Dla mnie to ma znaczenie. Oczyszczanie materiału przed pracą rytualną jest dla mnie integralną częścią intencji. Przetapiam trzy razy z wodą, przy każdym przetapianiu mam jakiś krótki zamiar wypowiadany - nie żaden rozbudowany rytuał, po prostu określenie celu. Czy to jest konieczne? Pewnie nie. Ale buduje relację z materiałem od samego początku.
To jest interesujący kierunek. W niektórych tradycjach rzemiosła rytualnego - nie mówię o Wicca ani neopogaństwie, bardziej o starszych praktykach ludowych - przygotowanie materiału i samo wytworzenie przedmiotu są częścią rytuału, nie krokiem poprzedzającym. Świeca jest gotowa, kiedy jest wyrobiona w odpowiednim nastawieniu, nie kiedy zostanie potem poświęcona. Łój w tym sensie jest szczególny, bo wymaga więcej pracy niż gotowy wosk z pudełka.
Namaszczanie zawsze powinno iść od dołu do góry przy przyciąganiu i od góry do dołu przy odpychaniu. To jest podstawa i nie ma co kombinować inaczej. Przy świecach łojowych olejek musi być tłuszczowy, bo inaczej nie wniknie w materiał i cały rytualny sens się rozsypuje.
Mam w notatkach, że kierunek namaszczania od środka na zewnątrz lub od zewnątrz do środka jest też opisywany w kontekście świec - zależy od tego, czy chcesz coś przyciągnąć do siebie czy wysłać od siebie. To inna oś niż góra-dół. Widziałem obydwie w różnych zapisach i nie wiem, która jest starsza.
to jest ciekawe, bo jeśli olejek wchłania się głębiej, to może jest bardziej zintegrowany z materiałem, a nie tylko na powierzchni. Przy woskowej masz olejek jako warstwę zewnętrzną. Przy łojowej masz go wewnątrz. Dla mnie to brzmi jak lepsza integracja intencji, ale może za dużo interpretuję.
A wracając do wątku sennego, który urwaliśmy - ktoś wspominał o łoju jako progu. Zastanawiam się, czy przy pracy sennej świeca ma palić się przed zaśnięciem i dogasać samodzielnie, czy trzeba ją zgasić? Bo jeśli jest progiem, to może nie powinna gasnąć sama, kiedy śpisz?
Zakaz zdmuchiwania bywa uzasadniany tym, że wydech jest tchnieniem, które może wnosić do rytuału coś niezamierzonego, albo że rozproszy energię, którą zebrałeś. To ma sens w pewnej logice, ale nie jest to zasada powszechna. W niektórych tradycjach zdmuchniecie jest świadome i celowe - rozproszenie po skończeniu pracy. Więc to zależy od systemu.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie może trochę z innej strony - czy świece łojowe były historycznie używane w rytuałach ochronnych, czy raczej w innych celach? Bo mam wrażenie, że łój ma w tej rozmowie głównie smak pracy sennej i graniczności, a nie wiem, czy to jest historyczne, czy to się tu tak samo ukształtowało.
Ja mam pytanie może głupie, ale - czy jak się robi świecę łojową w domu to w ogóle nie ma ryzyka, że coś się nie uda i rytuał zadziała odwrotnie? Czytałam, że przy złej intencji materiału wszystko może się odwrócić.
Mam w notatkach rozróżnienie na "opór materiału" i "błąd wykonawcy" w kontekście przygotowania narzędzi rytualnych. Opór materiału - czyli kiedy coś nie chce wyjść mimo właściwych warunków i wiedzy - był traktowany jako sygnał w kilku źródłach, które przeglądałem. Błąd wykonawcy to po prostu błąd. To jest użyteczne rozróżnienie, choć nie wiem, jak się je weryfikuje w praktyce.
Wracając do pytania Gabrysi o historyczne zastosowania łoju w ochronie - czy ktoś ma coś konkretniejszego? Bo rozmowa poszła w stronę jakości wykonania, a mnie ciekawi, czy łój był faktycznie używany w rytuałach ochronnych, czy to raczej nasze dzisiejsze przypisanie.
A czy ktoś w ogóle robi to samodzielnie, od etapu surowego tłuszczu? Bo cała ta rozmowa zakłada chyba, że mamy gotowy łój. Ale jeśli chodzi o rytualne właściwości, to może proces wytapiania też coś wnosi?
Przy samodzielnym wytapianiu można dodać do łoju zioła już na etapie procesu, nie dopiero do gotowej świecy. Mam wrażenie, że to daje lepszą integrację niż dodawanie na zimno. Czy ktoś to robił i widział różnicę?
To jest ciekawy punkt, bo w kilku opisach przygotowania rytualnego, które przeglądałem, nie ma mowy o utrzymaniu intencji przez cały czas pracy - raczej o nastawieniu przed i po. Sam proces jest potraktowany bardziej technicznie. Może rozróżnienie Dominisi ma sens: co innego skupienie na początku i zamknięcie na końcu, co innego ciągłe trzymanie myśli przez kilka godzin wytapiania. Nie wiem, czy ktoś w ogóle tak to opisuje jako wymóg.
Wracając na chwilę do wątku o łoju z konkretnego zwierzęcia - Jarzebina miała rację, że przy wosku nikt nie pyta o pasiekę, ale może to jest przeoczenie, a nie standard. W materiałach o świecach obrzędowych, które znam, proweniencja materiału pojawia się jako istotna właśnie wtedy, gdy materiał pochodzi wprost z organizmu - tłuszcz, krew, wosk pszczeli z konkretnego ula. Przy łoju przemysłowym ta nić się urywa i nie ma dobrego sposobu, żeby ją odtworzyć intencją, bo nie wiadomo nawet, co się odtwarza.
