiast się przestraszyć, bo wcześniej ta runa mnie blokowała, pomyślałam 'okej, zatrzymanie, to ma sens'. Bez paniki. I dopiero potem zdałam sobie sprawę, że rok wcześniej ta sama runa wywoływała we mnie lęk. Nie wiem czy to przez runy, czy przez czas, ale te dwa rzeczy szły razem.
A skąd wiedziałaś że to nie jest racjonalizacja po fakcie? Bo ja mam ten problem że jak już wiem co runa znaczy, to zawsze jestem w stanie to dopasować do czegoś. I potem nie wiem czy naprawdę się zmieniłem, czy tylko lepiej tłumaczę to co było.
Zatrzymuję się przy tym co Roksanka_69 powiedziała o tarocie, bo mi się wydaje że tu jest ważna różnica. W tarocie obraz jest bogatszy, bardziej wieloznaczny. Runa to jeden symbol. Czy to sprawia że łatwiej czy trudniej wpaść w to szukanie potwierdzenia? Mnie się wydaje że jeden symbol jest bardziej ryzykowny bo jest mniej miejsca na niespodzianki.
Słucham i mam pytanie może głupie, ale ćwiczenie które Reginka mi zaproponowała, żeby siedzieć z niewiedzą jeden dzień, próbowałam. I to było bardzo niekomfortowe. Ale nie wiem co z tym zrobić dalej. Siedziałam, było mi niedobrze z tej niepewności i tyle. Czy to miało coś dać od razu, czy to jest coś co trzeba robić długo?
Mam pytanie do Reginka, bo to ćwiczenie mnie też zaciekawiło. Czy to jest coś co robisz regularnie? I czy to ma jakiś związek z runami konkretnie, czy to bardziej ogólna praktyka pracy z sobą?
Słucham tej wymiany i wraca mi pytanie Domiceli05 sprzed kilku postów o to czy tolerancja niepewności i zaufanie do siebie to to samo. Bo mi się wydaje że Reginka właśnie opisała jak jedno prowadzi do drugiego. Ale jest jeszcze trzecia rzecz, której nikt tu nie nazwał: akceptacja że możemy się mylić i nadal działać. Czy wy to uwzględniacie kiedy pracujecie z runami?
To co Domicela05 napisała teraz jest dla mnie ważniejsze niż połowa tej dyskusji. Że zaufanie to nie pewność. Ja całe życie myślałem że to jest to samo i może dlatego runy mnie tak wciągnęły, bo szukałem w nich właśnie tej pewności. A tu wychodzi że to jest zupełnie coś innego.
To co Serafinka napisała o ciągnięciu żeby zobaczyć co już wiem, a nie żeby wiedzieć co robić, to jest dla mnie bardzo precyzyjne rozróżnienie. Ale mam pytanie: jak to wygląda w praktyce? Czy masz jakiś sposób żeby rozróżnić te dwa stany zanim zaczniesz, czy to wychodzi dopiero po?
Szczerość: nie zawsze wiem wcześniej. Ale zaczęłam zauważać taki gest wewnętrzny, że jak chcę się czegoś dowiedzieć od zewnątrz, to jest w tym jakieś napięcie, oczekiwanie. A jak ciągnę z tego drugiego miejsca, to jest spokojniej. Nie zawsze mi się to udaje rozróżnić, ale coraz częściej.
Chcę tu wejść z czymś, bo ta rozmowa o zaufaniu do siebie coraz mocniej nasuwa mi jedno pytanie, które wydaje mi się centralne dla tego wątku: co rozumiemy przez 'siebie' kiedy mówimy o zaufaniu do siebie? Bo jeśli 'ja' to moje przekonania, nawyki, lęki, to zaufanie do siebie może być bardzo niefortunne. Runa może pomagać w kontakcie z czymś głębszym niż to, ale to wymaga założenia że takie coś istnieje. I nie mówię że nie istnieje, mówię że to jest założenie, które warto świadomie przyjąć albo odrzucić.
To jest ważne rozróżnienie które Wioletka_Z postawiła. Ja bym powiedziała że w pracy z runami 'ja' to nie jest myślący umysł, tylko coś co jest pod tym. I właśnie dlatego cisza przed ciągnięciem ma znaczenie, bo ona na chwilę wycisza to, co myśli i wie, żeby mogło wyjść coś wcześniejszego. Ale czy wy to czujecie? Albo czy to brzmi jak coś realnego, czy jak piękne słowa?
