Właśnie to mnie zastanawia w tym wszystkim - czy metta zmienia coś w codziennym życiu i to przekłada się na łatwiejszą medytację, czy odwrotnie. Bo w moim przypadku kompletnie nie wiem co jest przyczyną a co skutkiem.
To jest klasyczny problem z praktykami kontemplacyjnymi - trudno rozdzielić co na co wpływa. Ale Dominisia, a słyszałaś o tym żeby zamiast formuł słownych spróbować samego obrazu? Wyobrażasz sobie siebie i tylko czujesz, bez słów. Niektórym to omija ten wewnętrzny komentarz, który rozkłada życzenia na czynniki pierwsze zanim zdążą zadziałać.
To jest ciekawy trop. Słowa aktywują myślenie, myślenie aktywuje ocenianie, ocenianie wchodzi w spiralę. Obraz może być prostszy bo jest bardziej bezpośredni, mniej analityczny. Sam tak pracuję od jakiegoś czasu i różnica jest zauważalna, choć nie powiem że łatwa na początku.
To co Jaromir opisuje jest bliższe temu jak pracuje się w niektórych tradycjach tybetańskich - nie wizualizacja siebie jako postaci z zewnątrz ale poczucie obecności w ciele, lokalizacja życzliwości gdzieś konkretnie. Dominisia, czy próbowałaś kiedyś kotwicy w ciele zamiast myśli o sobie jako o osobie?
Dokładnie to drugie. Np. ręka na sercu, ciepło fizyczne dłoni, i z tego miejsca budujesz życzenie. To jest bardziej zmysłowe niż pojęciowe i dla wielu osób omija właśnie ten myślowy blok który opisujesz.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się - bo zazwyczaj siedzę w wątkach o czymś innym - czy ktoś tu łączył kiedyś mettę z jakąś pracą z chakrą serca? Nie mówię że trzeba, pytam z ciekawości bo to co Martusia opisuje z ręką na sercu brzmi jakby blisko tego podejścia.
Ale wracając do samej techniki metta - czy w ogóle jest sens zaczynać od razu od pełnej sekwencji, czyli siebie, bliskich, neutralnych, trudnych? Bo mam wrażenie że większość problemów które tu opisujecie bierze się z tego że ktoś od razu atakuje siebie i trudne osoby zanim w ogóle cokolwiek się w nim rozgrzeje.
Czekaj, to mnie zaskoczyło. Myślałam że kierowanie życzliwości do trudnych osób to taki cel do którego się dąży. A ty mówisz że można tego w ogóle nie robić i praktyka jest pełna?
To jest dla mnie nowe i trochę uwalniające. Przez cały czas czułam presję że pełna praktyka to znaczy że musisz objąć życzliwością wszystkich, nawet osoby które sprawiły ból. Skoro to nie jest warunek to może właśnie przez to blokowałam siebie od początku.
Pytanie Martynki jest dobre i właściwie nie wiem jak odpowiedzieć. Chyba trochę z obu stron - czytałam różne rzeczy o metcie i wszędzie była ta pełna sekwencja prezentowana jako cel, ale też gdzieś w środku miałam poczucie że skoro to praktyka miłości to powinna obejmować wszystkich. Nie wiem czy to moje przekonanie czy zasiana przez teksty idea.
To jest właśnie ten problem z popularyzacją medytacji - instrukcje są często uproszczone i nie uwzględniają że ktoś może mieć realną historię z trudnymi osobami. Piszą 'skieruj życzliwość do wroga' jakby to było oczywiste. A potem ludzie czują się winni że im nie wychodzi.
Dokładnie. Sam przez to przeszedłem - usiadłem z intencją żeby 'zrobić mettę' po przeczytaniu krótkiego przewodnika i po kwadransie byłem bardziej rozdrażniony niż na początku. Dopiero kiedy dowiedziałem się o tym jak ta praktyka jest zbudowana w oryginale, zrozumiałem że to nie ja 'nie umiem', tylko że przeskoczyłem kilka etapów.
Salzberg jest dobra, polecam. Ale nawet ona nie jest może dobrym punktem wejścia jeśli ktoś ma mocny blok przy kierowaniu życzliwości do siebie. Dominisia, wróćmy na chwilę do ciebie - powiedziałaś że to uwalniające że nie musisz obejmować wszystkich. Ale ten blok przy sobie samej nadal jest? Czy coś się ruszyło przez tę rozmowę?
Szczerze? Trochę się ruszyło. Sama rozmowa jest już jakimś rodzajem uważności - słucham siebie jak opisuję ten problem i widzę wyraźniej skąd pochodzi. Ale w samej medytacji jeszcze nie próbowałam po tej rozmowie, więc nie wiem czy to przełoży się na praktykę.
To co mówisz Dominisia jest ważne - czasem samo zrozumienie skąd coś pochodzi zmienia coś w ciele przed jakąkolwiek formalną sesją. Nie musisz czekać na poduszkę żeby sprawdzić.
Wracam jeszcze do tego pytania o chakrę serca bo Martynka coś powiedziała wcześniej i chciałem dopytać. Mówiłaś że miałaś wrażenie wzajemnego wzmacniania się tych praktyk. Ale czy były momenty kiedy coś było nie po kolei - np. metta szła a praca z anahatą nie, albo odwrotnie?
To co Martynka opisuje może mieć związek z tym w jakiej kondycji jest ciało energetyczne w danym dniu, nie tylko umysł. Anahata jest wrażliwa na wiele czynników - stres, niedobór snu, relacje. Metta operuje na nieco innym poziomie - bardziej na intencji niż na przepływie energetycznym. Stąd mogą być takie rozjazdy.
Wróćmy może do czegoś praktycznego - bo mam wrażenie że rozmowa trochę odpłynęła w teorię. Dominisia, jeśli masz ten problem że słowa aktywują krytyka i jednocześnie bez słów czujesz się zgubiona, to czy próbowałaś kiedyś samego oddechu jako nośnika? Nie formuł, nie obrazu, tylko oddech jako życzenie?
Mniej więcej tak - wdech jakbyś zbierała ciepło, wydech jakbyś je wysyłała. Bez słów, bez konkretnej osoby na początku, po prostu sam rytm oddechu z intencją. Nie wiem czy to ma nazwę w jakiejś konkretnej tradycji, ale sam tak czasem pracuję kiedy formuły nie chcą płynąć.
To brzmi jak coś co mogłabym spróbować. Mam pytanie do Kaliksta - a kiedy już ten rytm się ustabilizuje, to potem dopiero wprowadzasz skierowanie do konkretnej osoby? Czy to zawsze zostaje nieukierunkowane?
Myślę że 'prawdziwa metta' to trochę pułapka jako kategoria. Jeśli siedzi się z intencją życzliwości i coś w ciele reaguje na tę intencję, to trudno powiedzieć że to nie jest metta tylko dlatego że nie ma formuły albo sekwencji. Dominisia, masz tu cały wachlarz podejść - co z tego wydaje ci się najbliższe do spróbowania?
Dobra, to spróbuję tej wersji z oddechem. Ale mam pytanie do Kaliksta i Gosiuni - jeśli mam blok przy kierowaniu życzliwości do siebie, to czy lepiej w ogóle nie wprowadzać 'siebie' na początku i po prostu siedzieć z tym ciepłem bez adresata? Czy to trochę jak omijanie problemu zamiast pracy z nim?
To dobre pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Ale myślę że to nie jest omijanie - to jest budowanie fundamentu. Nie możesz budować mostu od strony rzeki jeśli pod nogami masz grząski grunt. Ciepło bez adresata może być tym co sprawia że potem kierowanie do siebie staje się możliwe, a nie wymuszone.
U mnie to był skurcz w klatce piersiowej. Dosłownie fizyczny. I przez długi czas myślałem że to blok energetyczny, że to anahata, że trzeba pracować z czakrą. A potem okazało się że to po prostu stara historia o tym że nie zasługuję. Żadna metoda energetyczna tego nie ruszyła, dopóki nie zobaczyłem tej historii.
To co Jaromir opisuje brzmi bardzo znajomo. I właśnie dlatego pytałam wcześniej o ten kontekst emocjonalny. Dominisia, czy wiesz skąd pochodzi ten blok przy sobie? Nie musisz się dzielić jeśli nie chcesz, ale pytam bo może to zmienić podejście do samej praktyki.
Mniej więcej wiem. To jest coś z dzieciństwa, to nie jest tajemnica. Przekaz że moje potrzeby są mniej ważne niż innych. Więc kiedy mam wysłać sobie życzliwość, coś mówi że to nie moja kolej. Napisałam to i trochę głupio, ale może to pomoże zrozumieć o co chodzi.
Nie brzmi głupio, brzmi bardzo konkretnie. I to akurat zmienia dla mnie obraz tej sytuacji. Bo jeśli metta na 'siebie' aktywuje akurat ten konkretny przekaz, to pytanie brzmi - czy chcesz pracować z tym przekazem przez mettę, czy metta ma czekać aż przepracujesz to inaczej? To są dwie zupełnie różne strategie.
