Hej, wchodzę tutaj bo to ciekawe. Mam pytanie trochę z zewnątrz tej dyskusji - czy wy naprawdę uważacie ze ta "warstwa lękowa" to coś co runy mogą rzeczywiście przetworzyć, czy to jest po prostu efekt skupienia się na czymś innym niż ból? Bo jak tak czytam to zastanawiam sie czy tu runy robią robotę czy po prostu sam fakt że robisz coś skupionego i rytualnego.
Czytam ten wątek od początku i mam wrażenie że wchodzę w środek czegoś dużego, przepraszam że wchodzę. Ale chciałam zapytać, bo jesteś na początku drogi z runami, jak rozpoznać czy runa którą wyciągam w trakcie bólu mówi o sytuacji ogólnie czy konkretnie o tym bólu? Tzn. jak to rozróżnić interpretacyjnie?
To jest naprawdę dobre pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Przy interpretacji run zawsze pracujemy z kontekstem pytania. Jeśli usiadłaś z intencją 'chcę zrozumieć co się dzieje z moim ciałem i zdrowiem' to runa mówi w tym kontekście. Jeśli pytanie było ogólne to możesz mieć kłopot bo nie wiesz do czego przykładać odczyt. Dlatego precyzja pytania przed sesją jest ważniejsza niż sama technika rzutu.
Trochę się gubię w tej rozmowie bo poszła bardzo w stronę techniki sesji, a mnie interesuje bardziej aspekt długoterminowy. Czy ktoś tutaj używa run regularnie przy bólu chronicznym już od jakiegoś czasu i może powiedzieć co to daje z perspektywy kilku miesięcy albo roku? Bo jedno to teoria a drugie to praktyka w dłuższym czasie.
Ja mogę powiedzieć, bo mam fibromialgie od kilku lat i runy towarzyszą mi od jakis ponad roku. Nie powiem ze ból się zmniejszył, bo to by bylo nieprawdziwe. Ale zmieniło sie to ze lepiej rozumiem kiedy siadam a kiedy nie. nauczyłam sie że po złej nocy sesja mi nic dobrego nie daje, za to w środku dnia kiedy ból jest znośny to mogę spokojnie posiedzieć i to ma sens. Taka praktyczna mądrość o swoim ciele chyba jest tez jakoś wartościowa.
To co Chalcedonka pisze o uczeniu się własnego ciała przez praktykę z runami jest interesujące, ale mam wrażenie że to można osiągnąć bez run - po prostu obserwując siebie. Nie mówię że runy są złe, ale to nie runy uczą cię swoich granic. Uczysz się ich sama, runy są tylko okazją do zatrzymania się, no nie?
No dobra, Ninogniewa ma rację że forma praktyki nadaje strukturę, ale mam wrażenie że trochę idziemy za daleko w tym uzasadnianiu. Dziennik to dziennik, runy to runy - tu nie chodzi o to samo. Dziennik to ja, moje słowa, mój zapis. Runa to coś co wyciągam i interpretuję, czyli dodaję kolejną warstwę pomiędzy mną a obserwacją. Czy ta warstwa nie zaciemnia zamiast pomagać?
Weszłam tu przypadkiem bo szukałam czegoś zupełnie innego, ale czytam i mam jedno konkretne pytanie - skąd w ogóle wiadomo że runa odnosi sie do bólu a nie do czegoś zupełnie innego w zyciu? Jak sie to rozróżnia? Naprawde nie rozumiem tej mechaniki.
Wracam do tej dyskusji o czasie sesji bo to mnie nie puściło. Okej przyjmuję że 10 minut może byc wystarczające. Ale co z przygotowaniem? Bo mi zawsze mówili że zanim wyciągniesz rune to powinieneś sie odpowiednio nastroić, pobiec myśli, może zapalić świeczkę. Jak to sie mieści w 10 minutach łącznie z samą sesją??
No ale ta świeczka i nastrój to nie jest tylko ceremonialność, to ma swój sens energetyczny. Jak nie ma odpowiedniego nastawienia to sesja nie ma szans zadziałać porządnie. Mówię to z doświadczenia. Bez tego to jak wróżenie od niechcenia, bez skupienia.
Hej, czytałem ten wątek od jakiegoś czasu i muszę powiedzieć że ta rozmowa o lęku który Eteryda opisała jest naprawde ciekawa. Bo mi tez sie to zdarza z innymi praktykami, nie runami - pytam o cos i gdzieś w głębi chce dostac określoną odpowiedź. To chyba ludzkie, nie? Czy runy jakoś to korygują, czy raczej wzmacniają to co już mamy w głowie?
To jest jedno z kluczowych pytań w każdej praktyce wróżebnej. I odpowiedź jest nieprzyjemna: runy nie korygują twojego nastawienia same z siebie. Korekta musi przyjść od ciebie. Runa daje ci obraz, ale to ty decydujesz jak go interpretujesz i zawsze możesz wybrać interpretację która potwierdza to co chcesz usłyszeć. Dlatego przy bólu, kiedy lęk jest silny, szczerość wobec siebie jest ważniejsza niż technika.
Dokładnie to mam zapisane w swoich notatkach z kilku różnych podejść. Runa jest jak lustro które pokazuje kształt, ale to ty decydujesz co widzisz - rysy na twarzy czy cień na ścianie. Przy chronicznym bólu problem jest taki że to lustro łapie drżącą ręką, więc obraz się kręci. I tu wracamy do tego co wcześniej mówiono o stanie wejściowym - jeśli lęk jest aktywny, lustro drży.
To piękne porównanie Kai ale mam z nim problem. Lustro odbija to co przed nim stoi, nie dodaje nic od siebie. Runa dla mnie nie jest tylko odbiciem - jest też czymś co przychodzi z zewnątrz, z czegoś poza moją psychiką. Inaczej to po co w ogóle runy, mogłabym sama sobie coś losować z pustego kapelusza.
No właśnie Miloduch zadała to pytanie które mnie zawsze uwiera przy dyskusjach o runach i tarocie. Jeśli interpretacja zależy wyłącznie od tego co wnosimy, to co robi sama runa? Czy to nie jest zwykła projekcja? Serio pytam, bo sama pracuję z tarotem i też się z tym zastanawiam.
O matko, ta rozmowa jest naprawde głęboka! Nigdy bym nie pomyślała że pytanie 'czy runy pomagają przy bólu' doprowadzi do pytania o naturę projekcji i agencji run. Bardzo dużo się dowiedziałam, naprawdę dziękuję wszystkim za te wypowiedzi! Ale mam pytanko do Zenobii - co to znaczy że ktoś nieświadomie miesza te dwie opcje? Jak to wygląda w praktyce sesji?
To co Zenobia pisze o Hagalaz i wyroku trafia w sedno. Sama mialam taki moment w poczatkach, wyciagnelam Hagalaz przy bardzo zlym dniu z fibromialgią i siebie niemal przekonałam ze to znak ze bedzie gorzej. Jakos potem zrozumialam ze to jest wlasnie ten lęk ktory szuka potwierdzenia o ktorym Wrozbita pisal wczesniej. Hagalaz to nie jest wyrok, to jest burza ktora przechodzi. Ale jak boli i sie boisz to widzisz tylko te burze, nie to ze przechodzi.
To co Chalcedonka napisała o Hagalaz mnie bardzo uderzyło, bo sama przez to przechodziłam. I właśnie dlatego zaczęłam prowadzić ten wątek - żeby gadać o tym głośno, bo chyba wiele osób ma te same mechanizmy lękowe przy sesji z bólem, tylko się do tego nie przyznaje. To nie jest słabość, to jest po prostu ludzka reakcja na coś trudnego.
Chalcedonka poruszyła coś ważnego i chcę do tego wrócić, bo to jest właśnie serce całego tematu. Ten moment kiedy wyciągasz Hagalaz albo Nauthiz przy złym dniu z bólem i czujesz jak coś w żołądku opada - to jest ten właśnie punkt, w którym sesja przestaje być pomocna i staje się źródłem dodatkowego stresu. I co wtedy? Odkładasz runy i idziesz dalej? Czy próbujesz przebić się przez ten lęk?
Czekajcie, ale to co Chalcedonka opisuje to jest dość ciekawy fenomen sam w sobie. Ta sama runa wyciągnięta w różnych momentach daje różne odczucia interpretacyjne. To może być argument za tym że to głównie MY się zmieniamy między sesjami, nie runa 'mówi coś innego'. Czy ktoś to kiedyś weryfikował jakoś bardziej systematycznie, np. notując co wyciągał i jaką interpretację robił za pierwszym a jaką za drugim razem?
Ja to notuję od jakiegoś czasu. I tak, ta sama runa brzmi inaczej kiedy jestem w złym dniu i inaczej w lepszym. Hagalaz przy silnym bólu czytam jako 'destrukcja i chaos', a przy spokojniejszym dniu jako 'konieczna przemiana'. Formalnie to te same znaczenia z każdej książki o runach, ale akcent pada gdzie indziej. Więc odpowiadając Jackowi - tak, zmieniamy się my, ale to nie czyni sesji bezużyteczną. To jest właśnie informacja o nas w danym momencie.
Okej ale zaraz, jeśli ta sama runa może znaczyć i 'destrukcja' i 'przemiana' to jak w ogóle wiadomo co jest prawdziwe? Piszę serio, bo to brzmi jakby interpretacja była... dowolna? Można sobie wybrać co wygodniejsze i powiedzieć że runa tak powiedziała?
Wróżbita powiedział 'konfrontuje a nie uspokaja' i to jest dla mnie klucz. Bo chyba właśnie to odróżnia użyteczną sesję od tej gdzie jesteś tylko sam ze swoim lękiem. Ale jak to wyczuć w praktyce przy bólu, kiedy masz mglę w głowie i jesteś zmęczona tym bólem od tygodni?
Na to pytanie Sydki mogę odpowiedzieć z własnego doświadczenia, bo pracuję z runami od ponad dwudziestu lat i robiłam sesje przy naprawdę ciężkich momentach zdrowotnych. Sygnał że sesja jest użyteczna jest prosty: po interpretacji masz jakiś impuls do działania albo inne rozumienie sytuacji. Sygnał że sesja ci szkodzi: po interpretacji jesteś bardziej sparaliżowana niż przed. To nie jest mistyczny test, to jest zwykła obserwacja własnego stanu.
Lobelka mówi to pragmatycznie i rozumiem, ale mam wrażenie że to trochę upraszcza. Bo bywa że runa daje ci trudną odpowiedź która cię początkowo paraliżuje, ale po kilku godzinach okazuje się że właśnie to było potrzebne. Więc ten test 'jak się czujesz bezpośrednio po' może nie być wystarczający, nie?
Czytam ten wątek i mam pytanie może naiwne, bo nie znam się na runach zupełnie - czy w ogóle jest jakaś zasada kiedy NIE robić sesji? Jak lekarz mówi 'nie brać na czczo', to czy przy runach jest coś podobnego, jakieś konkretne warunki kiedy lepiej odpuścić?
To jest bardzo dobre pytanie i właśnie dlatego chciałam żeby ten wątek był jakimś poradnikiem. Z mojego doświadczenia i z tego co zebrałam od innych: nie robię sesji kiedy ból jest na 8-9/10 bo wtedy naprawdę nie mam zasobów żeby z czymkolwiek pracować. nie robię sesji kiedy jestem na lekach które mnie ogłupiają (niektóre środki przeciwbólowe mi tak robią). i nie robię sesji żeby sprawdzić czy ból minie, bo to jest pułapka. Ale to moje zasady, innych mogą być inne.
