Rok temu podjąłem decyzję, że będę medytował codziennie. Bez przerw, bez wymówek. Dzisiaj minął dokładnie rok i chcę opisać co się zmieniło, bo zmieniło się naprawdę sporo — i nie wszystko tak jak się spodziewałem. Największa zmiana, której się nie spodziewałem, to nie spokój ani koncentracja. To zdolność do mówienia "nie". Przez całe życie tłumaczyłem, przepraszałem, uzasadniałem każdą odmowę. Po kilku miesiącach codziennej ciszy zacząłem rozumieć skąd to się bierze — z przekonania, że moje granice wymagają obrony. Teraz po prostu mówię "nie, nie mogę" albo "nie, nie chcę" i zostawiam to bez ciągu dalszego. Ciekawi mnie czy ktoś miał podobne doświadczenie — że medytacja zmieniła coś bardzo konkretnego w zachowaniu, niekoniecznie to czego szukał?
To co opisujesz z tym "nie" bardzo mi uderzyło. Właśnie z tym mam największy problem — zawsze tłumaczę, zawsze się usprawiedliwiam. Chciałam zapytać: czy to przyszło samo z siebie w trakcie medytacji, czy aktywnie nad tym pracowałeś? Bo czytałam gdzieś o afirmacjach do stawiania granic, ale zawsze mi się zdawało że samo powtarzanie zdań nie wystarczy jeśli w środku jest chaos.
Właśnie tak to działa — najpierw cisza, potem dopiero afirmacje mają sens. Jak umysł goni w kółko, to żadne zdanie nie przebije się głębiej. To jak próba zapisania czegoś na wodzie. Mnie też zajęło trochę czasu zanim zrozumiałam, że afirmacje to nie mantra do powtarzania mechanicznie, tylko kotwica dla uwagi. Ale chcę wrócić do tego co napisał Lurisk — piszesz o roku codziennej praktyki. Czy był moment, może gdzieś w środku tej drogi, kiedy medytacja coś otwierała zamiast uspokajać? Bo u mnie takie etapy były i to nie zawsze było przyjemne.
Szczerze? Jestem sceptyczny wobec takich opisów, bo to brzmi jak typowy efekt placebo plus samosugestia. Ale z drugiej strony ten fragment o granicach i mówieniu "nie" jest na tyle konkretny, że trudno mi to zbagatelizować. Dlatego pytam serio: czy naprawdę uważasz że to efekt medytacji, czy może po prostu w ciągu roku dojrzałeś do pewnych rzeczy i medytacja była przy okazji?
Mnie to ciekawi bo też strasznie mam problem z odmową i ciągle tłumacze sie rodzinie że nie moge czegoś zrobić i potem czuję się winna. Czy mozna połączyc medytację z jakimiś afirmacjami właśnie na to? Bo słyszałam że są specjalne afirmacje do granic ale nie wiem od czego zazcząć.
Ja to rozumiem dosłownie jeden do jednego. I właśnie dlatego pytam czy medytacja naprawdę to zmienia, czy potrzeba jeszcze czegoś więcej. Bo sama medytacja bez jakiegoś zakotwiczenia w konkretnym postanowieniu to trochę jakby wietrzenie pokoju bez zamknięcia okna — coś przewieje, ale za chwilę wraca.
Krótko. Im krócej tym lepiej, bo umysł łatwiej to utrzymuje podczas medytacji. Coś w stylu "moje "nie" jest kompletną odpowiedzią" albo "mam prawo odmawiać bez uzasadnienia". Najlepiej sprawdzają się zdania twierdzące, nie pytające i nie zawierające negacji w rodzaju "nie muszę się tłumaczyć" — bo umysł i tak przetwarza to tłumaczenie.
A ja zawsze myślałam że afirmacje to po prostu cokolwiek pozytywnego co sobie powtarzasz, coś jak "będzie dobrze" albo "jestem szczęśliwa". Teraz rozumiem że to jest bardziej skomplikowane. Ale czy te afirmacje do granic nie wchodzą w konflikt z energią serca i otwartością? Bo mi się wydaje że jak zacznę stawiać granice to odpycham ludzi.
Słuchajcie, to jest naprawdę mocna rozmowa. Mam pytanie do wszystkich — czy ktoś próbował łączyć medytację z kartami tarota żeby zbadać właśnie te blokady przed stawianiem granic? Wydaje mi się że karta Cesarzowej albo Siły mogłaby tu dać dobre punkty wyjścia do afirmacji, ale nie wiem czy ktoś to praktykuje.
Przepraszam że wchodzę, ale nie rozumiem jednego — jak karta tarota ma coś powiedzieć o granicach? Przecież to tylko obrazki. Czy chodzi o to że sam rysunek uruchamia jakieś skojarzenia w głowie?
Ale czy nie jest tak że samo powtarzanie afirmacji z czasem zmienia to co czujemy? Słyszałam że podświadomość nie odróżnia prawdy od wielokrotnie powtarzanego fałszu i w końcu to przyjmuje. Czy to nie jest właśnie zasada tych technik?
A mozna zapytac — co to znaczy "mała zmiana w działaniu"? Bo ja próbowałam powiedzieć mamie "nie moge" bez tłumaczenia i tak sie stresowałam potem że chyba lepiej jakbym się wytłumaczyła. Czy to normalne że ta pierwsza odmowa bez powodu jest taka stresująca?
A skad wiadomo że ta przestrzeń to medytacja a nie po prostu że byłeś wtedy zmęczony i nie miałeś siły się tłumaczyć? Pytam serio, nie złośliwie — bo sama szukam czegoś co mi da pewność że praktykuję z sensem a nie tylko łudzę się.
Ale może właśnie w tym jest sedno — że afirmacje i medytacja uczą nas wchodzić w pewien stan celowo, zamiast czekać aż przyjdzie przez przypadek? Czy nie o to właśnie chodzi żeby nie potrzebować ani zmęczenia ani specjalnych okoliczności?
Dla mnie tym sygnałem był brak potrzeby analizowania po fakcie. Wcześniej po każdej odmowie spędzałem godziny na sprawdzaniu czy zrobiłem dobrze. Teraz po prostu nie wracam do tego. Nie wiem czy to wystarczy jako kryterium, ale mnie to przekonuje że coś się zmieniło głębiej.
To jest cos bardzo konkretnego i rozumiem to — ta pętla po fakcie jest u mnie ogromna. Ale czy nie jest tak że niektóre osoby po prostu nie analizują zbyt wiele z natury i to nie ma nic wspolnego z medytacja? Moja koleżanka nie medytuje i też nie przeżywa odmowy.
Ja mam pytanie może głupie ale serio nie rozumiem — jak odróżnić afirmację która działa od takiej która nic nie robi? Bo powiedziałam sobie rano kilka razy "moje "nie" jest wystarczające" i wieczorem i tak się tłumaczyłam mamie z pół godziny. Czy to znaczy że afirmacja nie działa czy że źle ją wybrałam?
No szczerze mówiąc to było dosyć mechaniczne. Mówiłam sobie te słowa ale w głowie już myślałam o tym że zaraz muszę wziąć prysznic i czy jest kawa. Czyli właściwie byłam wszędzie poza tymi słowami. Ale zastanawia mnie teraz — czy jak ktoś mówi że afirmacja "działa", to znaczy że czuł ją przy każdym powtórzeniu, czy wystarczy że kiedyś gdzieś coś kliknęło?
A może właśnie dlatego samo powtarzanie afirmacji bez żadnej praktyki ciała tak często nie przynosi efektów? Jakby to było nakładanie nowej warstwy na stary fundament który się nie zmienił. Czy nie jest tak że medytacja jest tym co właśnie ten fundament rusza, a afirmacja tylko potem nadaje temu kierunek?
