A właśnie chciałam zapytać o te "małe rzeczy" bo dwa razy padło to sformułowanie w tym wątku i nikt nie powiedział co dokładnie to znaczy. Co dla was jest małym celem, a co dużym? Bo dla mnie spokój w pracy to małe, ale dla kogoś innego może być największa sprawa życia.
To znaczy, że ktoś mógłby medytować z zamkniętymi oczami nad dużym celem i to działa, o ile nie ma tego wewnętrznego sprzeciwu? A ktoś inny medytuje z otwartymi oczami nad małą sprawą i blokuje się, bo akurat tam ma jakiś węzeł emocjonalny?
Wtrącę się, bo chcę wrócić do wątku, który zaczął trochę ginąć - czyli do samych afirmacji i tego, czy cel jest "mały" czy "duży". Bo ta rozmowa o kiwaniu głową i stanach świadomości to ważne, ale mam wrażenie, że odchodzimy od tego, co Igorek wcześniej powiedział o dystansie emocjonalnym. To mnie zastanawia bardziej niż technikalia ciała.
To zależy, czym jest dla ciebie "zewnątrz". Przy miękkkim wzroku to, co widzisz, staje się tłem, a nie obiektem uwagi. Paradoksalnie właśnie wtedy ciało może być bardziej wyraźne, bo nie ma w środku żadnego "ekranu" - jak przy zamkniętych oczach, gdy wyobraźnia zaczyna generować obrazy i te obrazy bywają głośniejsze niż sygnały z ciała. Otwarte oczy przy odpowiednim wzroku potrafią wyciszyć aktywność wizualną mózgu właśnie przez to, że nie dostarczają nic ciekawego.
To jest bardzo indywidualne i myślę, że zależy też od dominującego zmysłu. Ktoś z silną kinestetyką może przy zamkniętych oczach świetnie czuć ciało i nie odpływać w obrazy. Ktoś mocno wizualny będzie miał dokładnie to, co Gituska opisała - gotowe kino zamiast kontaktu. Więc pytanie "otwarte czy zamknięte" jest w pewnym sensie pytaniem "co wiem o sobie jako o percepującym".
Mnie też to bardzo zastanawia, bo właściwie po tym co czytam, zaczynam myśleć, że przy naprawdę ważnych życiowych sprawach afirmacje mogą w ogóle nie być tym właściwym sposóbm - znaczy, przepraszam, właściwą praktyką. A Wedrowiec, co ty o tym myślisz? Bo zaczęło się od medytacji z otwartymi oczami, a teraz jesteśmy przy pytaniu czy afirmacje w ogóle działają przy dużych celach.
Ale jak coś ma być lustrem, to znaczy, że muszę być gotowa zobaczyć coś nieprzyjemnego? Bo jak mówię afirmację i nagle czuję niepokój, to czy to właśnie jest ten sprzeciw wewnętrzny, o którym Pelagiusza pisała wcześniej? Czy to może po prostu stres związany z myśleniem o trudnym celu?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które mnie nurtuje od kilku postów - czy w ogóle jest sens mówić afirmacje na duże cele jeśli się jest mocno wizualnym? Bo skoro zamknięte oczy uruchamiają kino i to kino nie jest prawdziwą pracą, a otwarte oczy mogą być frustrujące przez ten kontrast z rzeczywistością - to gdzie jest złoty środek dla kogoś takiego?
Ale jeśli głos jest pojazdem, a uwaga jedzie treścią - to czy to nie jest właśnie ten moment, gdzie zamknięte oczy mogłyby pomagać? Żeby treść nie musiała konkurować z widokiem pokoju i żebyś mógł naprawdę zanurzyć się w tym, co mówisz? Czy znowu wracamy do punktu wyjścia, że zależy od osoby?
Moim zdaniem wracamy, ale na głębszym poziomie spirali, nie w kółko. Bo teraz wiemy już przynajmniej, że pytanie "otwarte czy zamknięte" jest tak naprawdę pytaniem o to, jaki kanał jest twój i czy cel wymaga uczciwości czy zanurzenia. Przy małych codziennych rzeczach - zanurzenie jest w porządku, przy dużych zmianach tożsamościowych uczciwość z rzeczywistością wydaje się ważniejsza. Tyle że ja nie jestem pewna, czy ta granica jest ostra.
I dobrze, że się nie da. Każdy system, który daje gotową odpowiedź na pytanie "otwarte czy zamknięte oczy", zakłada, że wiesz z góry, czego potrzebujesz. A medytacja jest w dużej mierze o tym, żeby tego nie zakładać. Sam zaczynałem od zamkniętych oczu, bo tak "wyglądała" medytacja. Otwarte oczy odkryłem przez przypadek, gdy raz nie zdążyłem zamknąć i okazało się, że to był jeden z lepszych stanów, jaki miałem. To nie była teoria - to było odkrycie przez praktykę.
A czy ktoś próbował na przemian - na przykład zacząć od otwartych oczu i zamknąć w połowie sesji, żeby zobaczyć różnicę? Zastanawiam się, czy to byłby dobry sposób na wypracowanie własnej mapy, czy raczej zaburza całość.
Na przemian to robiłam i to nie jest złe podejście, ale wymaga pewnej sprawności - bo w połowie sesji zmiana nie jest neutralna. Coś się zamyka albo coś się otwiera dosłownie. Miałam sesje, gdzie zamknięcie oczu w środku było jak przekroczenie progu i coś naprawdę drgnęło. I takie, gdzie wybiło mnie z rytmu totalnie. Różnica była chyba w tym, czy zamknęłam oczy z intencją, czy dlatego że mi się chciało.
I to jest dokładnie ta pułapka, o której mówiliśmy kilkadziesiąt postów temu, tylko teraz widzimy ją od środka czyjejś praktyki. Piękno celu rośnie, dystans do niego też. To nie jest kierunek pracy z afirmacją.
Bardzo dziękuję za tę wymianę, bo ja mam dokładnie ten sam wzorzec i jakoś nie umiałem go nazwać. Ale mam pytanie - czy ten etap ugruntowania, o którym mówi Wajdelota, to już otwarte oczy? Czy może jest to coś zupełnie innego i te dwa stany oczu to nie jest jedyna oś podziału?
To ciekawe, że tak to ujmujesz, bo ja zawsze kojarzyłam zamknięte oczy z byciem głębiej, a otwarte z byciem bardziej na powierzchni. I teraz nie wiem, czy to jest moje doświadczenie, czy po prostu wyuczone przekonanie. Jak w ogóle to sprawdzić?
Ja bym wziął coś, co trochę boli. Przy neutralnym zdaniu nie wiesz, czy technika działa, czy po prostu nie ma oporu. Jeśli chcesz zobaczyć, co naprawdę robi dany stan oczu z twoją praktyką, to potrzebujesz materiału, który wywołuje jakąś reakcję.
I wracamy trochę do pytania, które gdzieś zgubiło się w tej rozmowie - czy afirmacje na duże cele w ogóle zachowują się tak samo jak te na małe nawyki, kiedy patrzyć przez pryzmat tego, co robią oczy. Bo mam wrażenie, że przy małym celu nawet zamknięte oczy nie tworzą tej pięknej wizji, o której mówił Erazm. Jest po prostu cicho i spokojnie. Przy dużym celu zaczyna się kino.
Czyli oczy to tak naprawdę wtórny problem? Najpierw trzeba wiedzieć, czy praca jest zadaniowa czy tożsamościowa, i dopiero wtedy dobierać technikę? Bo jeśli dobrze rozumiem, to do tej pory rozmawialiśmy jakby od końca.
A właśnie - skąd w ogóle masz wiedzieć, że twoje ciało jest "w tym samym miejscu co słowa"? Jak to sprawdzić w praktyce, nie w teorii? Bo to brzmi jak coś, co można wyczuć dopiero po długiej praktyce, a nie na początku drogi.
To jest bardzo realne pytanie i ja sama przez długi czas miałam dokładnie ten problem. Zaczęłam traktować "przygotowanie" jako osobną praktykę, nie jako wstęp do afirmacji. Czasem kończyłam na samym przygotowaniu i to wystarczyło na dany dzień. Afirmacja nie zawsze musi być na końcu.
To trochę zmienia całą ramę tej rozmowy. Jeśli praca somatyczna jest już pracą z afirmacją, to pytanie o oczy staje się pytaniem o to, jaki kanał jest w danym momencie otwarty - wzrokowy, czuciowy, słuchowy. I może wybór między otwartymi a zamkniętymi oczami to tak naprawdę wybór kanału, nie głębokości.
Ale tu jest pytanie, czy w kontekście afirmacji w ogóle "głębokość" jest celem. Bo afirmacja to nie medytacja prowadząca do pustki - afirmacja ma jakiś konkretny kierunek. Czy głębsze wejście automatycznie oznacza lepszą pracę z treścią afirmacji, czy czasem wchodzisz tak głęboko, że treść się rozpływa?
Czyli jest jakaś optymalna głębokość dla afirmacji? Nie za płytko, bo słowa się nie przyjmują, nie za głęboko, bo treść się rozpływa? I jak ją znaleźć, skoro to subiektywne odczucie?
Wracam do samego tytułu tego wątku, bo zaczynam myśleć, że pytanie o otwarte versus zamknięte oczy jest w gruncie rzeczy pytaniem o to, w jakim miejscu chcesz być podczas pracy. Zamknięte oczy wchodzą do środka, otwarte trzymają cię na granicy. I może naprawdę ani jedno, ani drugie nie jest "lepsze" - tylko każde z nich pasuje do innego rodzaju pracy. Przy afirmacji tożsamościowej granica może być akurat tym, czego potrzeba. Przy medytacji bez treści - wnętrze. Tylko że to wymaga świadomości, co robisz i po co, zanim w ogóle usiądziesz.
