Wszędzie pełno poradników, co jest „najlepsze" na runy - jabłoń, jesion, brzoza, ta cała lista. Ale mnie ostatnio bardziej zajmuje strona odwrotna. Z czego świadomie rezygnujecie i dlaczego? Bo każdy ma chyba jakiś gatunek, którego nie ruszy, choćby był pod ręką. U mnie to drewno iglaste z marketu i drewno z drzewa ściętego nie wiadomo gdzie i przez kogo. Ciekawi mnie, co u Was jest na czarnej liście i z jakiego powodu, bo to chyba mówi więcej niż lista „polecanych".
Dobre postawienie sprawy. U mnie odpada wszystko, czego pochodzenia nie znam. Deska z marketu, dębowa czy nie, jest dla mnie martwa, bo nie wiem, skąd drzewo, kiedy ścięte, czy żyło, czy uschło. Drewno na runy musi mieć historię, którą znam. Anonimowa deska, choćby najlepszego gatunku, jest gorsza niż gałąź z drzewa, które znam z imienia.
Ja rezygnuję z drzew ściętych w gniewie albo chorych. Brzmi może dziwnie, ale jak wiem, że drzewo zostało zwalone z wściekłości, w wycince na złość sąsiadowi, w awanturze granicznej - nie ruszę tego drewna. Niesie to, w czym padło. Wolę gałąź, która sama spadła w spokoju, niż konar ze ściętego w nienawiści drzewa.
U mnie pierwsza na czarnej liście jest topola. Miękka, gąbczasta, rozłazi się przy ryciu, źle trzyma barwnik, a do tego ma dla mnie „pustą" energię. Drugi gatunek, którego unikam, to wszystko, co rosło przy ruchliwej drodze. Drzewo nasiąknięte spalinami i hałasem to drewno zatrute, niezależnie od gatunku.
Wejdę z czymś, co może wywołać spór. Ja nie używam iglaków w ogóle, nie z powodów energetycznych, tylko praktycznych i tradycyjnych. Żywica. Sosna, świerk, modrzew sączą żywicę latami, barwnik się nie chwyta równo, a powierzchnia bywa lepka w cieple. Do tego klasyczna tradycja mówi o drzewach owocujących, a iglaki w większości do tej kategorii nie wchodzą.
Mnie z czarnej listy najwyżej stoi drewno z cmentarza albo rosnące na grobach. Tuje, żywotniki cmentarne, drzewa z przykościelnych nekropolii. Niektórzy je biorą, twierdząc, że niosą moc przodków. Ja nie ruszam. Drzewo karmione tym, co pod nim leży, niesie pole zmarłych, a ja do wróżby o sprawach żywych takiego drewna nie chcę. To moja stała granica.
Wejdę trochę pod prąd. Ja uważam, że większość tych rezygnacji to nasze projekcje, nie właściwości drewna. Drzewo z cmentarza chemicznie nie różni się od drzewa z parku. To my wkładamy w nie „pole zmarłych". Co nie znaczy, że jestem przeciw rezygnacjom - tylko że źródłem jest nasza relacja z drewnem, nie samo drewno. I dlatego rezygnacja działa: bo skoro ja czuję, że cmentarne jest złe, to z takim nastawieniem zrobię z niego zły zestaw.
A ja rezygnuję z drewna kupowanego jako „gotowe krążki na runy" w sklepach rękodzielniczych. To najczęściej brzoza skandynawska cięta maszynowo, suszona komorowo, bez żadnej historii. Technicznie zdrowe, symbolicznie puste. Wolę gorszy gatunek z gałęzi, którą sam zebrałem, niż idealny krążek z taśmy. To moja świadoma rezygnacja z wygody na rzecz związku z drewnem.
Mam pytanie trochę z boku, bo robię pierwszy zestaw. Czy drewno z drzewa, które samo padło - wiatrołom, złamana gałąź po burzy - jest gorsze niż ścięte z żywego? Bo czytałam u kogoś, że tylko z żywego drzewa runy „żyją", a z padłego są „martwe". Ale to mi się kłóci z tym, że nie chcemy zabijać drzew dla zabawy.
Wracając do mojej czarnej listy, dorzucę jeszcze jedno - nie ruszam drewna egzotycznego. Hebanu, palisandru, mahoniu, wszystkich tych pięknych ciemnych drewien z drugiego końca świata. Niby kuszą wyglądem, ale to drzewa z zupełnie innego kręgu, często z wycinki rabunkowej, no i nie mają nic wspólnego z północną tradycją run. Egzotyk u mnie odpada zawsze.
Wejdę z gatunkiem, którego chyba nikt nie wymienił, a ja go unikam - wierzba. Wiem, że niektórzy ją cenią, bo związana z wodą i magią. Ale wierzba jest tak miękka i wilgotna, że runy z niej się paczą, pękają przy schnięciu i nie trzymają kształtu. Energetycznie nie mam nic przeciw, ale praktycznie to droga przez mękę. Rezygnuję z czysto warsztatowych powodów.
Wracając do konkretów - ktoś wspomniał o drzewach przy drodze. Jak daleko od drogi drzewo musi rosnąć, żeby było „czyste"? Bo prawie wszędzie u nas jest jakaś droga w pobliżu. Gdzie stawiacie granicę?
Dochodzi mi do czarnej listy jeszcze jedna rzecz, o której zapomniałem - drewno klejone, sklejka, płyty. Wiem, że to oczywiste, ale ktoś początkujący może nie wiedzieć. Sklejka, MDF, deska klejona to drewno przemielone z klejem i chemią. To w ogóle nie jest drewno w sensie runicznym. Martwe na wskroś, naszpikowane substancjami. Absolutnie nigdy.
To mi się układa cała lista pułapek dla początkującego. Sklejka, MDF, drewno impregnowane, taśmowe krążki, egzotyki, drewno przydrożne. Człowiek myśli „wezmę drewno", a okazuje się, że większość dostępnego od ręki odpada. Dobrze, że to spisujecie, bo sama bym wpadła w którąś z tych pułapek.
Wchodzę z pytaniem, bo mam dylemat. Mam dostęp do drewna z drzewa, które rosło u mnie w ogrodzie i które trzeba było wyciąć, bo chorowało i groziło, że spadnie na dom. Czyli drzewo chore, ale moje, znane, z historią. Brać czy nie? Bo z jednej strony chore odpada, z drugiej to drzewo, które znałem latami.
Mam jeszcze pytanie do tematu egzotyków, do którego chcę wrócić. Bo ktoś wcześniej w innej rozmowie mówił o robieniu run dla osoby z innego kręgu kulturowego, z drugiego końca świata. Czy dla takiej osoby egzotyczne drewno z jej stron byłoby właściwe, zamiast naszego? Czyli czy „egzotyk" to pojęcie względne, zależne od tego, gdzie się jest?
Wracając do listy, dorzucę gatunek, którego nikt nie ruszył, a ja go unikam - orzech. Piękne drewno, twarde, ładne w kolorze, ale orzech ma w sobie substancję, która hamuje wzrost innych roślin pod nim. Drzewo, które „nie dopuszcza życia" wokół siebie, nie jest dla mnie dobrym drewnem na runy do spraw życiowych. To moja symboliczna rezygnacja, choć technicznie orzech byłby świetny.
A propos drzew o silnym charakterze - co z bzem czarnym? Bo to drzewo otoczone u nas mnóstwem przesądów, drzewo „graniczne", związane z zaświatami w ludowej tradycji. Niektórzy go nie ruszają w ogóle, inni cenią właśnie za to. Macie zdanie?
Ciekawe patrzeć, jak po tylu wymianach dochodzicie do tego, że może spieracie się o nazwy, nie o istotę. Bez was do tego doprowadził. Drzewo zamieszkane przez „panią" albo nośnik projekcji zbiorowej - dla praktyka efekt ten sam: nie rusza się bzu. Różne drogi, ten sam skutek.
Wrócę do spraw warsztatowych, bo zrobiło się dużo o symbolice. Z czysto technicznego punktu widzenia unikam też drewna o bardzo wyraźnych, twardych słojach - jak niektóre odmiany sosny czy modrzewia, gdzie słoje są twarde, a między nimi miękko. Przy ryciu nóż „skacze" po słojach, znak wychodzi krzywy. Drewno o równej, gęstej strukturze rytuje się czysto. Słojaste odpada warsztatowo.
Skoro tyle mówimy o owocowych, dorzucę przestrogę - śliwa potrafi mieć gumozę, czyli wyciek żywicznej substancji z ran drzewa. Drewno śliwy z miejsc, gdzie była gumoza, bywa przesiąknięte tą lepką masą i źle się obrabia. Śliwa jest świetna, ale omijaj partie z wyciekami. To akurat warsztatowa pułapka konkretnie śliwy.
Wracam z aktualizacją, bo sprawdziłem rdzeń mojej jabłoni po ojcu. Zdrowy, twardy, jasny, ani śladu próchna z żywej strony. Chora była tylko ta przechylona połowa, dokładnie jak mówiliście. Biorę z żywej strony. Jestem wam wdzięczny, bo gdybym posłuchał ogólnej zasady „chore odpada", wyrzuciłbym drewno, które okazuje się idealne.
Słuchając o tych wszystkich owocowych, mam pytanie - czy jest jakiś owocowy, którego mimo wszystko unikacie? Bo wychodzi na to, że owocowe to złoty standard. Ale może jest wśród nich jakiś wyjątek na czarnej liście?
Grusza u dziadków na pewno nieopryskiwana, to stary wiejski sad, nikt tam niczego nie pryska od dekad. Czyli mam podwójne szczęście - stara, nieopryskiwana grusza z historią rodzinną. Po tej rozmowie doceniam to drzewo bardziej, niż zanim tu weszłam. Myślałam, że stara grusza to nic specjalnego, a okazuje się skarbem.
Podsumowując moją czarną listę po całej rozmowie - fizycznie odrzucam zatrute (przydrożne, opryskiwane, impregnowane), chore z przegniłym rdzeniem, miękkie i paczące się (topola, wierzba), klejone i prasowane. Symbolicznie zostawiam to każdemu jego, bo to relacja praktyka z drzewem, nie obiektywna cecha. Te dwie listy trzymam osobno i tego się trzymam.
Po tej rozmowie widzę, że moja czarna lista to mieszanka wszystkiego, o czym mówiliśmy. Zatrute i chore - fizycznie. Cmentarne, bez czarny, drzewo z miejsca tragedii - z szacunku do warstwy, którą niosą. Egzotyki - z obcości kręgu. Każda rezygnacja z innego powodu, ale wszystkie świadome. I to jest chyba sedno - świadomość, nie sama lista.
Ciekawe, że wątek o tym, czego unikać, powiedział o praktyce każdego z nas więcej niż dziesięć wątków o tym, co polecać. Bo to, czego ktoś świadomie nie rusza i dlaczego, pokazuje jego całe podejście - czy patrzy fizycznie, symbolicznie, kulturowo, czy wszystko naraz. Czarna lista to portret praktyka.
