Zaczęłam medytować jakieś dwa miesiące temu, głównie po to żeby wyciszyć głowę. Mam OCD - nie zdiagnozowane oficjalnie, ale terapeuta mówił że pewnie tak. Chodzi o obsesyjne myśli, te nachalne, których nie można się pozbyć. Na początku medytacja wydawała się pomocna, ale ostatnio zauważam że podczas siedzenia w ciszy myśli wracają jeszcze intensywniej niż normalnie. Jakbym dawała im scenę. Czy ktoś miał podobnie? Zastanawiam się czy mindfulness w ogóle jest dla mnie, czy może robię coś źle.
To bardzo ważne pytanie i cieszę się, że je zadałaś, bo temat jest poważniejszy niż się wydaje. Mam jedno pytanie zanim cokolwiek powiem - jaki typ medytacji praktykujesz? Bo to robi ogromną różnicę. Obserwacja myśli bez oceniania to nie to samo co np. skupienie na oddechu czy medytacja z mantrą. Przy OCD niektóre techniki mogą rzeczywiście nasilać objawy, i to jest naukowo opisane zjawisko.
Ojej, nie wiedziałam w ogóle że medytacja może pogorzyć takie objawy. Zawsze myślałam że wyciszenie jest zawsze dobre. Możesz wytłumaczyć Igorek93 dlaczego akurat obserwacja myśli jest problematyczna przy OCD? Ja też czasem medytuję i mam natłok myśli, ale nie wiem czy to ta sama sytuacja co opisujesz.
Chyba trochę jedno i drugie, nie jestem pewna. Staram się obserwować jak mówią poradniki, ale jak pojawia się jakaś mocna myśl to zaczyna mi przyspieszać serce i automatycznie próbuję ją wypchnąć. I wtedy wchodzi następna i następna. Używam aplikacji z głosem prowadzącym, nie wiem czy to zmienia coś.
Mam wrażenie że to co opisujesz to nie jest problem z samą medytacją, tylko z tym że medytacja odsłania coś co już tam było. Ja prowadziłam notatki przez kilka miesięcy z medytacji i zauważyłam że sesje, gdzie miałam dużo myśli, zawsze zbiegały się z dniami większego stresu. Ale nie mam OCD więc nie wiem czy to dobra analogia. Igorek93 - czy to co mówisz znaczy że osoby z OCD w ogóle nie powinny medytować?
Nie, nie wspominałam. Terapeuta wie że interesuję się ezoteryka i rozwojem, ale jakoś nie wyszło w rozmowie. Może powinnam powiedzieć, masz rację. Ale chciałam też wiedzieć od strony praktycznej, duchowej, bo terapeuta patrzy tylko przez pryzmat psychologii.
Mnie ciekawi coś innego. Mówisz że myśli wracają intensywniej podczas siedzenia w ciszy. Ale czy to nie jest może znak że coś te myśli symbolizują? W tradycjach duchowych obsesyjne myśli to czasem komunikat z podświadomości albo nierozwiązane sprawy energetyczne. Nie mówię żeby ignorować psychologię, ale czy patrzyłaś na to też z tej strony?
Też się zastanawiam nad tym co mówi Pytia. Sam nie medytuję regularnie, ale kilka razy próbowałem i zawsze miałem natłok myśli. Chyba tak po prostu działa cisza - wychodzi wszystko co normalnie zagłuszamy. Może to nie OCD tylko po prostu hałaśliwy umysł?
Rozumiem wątpliwości, ale moje myśli mają specyficzny charakter - są powtarzające się, często dotyczą tego samego tematu, i wywołują niepokój który potem muszę jakoś 'zredukować' przez sprawdzanie albo powtarzanie pewnych czynności. Terapeuta to obserwował przez kilka sesji i powiedział że wzorzec OCD. Nie mam oficjalnej diagnozy bo nie chciałam iść do psychiatry, ale to nie znaczy że to po prostu zwykły natłok.
Słyszałam że przy podobnych stanach dobrze działa medytacja skupiona na doznaniach ciała, nie na myślach. Skanowanie ciała, czucie stóp na podłodze, temperatura powietrza. Ktoś z was to stosował jako alternatywę do obserwacji myśli? Mnie się wydaje że to może być bezpieczniejsze wyjście.
Bodyscan może być lepszą opcją, ale też nie jest neutralny. Część osób z OCD zaczyna sprawdzać doznania somatyczne obsesyjnie - czy serce bije normalnie, czy coś boli itd. Więc wszystko zależy od tego jak dana osoba reaguje. Nie ma jednej odpowiedzi. Ale do tego co powiedziała Jarzebina - skupienie na zmysłach zamiast myślach to faktycznie często lepsza brama wejścia. Pod warunkiem że się tego nie zamieni w kolejny rytuał sprawdzający.
Ja mam pytanko bo może troche odbiega ale - czy nie ma jakis kamien albo kadzidlo ktore pomaga wyciszyc obsesjyne mysli? Czytałam gdzies o ametyscie ze wycisza umysł. Może coś dolaczyc do medytacji zeby łatwiej bylo?
Mam takie pytanie do całej dyskusji - bo słyszałem że medytacja to trochę jak otwieranie drzwi do nieświadomości. Czy nie jest tak że właśnie przez to te myśli wychodzą? Jakbyśmy otwierali szafę gdzie jest bałagan. Może to dobry znak że w ogóle wychodzą?
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że trochę krążymy wokół tego samego pytania. Czy ktoś próbował inaczej podejść do samej ciszy? Bo ja kiedyś miałam taki okres, że każda próba medytacji kończyła się nakręcaniem, i dopiero jak zaczęłam medytować przy bardzo cichej muzyce instrumentalnej, coś się zmieniło. Kompletna cisza chyba nie działa tak samo dla każdego.
To co opisujesz z tym 'wzmocnionym głosem' w ciszy bardzo mi się kojarzy z tym co pisałam wcześniej - że medytacja nie produkuje tych myśli, tylko je odkrywa. Ale mam pytanie: czy ten niepokój po sesji utrzymuje się godzinami, czy odpuszcza po jakimś czasie?
Słucham tego i trochę mi wstyd się przyznać, ale ja też mam momenty po medytacji że jestem bardziej rozchybotana niż przed. Myślałam że tylko ja tak mam i że to znaczy że źle medytuję. Czy to normalne że tak bywa?
Czekaj, serio? Tyle się mówi że medytacja jest zawsze dobra, a tu wychodzi że może być szkodliwa? To czemu to nie jest nigdzie normalnie opisane w tych aplikacjach i poradnikach?
Dokładnie, Genio67. I właśnie dlatego wracam do swojego wcześniejszego pytania, które trochę zostało pominięte. Nie twierdzę że symboliczne podejście zastąpi terapię, ale czy zupełnie odcinamy się od pytania co te myśli próbują powiedzieć? Bo może to jest inna ścieżka równolegle, nie zamiast?
Przepraszam że wracam do tych kamieni, bo widzę że Jarzebina mówiła żebym była ostrożna. Ale chciałam zapytać - czy coś takiego jak kamień trzymany w ręce podczas medytacji jako punkt skupinia, to jest złe? Nie jako lekarstow tylko jako coś do dotykania żeby nie uciekać myślami.
Ten pomysł z kamieniem mi się podoba. I z muzyką w tle. Mam wrażenie że zaczynam zbierać jakiś zestaw małych zmian które mogłabym spróbować. Ale nadal nie wiem czy w ogóle powinnam kontynuować medytację czy zrobić przerwę.
Mam pytanie które może ci pomóc to ocenić - jak się czujesz dzień po trudnej sesji? Czy jest jakaś ulga, jakiś spokój, czy tylko zmęczenie i niepokój bez żadnej jasności?
Ja też bym chciała wiedzieć odpowiedź na to pytanie Wincentyna_01, bo sama zastanawiam się czy moje gorsze sesje dają mi cokolwiek na dłuższą metę czy tylko stres na bieżąco.
Odpowiadając na pytanie Wincentyna_01 - dzień po trudnej sesji zwykle czuję tylko zmęczenie. Nie ma jakiejś ulgi ani jasności. Jest trochę tak jakbym przeszła przez coś bez żadnego efektu poza zmęczeniem właśnie. Chociaż raz czy dwa pamiętam że po kilku dniach poczułam się jakby lżej, ale nie wiem czy to było przez medytację czy po prostu czas.
Okej, to jest ważna informacja. Jeśli nie ma żadnej ulgi nawet po kilku dniach to ja bym się zastanowiła czy to nie jest sygnał że forma którą stosujesz po prostu nie jest teraz dla ciebie dobra. Nie że medytacja w ogóle jest zła, ale że konkretna praktyka może nie pasować. Czy robiłaś kiedyś coś innego niż siedzenie w ciszy?
Też chciałam się odnieść do tej ulgi, bo sama to obserwuję u siebie. Jak jest chociaż ten mały moment spokoju na koniec, nawet kilkuminutowy, to mi to daje jakiś sygnał że sesja coś dała. Jak w ogóle tego nie ma to jest po prostu przykro i tyle. Nie wiem czy to dobbry wskaźnik czy nie?
Przepraszam, ale nie rozumiem tego 'okna tolerancji'. To znaczy że jest jakaś idealna dawka medytacji i trzeba ją sobie wyliczyć? Bo brzmi to trochę jak coś z apteki a nie z duchowości.
Ale czy nie ma tu też kwestii gotowości w sensie bardziej duchowym? Mam na myśli że może te obsesyjne myśli pojawiają się z jakiegoś powodu akurat teraz i cisza to tylko warunek żeby je zobaczyć, a nie przyczyna?
