wstałam dziś wcześniej niż zwykle, bo szykuję sobie zakopcone szkiełko na zaćmienie 🙂 a wczoraj wieczorem policzyłam wibracje wszystkich adresów jakie pamiętam.
i wyszło coś, co dało mi do myślenia. najspokojniejsze lata miałam pod siódemką, chociaż wtedy strasznie narzekałam że nuda i że nic sie nie dzieje
Marzec to dobry moment na taki rachunek sumienia z mieszkaniem. Przy okazji porządków najlepiej widać, gdzie energia ucieka: zawalony przedpokój, szuflada z rzeczami odłożonymi na później, kurtki wiszące od listopada.
Zanim ktoś zacznie równoważyć wibracje kolorami i kamieniami, warto opróżnić te miejsca, które od miesięcy służą za magazyn. Dopiero potem widać, co faktycznie robi liczba, a co zwykły bałagan.
Widzę, że dołączyło sporo nowych osób, więc zbiorę metodę w cztery kroki.
Bierzemy numer lokalu, w bloku mieszkania, w domu budynku. Sumujemy cyfry. Litery zamieniamy według tabeli pitagorejskiej i dodajemy do sumy. Redukujemy do jednej cyfry, zostawiając 11 i 22. Kod pocztowy, piętro i numer klatki zostają poza rachunkiem.
Policzyłam dom mamy i wyszła dwójka. Powiedziałam jej o tym, a ona machnęła ręką, że teraz to już nic nie znaczy, odkąd taty nie ma.
A ja myślę, że właśnie dlatego jest tam tak ciężko. Ten dom od początku był urządzany dla dwojga i został z połową.
Przy okazji zbieram materiał do osobnego wątku, bo od kilku dni nie daje mi spokoju coś zupełnie innego. Numer mojego telefonu sumuje się dokładnie do tej samej liczby co adres, a tablice w aucie po redukcji dają to samo.
Zaczęłam pytać znajomych i u trzech osób wyszło podobnie. Ciekawe, ile w tym zwykłego przypadku, a ile wzoru, który po prostu wraca.
