No właśnie "działa" to jest to słowo, które mnie tu zatrzymuje. Jak mierzysz że działa, skoro porzuciłeś mierzenie efektów?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad jednym. Ten moment który opisywałam, kiedy nie było żadnego "potem", to nie był efekt czegokolwiek. Poprzedzało go zwykłe siedzenie bez żadnej intencji. Więc może Wera80 pyta o coś, na co odpowiedź jest właśnie: nie wiesz, i to jest w porządku?
To jest pytanie które zadałby każdy neurolog. I nie jest złe. Ale ezoteryka zakłada że niektóre stany mają znaczenie niezależnie od mechanizmu który je wywołał. Grazynka, byłaś po tym inaczej niż przed?
To z tym nieoddzielaniem to ciekawe, bo w snach jest podobny problem. Jeśli zaczniesz analizować czy świadomy sen był "prawdziwy", najczęściej go tracisz. Może Grazynka robi dobrze że nie analizuje.
Ale jest różnica między nie analizowaniem a nierozróżnianiem. Medytacyjny stan ciszy to co innego niż drzemka z otwartymi oczami. To drugie nie czyści energetycznie, nawet jeśli czujesz się po nim spokojniej.
Ten wątek z energetycznym czyszczeniem to ważna rzecz, ale trochę nas odprowadza od początku. Nyja pytała jak medytować bez celu osiągnięcia stanu. To o intencję przed, nie o stan w trakcie. Czy ktoś tu w ogóle próbował usiąść bez żadnego sformułowania po co?
Ja próbowałam. Siadałam i mówiłam sobie, nie mam celu. Ale to było właśnie nowym celem, żeby nie mieć celu. Skończyłam siedząc i myśląc o tym że myślę o tym że nie powinnam myśleć. Nie wiem czy to jest powszechne.
Mam takie skojarzenie z numerologii. Dziewiątka jest liczbą zakończenia i odpuszczenia, ale żeby ją poczuć, najpierw musisz przejść przez wszystkie poprzednie. Może medytacja bez celu jest możliwa dopiero po tym jak napracowałaś się z celami i zobaczyłaś że nie działają tak jak chciałaś?
Właśnie o to mi chodziło, ale nie wiem czy da się skrócić. W słowiańskim rozumieniu czasu pewne rzeczy mają swój czas i tyle. Nie ma drogi na skróty przez Perun do spokoju. Ale może można przestać mu przeszkadzać, to już coś.
Nie wiem czy inna. Kiedy mi się przydarzyło to co opisywałam wcześniej, też byłam świadoma i siedziałam. Ale przestałam wiedzieć że siedzę, i właśnie wtedy coś się zmieniło. To jest trochę podobne do tego co Marcel05 mówi o śnie.
Ja tak robię od kilku tygodni. Zero intencji przed, zero afirmacji. Siadam bo siadam. I paradoksalnie to jest trudniejsze niż z rytuałem wejścia, bo rytuał przynajmniej daje poczucie że coś się zaczęło.
Słucham tego od jakiegoś czasu i mam naiwne pytanie. Jeśli odpuszczasz wszystkie oczekiwania i nie ma intencji, i nie ma granicy wejścia, to czym to różni się od po prostu siedzenia na kanapie i gapieniu się w ścianę?
Ja też nie znam. I chyba tego właśnie szukam, czy jest jakaś różnica, i skąd mam wiedzieć że jest. Bo jeśli nie ma, to znaczy że przez te wszystkie tygodnie mogłam siedzieć na kanapie i miałoby to taki sam skutek.
A może różnica między siedzeniem na kanapie a medytacją jest w intencji która była kiedyś, dawno, a nie teraz? Jak zaczęłaś praktykować z jakimś zamiarem, to to pole nadal jest, nawet jeśli teraz siadasz bez niczego. Numerologicznie każdy cykl niesie energię inicjacji, nawet po wielu obrotach.
Dokończę myśl z poprzedniego posta, bo urwało. Chodziło mi o to, że nawet afirmacja "siadam bez celu" jest celem. I tu pojawia się pytanie, które mnie trapi od początku tego wątku: czy da się w ogóle w języku sformułować intencję bezintencyjności? Bo każda forma słowna, czy to SMS do siebie, czy zapis w zeszycie, czy mówienie na głos, operuje na poziomie umysłu który chce i planuje. A ten poziom może być właśnie przeszkodą.
Ja próbowałam czegoś podobnego, pisałam sobie wieczorem jedno zdanie do zeszytu, coś w stylu "byłam obecna". Czas przeszły, nie przyszły. Nie wiem czy to robi różnicę energetycznie, ale psychologicznie przestałam czuć że coś muszę osiągnąć.
Ten wątek z czasem przeszłym jest dla mnie nowy i muszę powiedzieć że coś w tym siedzi. Jak myślę o tym co mi się przydarzyło w medytacji, o tym zanikaniu świadomości siedzenia, to zawsze to opisuję po fakcie. I może właśnie dlatego to nie było obciążone oczekiwaniem, bo nie wiedziałam że to się dzieje.
Próbowałem czegoś takiego przez jakiś czas. Zamiast intencji przed, krótka notatka po. Bez oceniania, czy było dobrze czy źle, tylko "siedziałem". I to zmieniło coś w podejściu do kolejnej sesji, bo nie niosłem ze sobą oceny. Nie twierdzę że to metoda, ale coś w tym jest.
Im dłużej to czytam, tym bardziej mam wrażenie że wszyscy opisujecie jedno i to samo: że nie da się tego zrobić intencjonalnie, a mimo to wciąż szukacie metody. Czy to nie jest trochę samobójcze z definicji?
Czytam i mam pytanie może naiwne, ale czy nie jest tak, że skoro szukamy czegoś "bez celu", to ten brak celu sam w sobie staje się celem i robimy koło? Mam wrażenie że wszyscy tu kręcicie się w tym samym miejscu już od wielu postów.
