Ostatnio dużo myślę o tym, jak runy wpłynęły na moje podejście do własnych decyzji. Zaczęłam je ciągnąć regularnie jakieś dwa lata temu i zauważyłam coś, czego się nie spodziewałam - przestałam tak bardzo szukać potwierdzenia u innych ludzi. Nie wiem, czy to sama praktyka, czy po prostu zmusiłam się do słuchania siebie, ale jest jakaś różnica. Zastanawiam się, czy ktoś inny to czuł. Czy runy mogą naprawdę coś takiego zrobić, czy to tylko efekt uboczny jakiejkolwiek regularnej praktyki?
To bardzo ciekawe pytanie i sama długo się nad tym zastanawiałam. Myślę, że mechanizm jest dość konkretny - kiedy regularnie ciągniemy runę i musimy ją odnieść do własnej sytuacji, to zmuszamy się do autorefleksji, której normalnie unikamy. Nie sama runa buduje zaufanie do siebie, ale proces interpretacji. Ty musisz zdecydować, co dana runa znaczy w kontekście twojego życia. Nikt ci tego nie powie. I właśnie w tym miejscu zaczyna się coś ważnego - uczysz się ufać własnej interpretacji. Hagalaz dla jednej osoby to kryzys, dla drugiej oczyszczenie. Ta decyzja interpretacyjna to już jest akt zaufania do siebie. Ale powiedz mi - czy ty wcześniej miałaś problem z tym zaufaniem, czy to bardziej ogólna obserwacja?
Właśnie to mnie zawsze hamowało przed runami - myślałam, że jak każdy interpretuje po swojemu, to po co w ogóle jakikolwiek system. Czy jest coś, co określa granice tej interpretacji? Bo jak dla mnie Isa mogłaby znaczyć cokolwiek i co to wtedy za wróżba.
Słucham tej rozmowy i myślę, że podobny mechanizm działa w numerologii i tarocie. Ale wracając do głównego tematu - Serafinka, zapytałaś czy to nie jest projekcja. Mnie też to pytanie dopadało. W tarocie jest podobnie. I doszłam do wniosku, że nawet jeśli częściowo projektujesz, to samo wychwycenie tego, w co chcesz wierzyć, jest informacją o tobie. Może właśnie o to chodzi?
Jestem tu trochę z boku, bo z runami dopiero zaczynam, ale to co piszecie o zaufaniu do siebie - czy to w ogóle możliwe, żeby runy coś takiego zbudowały trwale? Albo to jest efekt tylko na chwilę, gdy ciągnę runę i czuję się pewniej, a potem wracam do normalnego myślenia?
Trochę wchodzę w temat, bo uważam, że to co piszecie o interpretacji to może być niebezpieczne dla kogoś, kto zaczyna. Bo jeśli powiesz początkującemu, że może interpretować jak chce, to będzie szukał potwierdzenia dla swoich życzeń zamiast prawdziwego wglądu. Runy mają konkretne tradycyjne znaczenia i to od nich trzeba wychodzić, a nie od własnych przemyśleń na starcie.
W numerologii jest podobna dyskusja i zawsze wychodzi to samo - podstawy muszą być solidne, ale aplikacja do życia jest zawsze osobista. Nie możesz zignorować co dana liczba lub runa oznacza, ale kontekst jest twój i tylko twój. Zresztą te stare runy nie były zapisanymi instrukcjami - były żywą tradycją przekazywaną ustnie i przez praktykę.
Słucham wątku z zainteresowaniem, bo choć nie pracuję głównie z runami, to ten mechanizm budowania pewności siebie przez praktykę ezoteryczną widzę też przy kamieniach i czakrach. Często mówię osobom, które zaczynają - zanim zaczniesz pytać co kamień dla ciebie znaczy, naucz się co 'powinien' znaczyć. Dopiero potem możesz świadomie obserwować, gdzie twoje odczucia się pokrywają, a gdzie nie. I ta obserwacja sama w sobie buduje coś ważnego.
Przepraszam że się wtrącę, bo to pewnie głupie pytanie, ale właśnie o to chodzi mi od dawna - czy runy to coś w rodzaju afirmacji? Bo jak czytam ten wątek, to wychodzi mi, że ciągniesz runę i mówisz sobie 'okej, zatrzymanie, to ma sens, dziękuję, idę dalej'. I to trochę brzmi jak afirmacja albo rozmowa z samą sobą, tylko z symbolem pośrodku.
Śledzę tę rozmowę i chcę powiedzieć jedną rzecz, bo nieco zaraz odpłyniemy w różne strony. To zaufanie do siebie, o którym mówi Serafinka - ono nie bierze się z tego, że runa 'da ci odpowiedź'. Ono bierze się z tego, że regularnie podejmujesz decyzję, obserwujesz co z niej wynika i z czasem widzisz wzorzec. Runy są tu tylko strukturą, która wymusza tę regularność. Mogłoby to być cokolwiek innego - dziennik, medytacja, cokolwiek. Ale pytanie czy runy są w tym szczególnie skuteczne - to już inna kwestia i chętnie bym usłyszała co na to Wioletka.
A jak długo to zajmuje? Bo mam wrażenie, że ciągam runy i ciągle czuję, że powtarzam wyuczone definicje zamiast czegoś własnego. Czy to w ogóle ma sens to co robię, skoro jeszcze na tym etapie jestem?
No właśnie, i tu jest problem z tym całym 'czuj, nie analizuj'. Bo jak to ocenisz po fakcie? Zawsze możesz sobie powiedzieć, że tamto było prawdziwe, a tamto to była projekcja. To jest narracja, którą sam budujesz.
Ale to nie jest problem samych run, tylko podejścia. W tarocie to samo - czy karta 'mówi ci' co zrobić, czy raczej pokazuje ci coś, co i tak wiesz? Sama nigdy nie podjęłabym decyzji tylko na podstawie kart. Używam ich do przemyślenia, nie do decydowania.
W sumie to jest ten rdzeń całej rozmowy, prawda? Kiedy system wróżebny wzmacnia autonomię, a kiedy ją podmywa. I to nie zależy od systemu, tylko od tego, jak go używasz. Znam osoby, które numerologią usprawiedliwiają każdą złą decyzję - 'no bo dziewiątka mówi, że mam kończyć cykle'.
Przy kamieniach i czakrach uczę zapisywania trzech rzeczy: co wybrałam, co mnie zaskoczyło w swojej reakcji na to i co chciałam żeby oznaczało. Ten trzeci punkt jest kluczowy, bo pokazuje gdzie jest twoje przywiązanie. Przy runach pewnie działa podobnie?
To jest chyba najkonkretniejsza odpowiedź na pytanie z tytułu tego wątku, jaką tu znalazłam. Że runy nie budują pewności siebie przez to, że dają dobre odpowiedzi, tylko przez to, że przestajesz je naciągać i zaczynasz słyszeć co naprawdę myślisz. Trochę jak lustro, o którym mówiła Roksanka_69, tylko że nie tylko lustro.
To co Basieńka67 napisała na końcu bardzo mnie uderzyło. Bo czytam ten wątek od dłuższego czasu i ciągle gdzieś z tyłu głowy mam to pytanie - kiedy przestaję 'naciągać' runę, a kiedy po prostu jestem zbyt surowy dla siebie i odrzucam interpretację, która mogłaby coś dobrego przynieść? Jak odróżnić uczciwość od samo-sabotażu?
Tylko że to co Wioletka_Z opisuje, to nadal jest subiektywna obserwacja siebie. Nie kwestionuję, że to może być pomocne, ale mam wrażenie, że im dłużej czytam ten wątek, tym bardziej system run staje się systemem do obserwowania własnego myślenia, a nie żadną wyrocznią. I okej, może tak właśnie powinno być, ale wtedy po co w ogóle runy? Tę samą pracę można zrobić z dowolnym zestawem symboli, kartami, kamieniami, cokolwiek.
Ja jestem z tych, co niewiele wiedzą, ale chciałam się odnieść do tego co Roksanka_69 napisała, bo mnie też to trochę chodziło po głowie. Jak zaczęłam używać afirmacji, to moja terapeutka powiedziała coś podobnego - że liczy się powtarzalność i zaangażowanie, a nie medium. I chyba rozumiem to co tu piszecie, że runy są jak taki 'hak' na który można zawiesić własne myśli, żeby je zobaczyć z zewnątrz. Ale czy wy naprawdę wierzycie, że jest w tym coś więcej? Szczerze pytam, bo nie wiem.
Ta kwestia złego pytania jest dla mnie kluczowa w ogóle w pracy z systemami wróżebnymi. W tarocie mam to samo - często najlepszy odczyt to taki, który zmusza mnie do przeformułowania pytania. I to właśnie, jak myślę, buduje zaufanie do siebie - nie 'dostałam odpowiedź', ale 'zrozumiałam, że pytałam o niewłaściwą rzecz'. Czy przy runach to działa podobnie, czy jest jakiś aspekt, który jest specyficzny tylko dla run?
To co Wioletka_Z pisze o ciele brzmi podobnie do tego, co numerolodzy mówią o intuicji liczbowej - że zanim zdążysz pomyśleć, coś w tobie już wie. Ale mam pytanie, bo jestem sceptyczny w stosunku do tej idei 'omijania racjonalnego' - czy praca przez galdr, przez ciało, nie jest po prostu wejściem w stan obniżonej krytyczności? I wtedy sugestia jest silniejsza, ale to nie znaczy, że trafniejsza.
Okej, ale wróćmy na chwilę do tego dziennika, bo mi to nie dawało spokoju. Serafinka mówiła wcześniej, że zaczęła widzieć wzorce dopiero po czasie. Ile to 'po czasie'? Bo jak mam dziennik od kilku tygodni, to jeszcze nic nie widzę, i zaczynam się zastanawiać czy w ogóle dobrze to prowadzę.
Czytam ten wątek od dawna i rzadko piszę, ale chciałam zapytać o coś co mi siedzi w głowie. Wy wszyscy mówicie o runach jako o pracy z sobą, z własnymi wzorcami. Ale czy ktoś tu po prostu... wierzy? Że jest jakaś siła, energia, cokolwiek, co rzeczywiście odpowiada przez te symbole? Bo mam wrażenie, że ta rozmowa bardzo mocno poszła w stronę psychologiczną i trochę zgubiłam to co mnie do run przyciągnęło na początku.
To co Serafinka napisała o modlitwie bardzo mi pomogło. Bo ja dopiero zaczyna drogę z runami i miałam wrażenie, że albo muszę być 'naukowa' i przyznać, że to tylko psychologia, albo uwierzyć na ślepo. A tu jest jakieś trzecie wyjście. Mam pytanie do bardziej doświadczonych - czy to trzecie podejście jest stabilne, czy z czasem przechyla się w jedną albo drugą stronę?
To co Akwamaryna66 opisuje, to ja miałam dokładnie tak samo na początku. I wiesz co mi pomogło? Nie próbowanie bycia mniej analityczną, tylko danie analizie zadania. Zamiast pytać 'co to znaczy', zaczęłam pytać 'co mnie tu zatrzymuje'. Małe przesunięcie, ale zupełnie inny efekt na poziomie zaufania do siebie. Bo nagle analiza jest po mojej stronie, a nie przeszkodą.
Ja mam odwrotny problem - jestem zbyt mało analityczny. Ciągnę runę, pierwsze skojarzenie i już działam. Reginka mi ostatnio sugerowała żebym zapisywał oczekiwania przed ciągnięciem, ale mam pytanie do osób bardziej doświadczonych: czy jest jakaś technika dla kogoś kto działa impulsywnie? Bo siedzenie w ciszy to nie jest moja mocna strona.
To co Ilonka65 mówi zgadza się z czymś, co obserwuję przy numerologii. Tylko mam wątpliwość: czy to nie jest po prostu mechanizm rozczarowania działający na każde wróżenie? Tzn. czy to jest specyfika run i tarota, czy po prostu każde sposób które daje nam 'odpowiedź' działa tak samo, bo konfrontuje nas z własnym życzeniowym myśleniem?
