Ostatnio miałam dość poważny epizod bólu kręgosłupa i zamiast sięgać po kolejną tabletkę postanowiłam spróbować zostać z tym bólem w medytacji. Nie uciekać, nie zagłuszać, tylko patrzeć. I wiecie co? To było jedno z trudniejszych doświadczeń medytacyjnych jakie miałam, ale coś z tego wyszło. Ból nie zniknął, ale mój stosunek do niego się zmienił. Chciałam zapytać czy ktoś z was ma swoje sprawdzone techniki na siedzenie z bólem fizycznym, bo czuję że tu jest coś głębokiego, czego jeszcze nie rozumiem do końca. I od razu mówię - wiem że afirmacje w stylu "nie czuję bólu" to ściema, szukam czegoś bardziej szczerego.
Ciekawe doświadczenie opisujesz. Ale zanim przejdę do technik - to co opisujesz, ta zmiana stosunku do bólu, to ma swoje korzenie w bardzo starych tradycjach. Buddyzm theravada wprost mówi o obserwowaniu dukha, cierpienia, bez identyfikacji z nim. Pytanie do ciebie: czy czułaś podczas tej medytacji że jesteś obserwatorem bólu, czy nadal byłaś w pełni utożsamiona z odczuciem?
Ja miałam podobnie po operacji kolana. Leżałam i zamiast wiercić się z bólu zaczęłam oddychać w rytmie bólu, tak jakby ból był falą. Brzmi dziwnie, ale to działało. Nie chodzi o to żeby wmówić sobie że nie boli, tylko żeby przestać z bólem walczyć. Bo ta walka chyba boli bardziej niż sam ból.
To skakanie między obserwatorem a utożsamieniem jest zupełnie normalne, nawet u ludzi z długą praktyką. Ale chcę się zatrzymać przy czymś innym. Piszesz że afirmacje w stylu "nie czuję bólu" to ściema i tu się z tobą zgadzam, ale widzę że temat afirmacji i ból otwierają razem całą puszkę pandory. Bo jest całe środowisko które promuje pozytywne myślenie jako remedium na wszystko, łącznie z poważnymi stanami. Gdzie wy widzicie granicę między sensowną pracą z umysłem a toksycznym pozytywizmem przy prawdziwym cierpieniu?
Właśnie o to chciałam zapytać. Moja koleżanka ma depresję kliniczną i jakaś jej znajoma wciska jej te afirmacje jako terapię. Codziennie ma powtarzać "jestem zdrowa i szczęśliwa". Mnie to jakoś nie siedzi, ale nie umiałam powiedzieć dlaczego. Czy ktoś mi to wyjaśni normalnym językiem dlaczego to może być złe?
Dziękuję że ktoś to w końcu powiedział wprost. Sama przez długi czas stosowałam te afirmacje przy stanach lękowych i efekt był odwrotny. Wmówiłam sobie że coś ze mną nie tak bo "nie umiem" być pozytywna. Dopiero kiedy zaczęłam medytować i po prostu siedzieć z lękiem cokolwiek ruszyło. Ale to inne ćwiczenie niż afirmacje, zupełnie inne.
Ale zaraz, bo tu chyba mieszamy dwie rzeczy. Afirmacje afirmacjom nierówne. To że popularne "jestem bogaty i szczęśliwy" to buła z masłem to jasne. Ale są systemy pracy z umysłem gdzie afirmacja ma zupełnie inną rolę, bardziej jako kotwica intencji niż zaprzeczenie rzeczywistości. Czulu, jak to widzisz od strony praktyki?
Tak, dokładnie. Ból ma swój rytm, narasta i opada. Wdech kiedy narasta, wydech kiedy opada. Nie walczyłam z tym rytmem tylko wchodziłam w niego jak w taniec. To przestawia uwagę z "jak bardzo boli" na "jaki jest teraz rytm". I to drugie jest jakoś mniej panikujące.
Słuchajcie, jestem sceptyczny co do wielu rzeczy na tym forum ale to co piszecie o bólu i obserwacji brzmi niemal jak techniki używane w medycynie. Gdzieś czytałem o MBSR, czy to jest to samo tylko inaczej nazwane? Bo jeśli tak to ciekawi mnie dlaczego w środowiskach ezoterycznych te techniki są prezentowane jako coś duchowego skoro mają też czysto neurologiczne wyjaśnienie.
Właśnie ten brak etykietki jest tu kluczowy. I wracając do tych afirmacji i depresji, myślę że fundamentalny błąd tkwi w tym że afirmacje przy ciężkich stanach stosuje się zamiast kontaktu z tym co jest, a nie jako uzupełnienie. Jeśli ktoś w depresji zamiast siedzieć z ciemnością recytuje mantrę o radości, to jak ten dysonans o którym pisała Monisia. Ale gdyby najpierw usiadł z ciemnością, przyjął ją, a potem intencja czy słowo jako gest w kierunku zmiany... to może być inne.
Mam swoje zdanie w tej kwestii. Ból pozornie płaski też ma rytm, ale bardziej subtelny, jakby mikrofalowania. To odkryłam dopiero po dłuższym siedzeniu z nim, nie po pięciu minutach. Problem z bólem ciągłym jest taki że umysł już z góry rezygnuje z szukania rytmu, bo zakłada że go nie ma.
Przepraszam że znowu wchodzę z innej strony, ale słuchałam tego wszystkiego i mam pytanie może naiwne. Czy medytacja z bólem to nie jest trochę jak samookaleczanie się psychicznie? Znaczy, celowe siedzenie z czymś co boli zamiast wziąć coś na ból? Nie rozumiem gdzie tu jest granica.
Słucham tej rozmowy od początku i mam wrażenie że ciągle krążymy wokół jednej rzeczy: jak nie uciekać. Ale nikt nie powiedział co zrobić gdy medytacja z bólem po prostu nie wychodzi i kończy się paniką. Bo tak też bywa. Czy ktoś miał taki moment gdzie próbował zostać z bólem i to się posypało?
Wyszło intuicyjnie, dopiero teraz jak to opisuję widzę że ma swoją logikę. Ale ciekawa jestem czy to co mówisz o czakrach i blokadach działa tak samo. Bo ja nie myślałam w tych kategoriach, po prostu poczułam że środek jest za gorący.
Przepraszam, ale nie rozumiem jak coś może być "nieme" jeśli boli. Ból to jest właśnie krzyk ciała, nie? Czulu, możesz to jakoś inaczej wytłumaczyć?
Dokładnie, vedana to jest to. Pierwsze niezapośredniczone czucie. I to jest ważne rozróżnienie bo w medytacji vipassana uczy się właśnie obserwować vedanę zanim umysł zacznie ją obrabiać. Ale Wera zadała dobre pytanie i odpowiem wprost: nie, samo zatrzymanie narracji nie usuwa bólu. Ale zmniejsza cierpienie. To są dwie różne rzeczy.
Och, to jest dla mnie ogromne odkrycie, że ból i cierpienie to mogą być dwie osobne rzeczy! Nigdy tak nie patrzyłam. Czy to znaczy że można mieć ból i jednocześnie nie cierpieć? Brzmi trochę jak coś niemożliwego ale chcę rozumieć.
Wracam do pytania Wery, bo ona zapytała czy to brzmi zbyt prosto. Myślę że brzmi prosto bo jest opisywane prostymi słowami, ale wykonanie jest diablo trudne. Szczególnie przy depresji, o której tu też mówimy. Bo w depresji ta narracja jest lepka, nie odpuszcza tak łatwo.
Właśnie to mnie uderza w tej rozmowie. Mówimy o medytacji z bólem fizycznym i o depresji jakby to były podobne problemy, ale czy naprawdę są? Przy bólu fizycznym masz jakiś punkt zakotwiczenia w ciele. Przy depresji to zakotwiczenie samo jest zatrute.
Depresja ma bardzo silny komponent somatyczny i to jest udokumentowane. Napięcie w klatce, ciężkość kończyn, ból głowy, zamrożenie. Więc technicznie masz z czym pracować. Problem polega na tym że w depresji samo skupienie uwagi jest zaburzone. To nie jest kwestia braku chęci, mechanizm uwagi po prostu działa inaczej.
A wracając do tych afirmacji o których rozmawialiśmy wcześniej, to właśnie to miałam na myśli. Jak mechanizm uwagi jest zaburzony to jak ma działać cokolwiek co wymaga skupienia, czy to medytacja czy afirmacje?
Okej, ale jest jeszcze jeden przypadek który nie był tu poruszony. Co z bólem który jest połączony ze strachem egzystencjalnym, na przykład po diagnozie? Bo tam ból fizyczny i narracja są tak splecione że właściwie nie wiem od czego zacząć ich rozplątywać.
To jest bardzo ważna rzecz. Medytacja buduje pewien rodzaj pamięci ciała i umysłu. Regularna praktyka w spokojnych chwilach tworzy wzorzec który jest dostępny nawet gdy intensywność doświadczenia jest wysoka. To nie jest magia, to jest dosłownie jak ćwiczenie odruchu.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może naiwne, ale co jeśli ktoś nie ma w ogóle spokojnych chwil? Czy przy przewlekłym bólu albo ciężkiej depresji jest w ogóle okno żeby cokolwiek budować?
Słucham tego i mam takie wrażenie że im głębiej schodzicie, tym bardziej wychodzi że medytacja to nie jest technika do bólu, tylko coś dużo szerszego. Ale wciąż nie wiem co z osobą która zaczyna właśnie w najgorszym momencie i nie ma żadnego "wcześniej". Czy jest w ogóle jakiś punkt wejścia który nie wymaga już pewnego gruntu?
Ja miałam zawsze problem z tym że jak próbuję "puścić" myśl to właśnie na niej zostaję. Jakby zakaz myślenia o różowym słoniu. Monisia, czy u ciebie też tak było zanim to "zaskoczyło"?
Właśnie ta metafora słonia mnie coś tknęła. Bo ja przez długi czas myślałam że medytacja to jest właśnie walka ze słoniem i przegrywałam z kretesem za każdym razem. Dopiero tu na tym wątku dotarło do mnie że może całe moje podejście było odwrócone. Czy ktoś wie jak długo może trwać zanim to odwrócenie stanie się naprawdę naturalne a nie tylko intelektualnie zrozumiane?
