Mam ostatnio wrażenie, że medytacja przestała mi działać i zastanawiam się, czy to dlatego, że za każdym razem gdy siadam, gdzieś w głowie mam jakiś cel. Chcę osiągnąć spokój, chcę wyciszyć myśli, chcę poczuć tę głębię. I właśnie to pragnienie osiągnięcia stanu sprawia, że stan nie przychodzi. Jakby umysł wiedział, że jest obserwowany i schodzi do podziemia. Czytałam sporo o wu wei, o nie-działaniu, i coraz bardziej myślę, że medytacja bez celu to nie lenistwo tylko właśnie najgłębsza forma praktyki. Ale jak to w ogóle zrealizować? Jak usiąść bez intencji, skoro sama intencja usiąść jest już intencją?
To jest paradoks, który zna chyba każdy kto praktykuje dłużej. Ale chcę zapytać, bo to ważne: czy mówisz o medytacji jako o praktyce świadomościowej, czy o czymś bardziej rytualnym? Bo to zmienia odpowiedź. Jeśli siadasz z intencją pracy energetycznej, to cel jest wbudowany w samą strukturę. Jeśli siadasz w stylu vipassany czy zen, wtedy ten paradoks jest właśnie sercem praktyki, nie przeszkodą.
W tradycjach słowiańskich, które śledzę od jakiegoś czasu, nie ma w ogóle pojęcia medytacji jako siadania bez celu. Zawsze jest jakiś kontakt, jakieś słuchanie przestrzeni. Więc ten zachodni koncept medytacji bez celu brzmi dla mnie trochę jak wyobrażenie samego siebie jako pustego naczynia, co samo w sobie jest właśnie jakimś obrazem docelowym. Nie mówię, że to złe, tylko że może paradoks, o którym piszesz, jest specyficzny kulturowo.
Radomir, ale czy to nie jest dokładnie to samo co Nyja opisuje, tylko inaczej nazwane? Słuchanie przestrzeni to też jest stan, do którego się dąży. Skąd wiesz, że już słuchasz, a nie że jeszcze próbujesz słuchać?
Trochę z boku, bo dopiero zaczynam z tymi praktykami, ale mam pytanie które może być naiwne. Czy afirmacje pomagają w tym odpuszczaniu? Bo ostatnio próbuję metody z zapisywaniem afirmacji w zeszycie i zauważam, że kiedy piszę coś w stylu "jestem spokojna, jestem obecna", to paradoksalnie zaczyna mi się kręcić w głowie podczas siedzenia. Jakby zapis wcześniej ustawił oczekiwanie.
A czy próbowałaś mówić je na głos zamiast zapisywać? Mnie nauczono, że wibracja głosu uruchamia inny ośrodek, bardziej cielesny, przez co umysł analityczny trochę odpuszcza. Nie wiem czy to ma związek z numerologią, bo wibracje fonetyczne to jednak coś innego, ale może Powojka mogłaby porównać efekty?
SMS działa bo widzisz to jako wiadomość od kogoś zewnętrznego, więc twój mózg nie filtruje tego jako twoje własne myślenie. Jakaś tam psychologia percepcji. Ale szczerze, w kontekście medytacji bez celu to chyba bez różnicy, bo i tak jakąś intencję ładujesz przed siedzeniem.
Według mnie nie da się tego "zrobić" technicznie. Jak zaczniesz technikę nie-oceniania, masz nową technikę, a więc nowy cel. Może chodzi o coś innego, o oswojenie się z tym, że ocenianie będzie, i przestanie ci to przeszkadzać. Wtedy ocenianie nie blokuje już stanu, bo nie walczysz z nim.
Mam takie wrażenie, że to co opisujecie to trochę jak ze snami. Im bardziej chcesz zapamiętać sen, tym bardziej ci ucieka. Ale jak przestajesz się starać, rano masz go w głowie zanim jeszcze zdążysz pomyśleć. Może medytacja działa tak samo, że stan przychodzi właśnie w tę szczelinę między staraniem a rezygnacją.
Ale czy nie jest tak, że jeśli kompletnie nie masz celu podczas medytacji, to po prostu śpisz albo siedzisz i nic się nie dzieje? Skąd wiesz, że weszłaś w jakiś głębszy stan, jeśli nie masz punktu odniesienia? Mnie się wydaje, że jakiś minimalny cel jest potrzebny, żeby w ogóle wiedzieć co się ćwiczy.
Słucham tej rozmowy od początku i jedno mnie zastanawia. Czy nie jest tak, że cały ten problem z celem w medytacji pochodzi stąd, że mylimy medytację z wejściem w trans czy stan zmienionym? Bo w pracy z kartami albo w rytuale trans ma swój cel, ma strukturę, jest po coś. Ale czysta kontemplacja to coś innego. I może dlatego ludzie mają ten problem, że mieszają dwa różne tryby umysłu.
No właśnie, pytasz o sedno. Moje rozumienie jest takie, że medytacja bez celu to nie jest stan, który osiągasz, tylko rodzaj relacji z tym, co jest. Ale przyznam szczerze, że nigdy do końca nie wiedziałem, czy to co czuję w takich momentach to "to", czy tylko spokojniejsza wersja zwykłego siedzenia.
Zastanawiam się czy w ogóle to rozróżnienie ma sens w praktyce. Kiedy śnię świadomie, też nie zawsze wiem kiedy "wchodzę" w świadomy sen, czasem po prostu zauważam, że jestem świadoma. Może medytacja działa tak samo i pytanie "czy to już jest" jest z gruntu źle postawione.
Ja akurat trochę pracuję ze świadomymi snami i mogę powiedzieć, że ten mechanizm z "nie sprawdzaj czy już jesteś" jest tam bardzo realny. Jak zaczynam testować, czy śnię, za pomocą liczenia palców, to albo się budzę, albo sen się zmienia. Więc może jednak ten paradoks obecny jest w obu.
Ale przecież w świadomym śnie masz jakiś cel, prawda? Chcesz na przykład polecieć albo kogoś spotkać. Jak to się ma do medytacji bez celu? To nie jest chyba ten sam mechanizm, tylko podobna blokada psychologiczna.
Wracając trochę do afirmacji, bo mi to nie daje spokoju. Jeśli dobrze rozumiem, to afirmacja pisana w zeszycie uruchamia ten sam mechanizm sprawdzania, co medytacja z celem. Ale kiedy wysyłam sobie SMS, mój mózg traktuje to jak wiadomość z zewnątrz, więc nie sprawdza "czy już jestem". Czy to znaczy, że SMS faktycznie lepiej współgra z medytacją bez celu?
Z numerologicznej strony, wibracja imienia własnego albo konkretnego słowa ma znaczenie niezależnie od nośnika. Czy to SMS, czy zeszyt, czy głos. Ale wibracja wypowiedziana na głos wchodzi przez ciało, przez słuch, przez gardło. SMS jest płaski w sensie energetycznym. To nie jest ta sama jakość, nawet jeśli treść identyczna.
Tak bym to rozumiała. Głos wytwarza falę, która przechodzi przez powietrze i wraca do twoich uszu. Jest fizyczna pętla. Przy SMS-ie ta pętla nie istnieje, jest tylko obraz na ekranie. Ale mam wątpliwości, bo pracuję głównie z liczbami, a nie z dźwiękami, więc może ktoś z większym doświadczeniem w fonoskopii albo mantrach by to lepiej wyjaśnił.
Wracając do samego odpuszczania, bo myślę, że rozmowa o afirmacjach dała mi coś konkretnego. Jeśli SMS działa przez iluzję zewnętrzności, to może w medytacji też chodzi o jakąś formę samooszustwa w dobrym sensie. Nie gram kogoś kto nie ma celu, tylko przestaję być świadkiem własnego grania. Ale czy to w ogóle możliwe bez specjalnej techniki?
Właśnie to jest problem z pytaniem 'jak to technicznie zrobić'. Każda technika to kolejna warstwa świadkowania siebie. Może dlatego najlepiej działają te praktyki, gdzie ciało robi coś powtarzalnego i monotonnego, śpiew, oddech, chód, a uwaga przestaje mieć co śledzić i po prostu odpada.
Właśnie to jest problem z pytaniem "jak to technicznie zrobić". Każda technika to kolejna warstwa świadkowania siebie. Może dlatego najlepiej działają te praktyki, gdzie ciało robi coś powtarzalnego i monotonnego, śpiew, oddech, chód, a uwaga przestaje mieć co śledzić i po prostu odpada.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, może naiwne. Czy wy wszyscy faktycznie doświadczacie tych stanów regularnie, czy bardziej to jest jakiś ideał do którego się dąży? Bo z zewnątrz trochę brzmi jak opisywanie czegoś, czego nikt do końca nie ma.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, może naiwne. Czy wy wszyscy faktycznie doświadczacie tych stanów regularnie, czy bardziej to jest jakiś ideał do którego się dąży? Bo z zewnątrz trochę brzmi jak opisywanie czegoś, czego nikt do końca nie ma.
W snach jest podobnie. Możesz się latami przygotowywać do świadomego snu i potem ten pierwszy raz przychodzi kiedy w ogóle o tym nie myślisz. A potem praktyka pomaga to powtarzać. Może medytacja jest tym samym tylko na jawie.
Ale tu chyba jest ważne coś innego. Jeśli piszesz afirmację w zeszycie, to akt pisania jest twój, intencja jest twoja, moment czytania jest twój. Przy SMS-ie to samo, ale z przesunięciem w czasie między nadaniem a odbiorem. I właśnie to przesunięcie może robić różnicę, bo twój umysł nie jest w tym samym miejscu co był przy wysyłaniu.
I tu wracamy do sedna, bo ten akt odpuszczenia po SMS-ie jest tym samym, o co pytałam na początku wątku. Jak medytować bez celu osiągnięcia stanu. Może nie chodzi o technikę w trakcie, tylko o to co robisz z intencją zanim usiądziesz. Czy ty Rasphul przed medytacją robisz coś żeby odpuścić cel, czy to przychodzi samo?
Szczerze? Przestałem siadać "do medytacji". Siadam żeby poczuć oddech. Cel jest tak mały i fizyczny, że nie daje się kontrolować. Oddech jest, albo go nie ma i wtedy mam większy problem. Reszta to nie moja sprawa.
