Słucham tej rozmowy i myślę, że wy generalnie mówicie o czymś, co w tradycjach kontemplacyjnych nazywa się po prostu ścieżką. To nie jest kwestia optymalizowania liczby, tylko rozumienia, że na początku struktura zewnętrzna zastępuje wewnętrzną, której jeszcze nie ma. I to jest w porządku.
Ja w sumie nigdy nie liczyłam powtórzeń i nigdy mi to nie przeszkadzało. Po prostu mówiłam afirmację dopóki mi się chciało i szłam spać. Nie wiem, może robiłam źle?
To jest chyba problem całej tej dyskusji, że bardzo trudno wyizolować efekt samej afirmacji od wszystkiego innego co się dzieje wieczorem. Jak ktoś wypił melisę, powtórzył siedem razy, położył się w ciemności i miał dobry dzień, to skąd wie, co zadziałało?
Mnie się to zdarzyło i właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać nad liczbą powtórzeń. Bo jak wszystko nagle przestało działać, to zaczęłam kombinować co zmienić. I okazało się, że po prostu weszłam w tryb automatyczny i przestałam być przy tym obecna. Mówiłam słowa, ale myślałam o czymś zupełnie innym.
I co zrobiłaś, żeby wrócić do tej obecności? Pytam bo mam wrażenie, że u mnie jest dokładnie ten sam problem. Powtarzam, powtarzam, a myśl i tak ucieka gdzieś w bok.
