Chciałem zapytać czy ktoś miał doświadczenie z medytacją specyficznie pod kątem pracy ze starym bólem emocjonalnym. Nie mówię o codziennym stresie, tylko o takich rzeczach które siedzą latami - traumy z dzieciństwa, zerwane relacje, żal po stracie. Interesuję się tym bo sam mam jakieś blokady których nie mogę ruszyć standardowymi technikami i zastanawiam się czy medytacja może tu naprawdę pomóc, czy to trzeba zostawić terapeutom.
Moim zdaniem medytacja jest wręcz lepsza od terapii w takich przypadkach, bo działa na poziomie energetycznym a nie tylko mentalnym. Stary ból psychiczny to często zablokowana energia w czakrze sercowej albo solarnej. Jak się medytuje regularnie to te blokady same się rozpuszczają.
Ale jak długo trzeba medytować żeby coś poczuć? Bo próbowałam kilka razy i nic się nie działo, siedziałam 15 minut i tylko myślałam o obiedzie 🙂
No właśnie nie musisz ich przepracowywać bezpośrednio, energia sama wie co robić. Ale musisz medytować konkretnie pod czakrę sercową, nie byle jak. Ja robię wizualizację zielonego światła i po kilku tygodniach naprawdę poczułam różnicę.
Przepraszam ale ta teoria o tym że energia sama wie co robić to jest trochę myślenie życzeniowe. Medytacja jest naprawdę pomocna przy emocjonalnym uzdrowieniu, ale nie działa magicznie bez żadnej intencji i świadomości. Sama meduję od lat i mogę powiedzieć że te najtrudniejsze rzeczy - te głęboko zakopane - wymagały ode mnie aktywnej pracy, nie biernego siedzenia i wyobrażania sobie świateł.
A jakei techniki macie na myśli jak mówicei o aktywnej pracy? Bo ja próbowałam zwykłej meduatcji z obserwacją oddechu i faktycznie czasem wychodziły mi podczas niej emocje których się nie spodziewałam, płakałam bez powodu i nie wiedziałam co z tym zrobić.
To ciekawe co mówisz o tych łzach. Mnie się zdarzało podobnie i zawsze to ucinałem bo nie wiedziałem czy to normalnie czy cos się psuje 🙂 Karolciaa, co twoim zdaniem powinno się robić po takiej sesji gdzie wychodza emocje?
Moim zdaniem ważne jest żeby nie wskakiwać od razu w normalny tryb dnia. Kilka minut ciszy po, może zapisanie co się pojawiło, nawet jedno zdanie. Emocja która wyjdzie i zostanie zignorowana wraca. Ale to nie jest żadna zasada którą gdzieś wyczytałam, po prostu sama przez to przeszłam.
A ile czasu mniej więcej może trwać taki proces zanim poczuje się rzeczywistą ulgę? Bo rozumiem że to nie jest tydzień, ale czy to kwestia miesięcy czy lat?
Czytam ten wątek z ciekawością bo sama zastanawiam się czy medytacja mogłaby mi pomóc. Ale mam pytanie - czy to nie jest tak że medytacja może też odgrzebać rzeczy które były głęboko schowane i człowiek nie jest gotowy na ich przeżycie jeszcze raz? Trochę się tego boję.
Tak, to jest realne ryzyko i nie ma co tego bagatelizować. Są badania pokazujące że intensywna medytacja może u niektórych osób wyzwalać coś w rodzaju kryzysu. Nie mówię tego żeby straszyć, ale żeby być uczciwa - jeśli ktoś ma za sobą poważną traumę to naprawdę polecam zaczynać bardzo delikatnie i najlepiej z kimś do wsparcia, niekoniecznie terapeutą, ale choć jedną bliską osobą która wie co robisz.
No ale właśnie dlatego dobrze jest pracować z czakrami równolegle, to zabezpiecza energetycznie i sprawia że proces jest łagodniejszy. Sama tak robiłam i nie miałam żadnych dramatycznych momentów.
Ten gniew bez adresata to mnie zastanawia. Czy to nie jest właśnie ten rodzaj rzeczy który wymaga już kogoś z zewnątrz żeby to przepracować? Bo jak siedzę sam na poduszce i nagle wychodzi ze mnie coś takiego to nie bardzo wiem co z tym zrobić bez pomocy.
No i tutaj dotykamy sedna sprawy. Jest granica między tym co można przepracować samodzielnie przez medytację a tym co potrzebuje wsparcia. Gniew bez adresata, smutek który nie ma źródła w pamięci - to mogą być rzeczy z bardzo wczesnego okresu życia. Medytacja może to wydobyć na powierzchnię, ale niekoniecznie od razu daje narzędzia żeby to zamknąć.
No właśnie, Karolciaa mówi to samo co gdzieś czytałam - że medytacja otwiera drzwi, ale nie zawsze sama przez nie przechodzi. Ale co w takim razie z ludźmi którzy nie mają dostępu do terapii? Bo to nie jest tania sprawa.
Właśnie dlatego polecam przed każdą sesją zrobić grounding. Stopy na ziemi, wyobraź sobie korzenie schodzące do ziemi. To stabilizuje pole energetyczne i sprawia że ta sesja przebiega bezpieczniej. Ja zawsze tak robię i nie zdarzyło mi się żebym wyszła z medytacji w gorszym stanie niż weszłam.
No nie wiem czy to tylko placebo, ale skoro działa to po co to kwestionować?
Celtyk zadał dobre pytanie i powiem szczerze że nie mam problemu z groundingiem jako techniką - skupienie się na ciele, oddechu, kontakcie nóg z podłogą przed medytacją ma sens niezależnie od tego jak to nazwiemy. Problem zaczyna się gdy zakładamy że to jest wystarczające zabezpieczenie dla każdego i w każdej sytuacji. Bo tak nie jest.
Śledzę ten wątek od jakiegoś czasu i mam wrażenie że trochę mieszamy ze sobą dwie różne rzeczy - medytację jako codzienną praktykę utrzymaniową i medytację jako aktywną pracę z konkretnym bólem. To nie to samo, prawda? Czy ktoś mógłby powiedzieć jak to rozróżnić w praktyce?
Mam wrażenie że im dłużej czytam ten wątek tym bardziej rozumiem że to jest naprawdę indywidualna sprawa i nie ma jednego przepisu. Ale to trochę frustrujące bo szukam jakiegoś punktu startowego. Od czego by wy polecali zacząć komuś kto chce właśnie z tym starym bólem popracować, ale nie chce od razu wywołać tsunami?
To samo! Ja tez nie planowałam żadnej pracy z bólem, po prostu zaczęłam medytować bo miałam stres w pracy. A potem po jakiś 3 tygodniach nagle podczas sesji przyszło coś zupełnie z innej beczki. Kompletne zaskoczenie.
Zostałam, ale trochę z przymusu bo nie widziałam że można inaczej. Trochę płakałam, potem samo przeszło i po sesji czułam się dziwnie lekko. Ale to był taki jednorazowy przypadek - nie umiem tego powtórzyć świadomie.
Ale to trochę niepokojące co mówicie. Jeśli zaczynam medytować żeby się uspokoić a zamiast tego wychodzi z mnie stary ból, to jak długo to trwa zanim w ogóle poczuje jakąś ulgę? Bo mam wrażenie że możne być gorzej zanim będzie lepiej i to mnie odrzuca.
A czy jest jakiś sposób żeby to trochę kontrolować? Nie wiem, powiedzieć sobie przed medytacją że dziś nie chce żeby wychodziły stare sprawy, tylko chce się po prostu zrelaksować? Czy to w ogóle działa?
Właśnie dlatego praca z kryształami podczas takich sesji jest tak pomocna - obsydian albo czarny turmalin działają jak ochrona i filtrują co może wyjść a co zostaje zamknięte. Naprawdę polecam spróbować jeśli ktoś boi się tego co może się pojawić.
Oczywiście że miałam. I właśnie obsydian mi wtedy pomógł, czułam się zakotwiczona. Nie mówię że to jedyna metoda, ale mi to działa.
Wracając do tego co Karolciaa mówiła o intencji - czy to znaczy że różne techniki medytacyjne różnie działają z tym starym bólem? Bo mam wrażenie że np. skanowanie ciała wyciąga zupełnie inne rzeczy niż obserwacja oddechu. Albo się mylę?
