Słucham tej rozmowy o bólu głowy i medytacji i mam pytanie które może brzmieć głupio, ale chcę zapytać: czy w ogóle jest sens medytować kiedy ból jest naprawdę silny? Pytam bo wydaje mi się że wtedy ciało samo wymusza skupienie na sobie i to nie jest żadna praktyka, to jest po prostu ból.
Przykucie, to dobre słowo. Bo przykuty nie jest obecny, tylko uwięziony. Czyli mówisz że uważność wymaga jakiegoś minimalnego marginesu swobody? Że nie można jej praktykować gdy cierpienie jest absolutne?
Słucham tej rozmowy o pustce i o tym co z niej wychodzi i zastanawiam się czy wracamy trochę do korzeni tego tematu. Bo ból fizyczny też ma ten moment po. Kiedy mija migrenowy atak, przez pierwsze godziny jest jakaś wydrążona cisza i dokładnie to co Hortensja opisuje. Beztwarzowe. Zawsze myślałam że to tylko wyczerpanie, ale może to jest coś więcej?
Trochę z boku, ale muszę zapytać: czy wy naprawdę wierzycie że ból i pustka po nim są czymś więcej niż fizjologią? Pytam serio, nie ironicznie. Bo z jednej strony to co mówicie ma sens jako doświadczenie, ale z drugiej strony mózg po bólu po prostu się resetuje. Skąd wiecie że to co "wychodzi" to nie jest tylko zmęczony umysł który produkuje wrażenia?
Wracam do czegoś konkretnego bo ta rozmowa zrobiła się bardzo abstrakcyjna. Przy bólu głowy o którym mówiłam wcześniej, ten moment kiedy ból zaczyna schodzić, to jest właśnie ten margines który Wera opisywała. I zastanawiam się teraz: czy jest jakaś technika do której wchodzi się właśnie w tym przejściu, nie przed ani nie po?
To jest dokładnie to pytanie przy którym siedzę od dawna. Czy to przechytrzyć czy szanować. Moje doświadczenie jest takie że jak próbuję przechytrzyć, to robię to siłą i wtedy się napinám i nic z tego nie ma. A jak szanuję to odpływam. Gdzieś pośrodku jest coś co nie ma dobrej nazwy.
Ta rozmowa poszła bardzo daleko i dobrze, ale chcę zaznaczyć że zaczęłam ten wątek od technik zamiast ucieczki. I wydaje mi się że dotknęłyśmy czegoś ważnego: że ucieczka to nie zawsze słabość. Czasem ból jest na tyle silny że siedzenie z nim nie jest praktyką, tylko okrucieństwem wobec siebie. I chyba to jest coś z czym kończę ten wątek dla siebie, chociaż wiem że rozmowa będzie trwać.
Słuchajcie, wracam do czegoś konkretniejszego bo ta rozmowa jest dla mnie za wysoka. Cyprian wspomniał o medytacji bez obiektu. Czy ktoś to praktykuje i może powiedzieć jak to w ogóle zacząć? Bo jak nie skupiam się na niczym, to mój umysł robi co chce.
Przepraszam że wchodzę z czymś może zbyt podstawowym po tym wszystkim, ale czy te wyższe stany medytacji o których mówicie są w ogóle dostępne dla kogoś kto medytuje od niedawna? Pytam szczerze, bo czasem mam wrażenie że nie ma po co próbować skoro i tak nie będę tego umiała.
Tak, ale myślałam że to przypadek albo że mi się zdawało. To znaczy że to jednak coś?
Na to że "zdawało się" to znam sto odpowiedzi z różnych tradycji i każda jest inna. Ale przy bólu fizycznym, i tu wracam do tematu, te przelotne chwile zmiany są chyba ważniejsze niż przy zwykłej medytacji. Bo kiedy boli, każda chwila bez bólu ma inny ciężar.
Zatrzymuję się przy tym pytaniu o bezpieczeństwo, bo uważam że to jest ważniejsze niż dalsze omawianie technik. Czy my na tym forum w ogóle potrafimy oddzielić to co możemy polecać amatorsko od tego co wymaga specjalisty? Bo mi się wydaje że często idziemy za daleko.
Mam wrażenie że ta rozmowa trochę się rozbiła na kilka wątków jednocześnie. Bo z jednej strony jest pytanie o techniki dla osoby z bólem bez doświadczenia w medytacji, z drugiej to meta-pytanie Frezji o granice forumowych porad. I nie wiem które jest teraz ważniejsze.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie może naiwne: czy przy bardzo silnym bólu w ogóle możliwe jest to "bycie ze swoim doświadczeniem"? Bo jak boli naprawdę bardzo, to dla mnie sama myśl o tym że mam cokolwiek obserwować wydaje się abstrakcyjna.
Jest coś w buddyjskim rozróżnieniu między bólem a cierpieniem co tu pasuje, choć nie chcę wpadać w wykład. Ból to sygnał fizyczny, cierpienie to nasza relacja z nim. To nie znaczy że ból jest mniejszy, ale może znaczy że ta relacja jest czymś na co mamy trochę wpływu nawet kiedy ból sam w sobie nie zależy od nas.
