Chciałem zapytać o coś, co mnie od jakiegoś czasu męczy. Wróżę sobie z run od paru miesięcy i zauważyłem, że zamiast czuć spokój, zaczynam sprawdzać runy coraz częściej. Jak mi wypadnie coś niepokojącego, to zamiast to odpuścić, ciągnie mnie żeby rzucić jeszcze raz. I tak w kółko. Zastanawiam się czy to nie jest tak, że samo wróżenie nakręca lęk zamiast go łagodzić? Czy ktoś miał coś podobnego?
To akurat bardzo znany problem i nie dotyczy tylko run, tarot działa tak samo. Pytanie czy rzucasz runy żeby lepiej zrozumieć sytuację, czy żeby uzyskać konkretną odpowiedź, której się spodziewasz? Bo to dwie zupełnie różne intencje i dają zupełnie różne efekty psychicznie.
A czy to nie jest przypadkiem kwestia tego, jak się interpretuje te wyniki? Bo ja np. przy afirmacjach i przy pracy z czakrami też miałam taki etap, że każdy 'zły' sygnał mnie nakręcał. Potem mi ktoś uświadomił, że sama sobie tworzę napięcie przez to jak podchodzę do wyniku. Może z runami jest podobnie? Że nie chodzi o to co wypadnie, tylko co z tym robisz w głowie?
Mam pytanie trochę z innej strony - a skąd w ogóle wiadomo, że to runy pokazują przyszłość, a nie że człowiek po prostu interpretuje je tak jak chce, żeby pasowało do tego czego się boi? Pytam serio, nie złośliwie. Bo jak ktoś się boi że coś nie wyjdzie, to chyba znajdzie potwierdzenie tej obawy w prawie każdym układzie.
Pracuję z runami od wielu lat i mogę powiedzieć wprost: na początku niemal zawsze jest ten etap, który opisuje autor wątku. Ciągłe sprawdzanie, rzucanie po raz drugi bo wynik nie pasuje, szukanie potwierdzenia. To nie jest wina run, to jest etap, przez który przechodzi większość osób. Mnie to też dotyczyło.
u mnie pomogło narzucenie sobie zasady - jedno pytanie, jedno rzucenie, jeden dzień. I niepisanie wyników. Zapis sprawia że wracasz do tego i analizujesz po raz dziesiąty. Poza tym zaczęłam traktować wynik nie jako odpowiedź na pytanie 'co się stanie', tylko 'na co zwrócić uwagę'. To całkowicie zmienia dynamikę.
A ja mam pytanko bo dopiero zaczynam - czy jest jakaś runa która szczególnie mocno wywołuje ten lęk? Bo czytałam że niektóre mają bardziej 'ciemne' znaczenie i może to po prostu kwestia tego że komuś wypadają częściej te złe?
Miałam dokładanie to o czym pisze autor wątku. Rzucałam po cztery, pięć razy pod rzad i za każdym razem jak wypadało coś 'niepokojącego' to szukałam tego co mi daje nadzieję. W końcu przestałam na jakiś czas i mi bardzo ulżyło. Teraz jak wracam do run to z innym nastawieniem, ale nie wiem jak to opisać słowami.
Mam takie wrażenie, że wróżenie w ogóle - nie tylko runy - jest bezpieczne tylko jeśli człowiek już jest w miarę stabilny psychicznie. Jak ktoś ma silny lęk przed przyszłością, to każda metoda wróżbiarska może go nakręcić. Czyż nie o to chodzi, że sama technika jest wtórna?
Chciałam się dopytać bo to mnie mocno zainteresowało - jak odróżnić to 'dobre' podejście do run od tego 'złego'? Czy jest jakiś sygnał ostrzegawczy że wchodzę w tę spiralę? Bo sama nie wiem kiedy przekroczyłam tę granicę przy czakrach i pracy z kamieniami.
no właśnie, to jest chyba najtrudniejsza część. Dla mnie testem jest to, czy wynik poprzedniego rzucenia faktycznie zmieniło moje działanie albo sposób myślenia. Jeśli nie - to znaczy że nie przepracowałam tego co dostałam, tylko szukam czegoś innego. Ale szczerze, sama też nie zawsze to widzę od razu.
A ja się zastanawiam nad czymś trochę innym. Mówimy dużo o tym jak podchodzić do run żeby nie wpaść w spiralę, ale czy samo to że ktoś ma silny lęk przed przyszłością nie powinno go w ogóle powstrzymać od zaczynania z runami? Czy to nie jest przypadkiem jak dawać komuś z nadciśnieniem kawę żeby się pobudził?
Dobra, ale ja wróce do pytania które zadałem wcześniej, bo mi się wydaje że nie dostałem do końca odpowiedzi. Jeśli runa pokazuje to co człowiek już w sobie ma, to po co właściwie rzucać? Skoro mam lęk i widzę przez jego pryzmat, to co mi to daje?
To ciekawe pytanie. Dla mnie to nie chodzi o to że runy są 'lepsze' od innych metod. Chodzi o to że każda runa ma własną, ugruntowaną historycznie symbolikę i to sprawia że interpretacja nie jest dowolna. Nie możesz Hagalaz zinterpretować jako 'wszystko będzie dobrze' bo ta runa ma konkretne znaczenie. I właśnie ta 'twardość' znaczeń jest pomocna, bo ogranicza pole do nadinterpretacji pod własne życzenia.
Ale zaraz, to trochę koliduje z tym co wcześniej była mowa, że runy to lustro i że 'widzisz swoje lęki'. Skoro są tak twarde w znaczeniu, to jak to jest jednocześnie lustro? Trochę się pogubiłam.
Ja tam mam przez to problem do tej pory. Jak wypadnie mi coś trudnego to zaczynam główkować - ok, to może to akurat tutaj oznacza inne coś, w mojej sytuacji inaczej. I tak szukam wyjścia. Wandka_61 mówiła że ta twardość znaczeń stawia opór, ale jak ktoś jest zdeterminowany to i tak go obejdzie chyba.
A mnie ciekawi jedno - wracacie do tego lęku i do spirali, ale czy ktoś tu miał taki moment że właśnie runy, jeden konkretny rzut, faktycznie coś uspokoiły? Nie w sensie że dostałaś 'dobrą' runę, ale że cokolwiek wypadło, to coś poczułaś że ok, rozumiem, mogę to zaakceptować?
Mnie się to nie zdarzyło ani razu. Za każdym razem jak coś wypadało, to albo czułem ulgę bo 'dobrze', albo niepokój bo 'źle'. Nigdy tego o czym mówisz - żeby po prostu zaakceptować cokolwiek.
I to jest chyba najważniejsza rzecz którą powiedział autor wątku od początku tej rozmowy. Bo to zdanie pokazuje że pytanie nie brzmi 'jak rzucać runami', tylko 'jak pracować z akceptacją wyniku jakikolwiek by był'. I tutaj runy są tylko jednym z elementów, nie sednem problemu.
No i to jest pytanie do mnie, więc odpowiem. Nie wiem. Serio nie wiem czy to kolejność czy jedno przez drugie. Może właśnie przez rzucanie uczę się akceptacji? Albo może odwrotnie i tylko ją utrudniam. Stąd ten wątek w ogóle.
Myślę że ta kolejność nie jest taka ważna jak się wydaje. Akceptacja nie jest warunkiem wstępnym do pracy z runami, bo nikt by wtedy z nimi nie zaczął. Ale rzucanie bez żadnej refleksji nad tym co czujesz po rzucie, to już problem.
Wcale nie kompromitujące, tylko uczciwe. Chyba każda z nas tak robiła na początku przynajmniej raz. Mnie ciekawi czy Maurycy miał taką sytuację - że wrócił do rzutu po czasie i zobaczył go inaczej?
Tak, zdarzało się. Ale to mnie jeszcze bardziej dezorientowało. Bo jak wróciłem i widziałem to samo inaczej, to nie wiedziałem które rozumienie jest 'prawdziwe'. I zaczynałem rzucać jeszcze raz żeby się upewnić.
I to jest właśnie ta pułapka. Powtórny rzut po powtórnym rzucie. Mogę zapytać - ile maksymalnie razy zdarzyło ci się pytać runy o to samo?
Cztery razy jednego dnia to jest już naprawdę dużo. Ale rozumiem to, bo sama kiedyś z tartem robiłam podobnie i dopiero jak mi ktoś powiedział żbym dała sobie spokój to poczułam że coś jest nie tak. Czy masz kogoś kto ci tak mógłby powiedzieć?
To co opisuje Maurycy ma swoją nazwę, nie w sensie diagnozy, ale w sensie wzorca. Szukanie pewności przez powtarzanie to nie jest problem z runami, to jest mechanizm który człowiek przynosi do run. I tu wracamy do początku tego wątku - runy tego nie tworzą, ale mogą być bardzo wygodnym miejscem żeby to robić.
No dobra, ale skoro wiemy że to mechanizm, to czy runy są dobrą metodą żeby z nim walczyć, czy złą? Bo z jednej strony mówiliśmy że twarda symbolika run daje opór, z drugiej widać że Maurycemu nie dała. Więc czy to zależy od osoby czy od czegoś innego?
