Słucham tej rozmowy o wysiłku i braku wysiłku i mam jedno zastrzeżenie. Oba opisy - Aether i Konradek - zakładają jakiś cel, do którego się dochodzi. Ale obserwowanie myśli bez osądzania nie jest stanem do osiągnięcia, to jest coś co robisz albo nie robisz w tej konkretnej chwili. Filozofowanie o tym, czy iść przez wysiłek czy bez, może samo w sobie być ucieczką od po prostu siadania i próbowania.
Dodam jeszcze jedno do tego co napisałem - bo widzę, że Aether i Konradek rozmawiają o dojściu do jakiegoś miejsca. Pytanie do obu: czy wy sami medytując faktycznie czujecie, że 'dochodzicie' gdzieś, czy to jest raczej coś, czego nie da się z zewnątrz opisać, a opisy i tak są po fakcie?
Przepraszam, że wchodzę w to filozoficzne - ale mnie to ciągnie, bo naprawdę nie rozumiałem tej różnicy między byciem w myśli a obserwowaniem, a ta rozmowa mi to trochę rozjaśniła. Chciałem zapytać Runologa - jak on mówi 'robisz albo nie robisz w tej chwili', to jak wiadomo, że się robi? Co jest tym sygnałem, że to jest ta chwila obserwowania, a nie znowu bycie wciągniętym?
To skrócenie się czasu, o którym Iwetka mówi, ma swoją nazwę w badaniach nad mindfulness - mówi się o 'metacognitive awareness', czyli świadomości swojego myślenia. I tak, jest dużo wskazań, że ćwiczy się jak mięsień. Ale ważne zastrzeżenie - to nie znaczy, że myśli jest mniej, tylko że szybciej zauważasz że myślisz.
Mam podobnie jak Pokrzywka - przez długo myślałam, że celem jest mieć mniej myśli. To chyba jest jeden z tych mitów, które krążą wokół medytacji i zniechęcają ludzi szybciej niż cokolwiek innego. Bolesław - skąd ty masz tę terminologię, czytasz jakieś badania?
Wracając do tego co Bolesław powiedział o 'metacognitive awareness' - to opisuje dokładnie to, co próbowałam powiedzieć z tymi moimi dwiema minutami. Nie szukam ciszy w głowie, szukam tej chwili gdy widzę, że głowa gada. I teraz się zastanawiam, czy krótsze sesje są w ogóle wystarczające do trenowania czegoś takiego, czy to wymaga dłuższego siedzenia.
Chcę wrócić do pytania Mirka z kilka postów wyżej - o ten sygnał, że 'się robi'. Runolog odpowiedział, że wiesz po fakcie, ale jest jeszcze jeden aspekt, który Mirek może wziąć pod uwagę. Zanim się w pełni wciągnie w myśl, często jest ułamek sekundy takiej 'zmiany temperatury' - moment kiedy coś zaczyna ściągać uwagę. Z czasem uczysz się to łapać wcześniej.
Przepraszam, że może to podstawowe pytanie, ale jak czytam tę dyskusję o obserwowaniu myśli, to mam jedno na które nie znalazłam odpowiedzi. Jak odróżnić obserwowanie myśli od po prostu... myślenia o myśleniu? Bo jak zaczynam obserwować, to zaraz myślę 'o, mam myśl o tym i tamtym' i to też jest myśl i znowu kręcę się w kółko.
Do Anastai - Eremitka dobrze to ujęła, ale chcę dodać coś praktycznego. Jak się łapiesz na komentowaniu, to nie ma sensu oceniać tego jako błąd. Sam komentarz 'właśnie komentuję' jest kolejnym krokiem obserwacji. Kółko się nie zamyka, tylko wchodzi poziom wyżej. Chociaż w pewnym momencie trzeba przestać wchodzić poziom wyżej, bo to w nieskończoność.
Okej, to co Konradek napisał na końcu - że komentarz 'właśnie komentuję' jest kolejnym krokiem obserwacji - to mnie trochę uspokaja. Ale mam jeszcze jedno pytanie do tego. Co się dzieje, jak ta spirala komentowania nie ma końca? Tzn. obserwuję, potem myślę o obserwowaniu, potem myślę że myślę o obserwowaniu... i w pewnym momencie zupełnie gubię wątek i nie wiem co właściwie robię.
Słucham tej dyskusji o spirali i mam wrażenie, że u mnie wygląda to inaczej - nie nakręcam się w myśleniu o myśleniu, tylko po prostu gdzieś odpływam i nie zauważam kiedy. Bolesław mówił o tym metacognitive awareness, które się ćwiczy - ale czy to działa inaczej u różnych osób? Bo może ja po prostu nie mam do tego predyspozycji.
Iwetka, to jest ciekawe - czy te tematy, w które odpływasz, były dla ciebie zaskakujące? Pytam, bo mam wrażenie, że u mnie to zawsze są te same rzeczy i trochę mnie to niepokoi, jakby medytacja ujawniała coś, czego nie chcę widzieć.
Do tego co Bernadetka opisuje - to jest ważny sygnał i nie wolno go ignorować. Obserwowanie bez osądzania nie znaczy ignorowanie tego co boli. Czasem te myśli wracają dlatego, że potrzebują nie obserwacji, tylko uwagi innego rodzaju. Czy pracujesz z tym jakoś poza medytacją?
Nie, właściwie nie. Myślałam że medytacja wystarczy. Tzn. słyszałam że to pomaga 'przepracować' trudne rzeczy, ale teraz widzę, że może to niepełne podejście?
Dobra, ale jak mam rozumieć 'nie oceniać' myśli, jeśli myśl jest na przykład agresywna albo w ogóle okropna? Siedzę i obserwuję, mam myśl że chcę komuś dowalić - i mam po prostu patrzeć na to jak na chmurę? To brzmi trochę absurdalnie.
To co Bolesław pisze jest ważne, ale chcę dodać coś do wątku Mirek84 - to pytanie czy da się 'poczuć' że myśl to informacja, nie rozkaz. Z mojego doświadczenia to nie jest kwestia wiary ani poczucia, tylko powtórzeń. Siedzisz wystarczająco długo i zaczynasz zauważać, że myśl przyszła i poszła, i nic się nie stało. To jest to poczucie. Ale to nie przychodzi w jednej sesji.
Wracam do wątku, który Eremitka poruszyła, bo chcę odpowiedzieć na jej pytanie. Nie, nie pracuję z tymi trudnymi myślami w żaden inny sposób. Tzn. rozmawiałam z przyjaciółką ostatnio, ale nie specjalistycznie. I teraz zastanawiam się, czy to co robię na macie to nie jest przypadkiem odkrywanie czegoś, z czym powinnam iść gdzie indziej.
Konkretne sprawy. Relacje. Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły na forum, ale nie jest to ogólny lęk, tylko coś co wiem skąd pochodzi.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie, może podstawowe - jeśli podczas medytacji wychodzą konkretne trudne sprawy, to czy po sesji jest się 'gorzej' czy to mija? Bo boję się zacząć coś drążyć, co potem nie wróci do poprzedniego stanu.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy mówią o myślach jako o problemie do rozwiązania. A u mnie medytacja zaczęła działać dopiero jak przestałam walczyć z myślami w ogóle - tzn. przestałam oczekiwać, że będzie ich mniej. Czy ktoś miał podobnie, że zmiana nastawienia zrobiła większą różnicę niż zmiana techniki?
Wracam jeszcze do pytania Klarysy, bo myślę, że nie domknęłyśmy tego wątku. Klarysa pisała o obawie, że jak coś wyjdzie podczas medytacji, to nie wróci do poprzedniego stanu. I Konradek zapytał, czy to argument za niewiedzą. Ale ja bym to inaczej postawiła - to nie jest kwestia wiedzy kontra niewiedzą, tylko kwestia tempa. Czy jest ktoś, kto świadomie zwolnił tempo praktyki właśnie dlatego, że czuł, że za szybko wychodzi za dużo?
