Siedzę ostatnio nad jednym pytaniem, które nie daje mi spokoju. Czytałam trochę o tradycjach tybetańskich, gdzie medytacja jest wprost rozumiana jako przygotowanie do śmierci - do momentu, kiedy świadomość opuszcza ciało. I zastanawiam się, czy my w ogóle traktujemy medytację w tym wymiarze, czy tylko jako sposób na stres i lepszy sen. Bo jeśli to ma być naprawdę głęboka praktyka, to chyba nie da się ominąć pytania o to, co się dzieje z naszą świadomością po śmierci. Macie jakieś przemyślenia na ten temat? I drugie pytanie, które mnie gryzie: czy w ogóle można "ćwiczyć" umieranie? Czy to nie jest jakaś abstrakcja?
To nie jest abstrakcja, to jest jeden z najstarszych celów medytacji w ogóle. Tybetańska Księga Umarłych istnieje właśnie po to - żeby praktykujący znał stany bardo z doświadczenia, zanim naprawdę je przeżyje. Ale mam pytanie do ciebie, bo to ważne: czy ty mówisz o medytacji jako przygotowaniu do własnej śmierci, czy bardziej jako o rozumieniu śmierci jako takiej? Bo to są dwie zupełnie różne praktyki.
Szczerze? Jestem sceptyczny wobec całego tego "ćwiczenia umierania". Ale mimo to mam pytanie - bo naprawdę nie wiem - co konkretnie miałoby się "ćwiczyć"? Że zasypiasz i udajesz, że nie żyjesz? Że wyobrażasz sobie tunel? Nie rozumiem mechanizmu.
@Nikodem76 w tradycjach wedyjskich i tybetańskich chodzi o to, żeby świadomość nauczyła się 'odpuszczać' przywiązanie do ciała i zmysłów. Medytacja na czakrę koronną albo na rozpraszanie się światła - to ma oswajać świadomość z tym stanem. Przynajmniej tak to rozumiem. Ale Leontyna pewnie wyjaśni to lepiej ode mnie, bo ja dopiero to zgłębiam.
Słucham tej rozmowy i mam jedno konkretne pytanie: czy ktokolwiek z was miał w medytacji stan, który można by nazwać "wyjściem poza siebie"? Nie mówię o projekcji astralnej, tylko o tym momencie, kiedy nie wiadomo już, kto medytuje. Bo ja miałam coś takiego i zastanawiałam się potem, czy to właśnie jest ten stan, o którym mówi tradycja tybetańska.
Czytam i jestem pod wrażeniem tej rozmowy, naprawdę. Ale mam pytanie z innej strony - co z afirmacjami w kontekście śmierci? Bo znam osoby, które powtarzają rzeczy w stylu "moja świadomość jest wieczna" albo "śmierć jest tylko przejściem" i robią to kompletnie mechanicznie, bez żadnej wiary. Czy takie powtarzanie ma w ogóle sens, jeśli człowiek sam nie czuje, że w to wierzy?
Ale czy 'bycie gdzieś obok' własnych słów to nie jest właśnie mindfulness? Serio pytam, nie ironicznie. Bo uważność polega przecież na obserwowaniu, a nie na utożsamianiu. Może ten twój znajomy robi coś ciekawego bez wiedzy?
Ale czy "bycie gdzieś obok" własnych słów to nie jest właśnie mindfulness? Serio pytam, nie ironicznie. Bo uważność polega przecież na obserwowaniu, a nie na utożsamianiu. Może ten twój znajomy robi coś ciekawego bez wiedzy?
to interesująca zmiana perspektywy, ale nie jestem pewna, czy to jest to samo. Obserwowanie własnych myśli z dystansem to co innego niż poczucie, że słowa, które wypowiadasz, są puste i nie twoje. Jedno daje lekkość, drugie raczej dyskomfort. Przynajmniej u mnie tak to działa.
Ja bym jeszcze dodała do tego kryształy - na przykład obsydian jest podobno dobry przy pracy ze śmiercią i przemianami. Ktoś tu używa kamieni przy medytacji?
Czytałam cały wątek i bardzo dziękuję, że taki temat w ogóle się pojawił, bo ja sama zmagam się z lękiem przed śmiercią od dawna i nigdy nie wiązałam tego z medytacją. Ale mam pytanie do całej grupy - czy medytacja przy takim lęku nie może być niebezpieczna? Bo jak siedzę w ciszy to ten lęk jeszcze bardziej wychodzi i czasem chcę uciec.
Właśnie to mnie uderza w tej rozmowie - że wszyscy mówimy o "oswajaniu śmierci" przez medytację, ale może wrócić do pytania, które sam postawiłem: co z tymi, którzy nie mają żadnej wiary w to, co mówią albo robią? Czy medytacja bez wiary w jej sens jest jak te puste afirmacje - forma bez treści?
Dobra, więc moje pytanie wisi w powietrzu - medytacja bez wiary, jak te afirmacje bez wiary. Czy to w ogóle cokolwiek robi, czy tylko siedzisz i marnujesz czas?
To "nie wiem po co, ale próbuję" brzmi dla mnie bardzo uczciwie, szczerze. Może nawet uczciwiej niż ktoś, kto siedzi i myśli, że wie wszystko o śmierci i świadomości. Ale nie jestem ekspertem, więc pytam Leontynę - czy tradycje, które znasz, mają coś do powiedzenia o takim podejściu?
I właśnie przy tym pytaniu - "czy ja też mijam" - pojawia się ten stan, który opisywałam. Ten moment bez obserwatora. Bo nagle nie ma kto pytać. Czy wy, kiedy to się pojawia, macie poczucie spokoju, czy raczej paniki?
A co jeśli to pytanie "co mi to da" jest już samo w sobie problemem? Bo chyba medytacja w kontekście śmierci nie jest po to, żeby coś dostać. To chyba raczej jest o tym, żeby przestać się kurczowo trzymać.
Próbowałem ze trzy razy. Za każdym razem po jakichś pięciu minutach zaczynałem myśleć o liście zakupów albo o tym, że muszę zadzwonić do kogoś. Nie wiem, czy to znaczy, że "nie umiem" czy że po prostu potrzebuję więcej czasu.
rzucałem. Myślałem, że skoro myślę o zakupach, to znaczy, że medytacja się nie udała.
To jest chyba najczęstsze nieporozumienie w ogóle. Medytacja nie polega na tym, żeby myśli nie przychodziły. Gdyby tak było, to żaden człowiek nigdy by nie medytował. Ale zostańmy przy tym, co tu piszemy - bo to "rzucanie" przy pierwszej myśli ma bezpośredni związek z tematem wątku. Jeśli nie potrafisz być przy małej niewygodzie, jak będziesz przy tej największej?
Ja próbowałam mantr i chyba robiłam to źle, bo powtarzałam sobie jakieś słowo i po chwili w ogóle nie wiedziałam co powtarzam, wchodziłam w taki trans. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
inny. Przestaje być taką ścianą, o którą się rozbijesz, a zaczyna być bardziej jak... horyzont. Wiesz, że jest, ale nie blokuje ci chodzenia. Trudno mi to opisać inaczej. I nie mówię, że u każdego tak będzie - mówię, jak to u mnie wygląda.
Przeczytałam całą tę rozmowę i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje od dłuższego czasu. Czy ktoś z was medytował w sytuacji, gdy strata była blisko - choroba kogoś bliskiego, żałoba? I czy wtedy medytacja pomagała inaczej niż "w teorii"?
Tak, mam. Mama była chora przez ponad rok. I powiem szczerze - na początku w ogóle nie mogłam medytować. Siadałam, zamykałam oczy i po chwili byłam z powrotem przy jej łóżku. Ale po kilku tygodniach zaczęło się dziać coś innego. Nie spokój - raczej takie towarzyszenie. Jakbym przestała walczyć z tym, co jest. Nie wiem, czy to medytacja "zadziałała", czy po prostu ciało samo doszło do jakiegoś kresu.
Słucham tego i zastanawiam się - czy w ogóle jest sens medytować z myślą "przygotowuję się na śmierć"? Bo mi to brzmi jak stawianie sobie poprzeczki z góry. Jakbyś szedł na spacer z myślą, że ćwiczysz na maraton. Nie wiem, może to naiwne, ale może lepiej po prostu siedzieć i oddychać bez tej całej ramy?
no dobra, przekonujesz mnie. Ale jak to wygląda w praktyce? Siedzisz i co - myślisz o tym, że umrzesz? To brzmi bardziej jak powód do paniki niż do spokoju.
W praktyce maranasati chodzi o coś innego niż myślenie o śmierci. Raczej o obserwowanie przemijania w małym - oddech wchodzi i wychodzi, myśl się pojawia i znika. Śmierć nie jest wtedy wielkim wydarzeniem, tylko kolejnym cyklem. W snach zresztą często pojawia się ten sam motyw - śnienie jako próba śmierci ego. Czy ktoś z was miał sny w trakcie regularnej praktyki, które wyraźnie dotyczyły tego tematu?
Dotykam podłogi albo ścian - cokolwiek jest blisko. Albo piję coś ciepłego. Ale to nie jest rytuał zamknięcia w sensie magicznym, to po prostu zakotwiczenie. Riksza, powiedz mi - to uczucie w brzuchu, które opisujesz, to jest coś jakby napięcie, niepokój, czy raczej wibracja, kołatanie?
