To co Feliks opisuje z wyobrażaniem świata bez siebie - to brzmi podobnie do czegoś co robiłam zupełnie intuicyjnie po stracie bliskiej osoby. Wtedy myślałam że to niezdrowe, a teraz czytam że może to jest właśnie ta praktyka? Albo to jednak coś innego bo tam był kontekst żałoby?
Ale intencja jest chyba najtrudniej ocenić u siebie. Ja jak zaczynam coś robić to mam zawsze jakieś szlachetne powody w głowie, a potem się okazuje że było inaczej. Jak wy sprawdzacie własne intencje? Serio pytam, bo nie mam na to żadnego sposobu.
Wracam po przerwie i widzę że rozmowa poszła w stronę intencji i weryfikacji własnych stanów. To ciekawe. Chciałem powiedzieć do wcześniejszego wątku o teorii versus praktyce - myślę że Ravenna miała rację że byłem za bardzo w teorii. Ale to co opisuje Feliks z wyobrażaniem siebie jak nie ma - to akurat jest technicznie bardzo blisko jednej z instrukcji Buddhaghoshy. Nie trzeba czytać Visuddhimaggi żeby do tego intuicyjnie dojść.
Ja mogę odpowiedzieć. Miałam coś takiego co bym nazwała trudną sesją, choć nie wiem czy celowo pracowałam z tematem śmierci czy to wyszło przy okazji głębszej medytacji. Poczułam bardzo wyraźnie że wszystko co mam - relacje, dom, to kim jestem - jest tymczasowe. I zamiast spokoju przyszła taka fala czegoś co trudno nazwać. Nie panika, ale coś jak zrozumienie bez gotowości na to zrozumienie.
To co opisujesz Talizmana - że byłaś inaczej obecna z ludźmi przez te kilka dni - to mnie zastanawia. Inaczej jak? Bardziej uważna, mniej roztargniona? Czy raczej jakieś oddalenie, jakbyś patrzyła z boku?
Hej, wracam do tematu bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie że omijamy coś ważnego. Czy ktoś z was w ogóle miał jakiś rodzaj ulgi podczas tej praktyki? Wszyscy opisują ciężar, niepokój, trudne sesje. A czy to w ogóle może być lekkie?
To ma sens bo my na co dzień tyle energi wkładamy w nieprzyznawanie się do tego że to się kiedyś skończy. Jak siądziesz i po prostu to przyjmiesz, to ta energia gdzieś ucieka, nie? Ale zastanawiam się czy ta ulga jest trwała czy tylko podczas sesji.
Szczerze? Nie wiem. Czuję że coś się zmienia ale nie potrafię powiedzieć co. To nie jest tak że raz wsiadłem i teraz jestem spokojny wobec śmierci. Raczej jakby granica między 'wiedzieć o śmierci' a 'wiedzieć że umrę' trochę się przesunęła. Ale to jest nieprecyzyjne, przepraszam.
Nie przepraszaj, ta nieprecyzyjność jest chyba uczciwa. Ja w ogóle mam wrażenie że te stany po głębszej praktyce są z natury trudne do opisania słowami. I może to jest problem kiedy próbujemy je porównywać na forum - każdy opisuje coś troche innego i nie wiadomo czy to te same rzeczy.
Ale większość z nas chyba nie jest w żadnej konkretnej tradycji i jakoś z tym pracuje. Ja nie znam Bardo Thodol poza nazwą i to co robiłam intuicyjnie po stracie - i teraz myślę że mogło być czymś podobnym. Czy brak tradycji naprawdę uniemożliwia dotknięcie czegoś prawdziwego?
To jest ważne pytanie Kianitki. Bo jeśli powiemy że bez tradycji to się nie da, to zamykamy większość ludzi. A jeśli powiemy że każdy może intuicyjnie - to może stracić się coś ważnego z dyscypliny. Gdzie jest ta granica między samodzielną pracą a potrzebą jakiegoś oparcia?
Mam wrażenie że to oparcie niekoniecznie musi być tradycja. Może być rozmowa taka jak ta. Albo nauczyciel, albo własne notatki z sesji. Coś co trzyma cię przy temacie i nie pozwala się wymknąć kiedy robi się trudno. Sama tradycja bez tego nie pomoże, a to bez tradycji może wystarczyć.
Przepraszam że wchdzę na samym końcu ale chciałam zapytać o coś praktyczneog bo czytam całą tą rozmowę i nie wiem od czego zacząć. Feliks piszał że zaczyna od wyobrażania świata bez siebie - ale jak długo tak siedzi? Bo jak zaczynam myśleć o śmierci to po chwili mój umysł ucieka w coś innego i nie wiem czy to normalne.
