Czytam tę rozmowę od początku i to co Joasia właśnie napisała - że medytacja pomaga zauważać, ale nie sprawia, że boli mniej - to chyba jest najuczciwsze zdanie w całym wątku. Miałam dokładnie to samo i długo myślałam, że źle medytuję.
To co Selenitka napisała mocno do mnie trafia. Też zastanawiałem się, czy coś robię nie tak, skoro medytacja nie sprawia, że pewne rzeczy po prostu... przestają. Ale może to w ogóle nie o to chodzi? Tylko skąd mamy wiedzieć, co jest właściwym efektem, a co po prostu nie działa?
No właśnie - dla mnie to za mało. Jak wiem szybciej, że mnie boli, ale nadal boli tak samo, to co z tego? Rozumiem, że to nie magia, ale gdzieś musi być jakiś realny zysk z tych minut na poduszce, inaczej po co?
Jaryla, ale może zysk jest właśnie w tym, że przestajesz na tym dłużej siedzieć? Joasia wcześniej opisywała, że zauważyła u siebie złość i zamiast przeżuwać ją godzinami, szybciej z niej wychodziła. To chyba jest konkretny efekt, nie?
A jak w ogóle mierzycie, ile ten stres trwa? Bo ja nie mam pojęcia, jak to sprawdzić u siebie. Czy to się po prostu czuje, czy macie jakiś sposób, żeby to zauważyć obiektywnie?
Słucham tej dyskusji o dzienniku i mam takie wrażenie, że samo śledzenie zmian może być formą praktyki. Jakbyś zaczynał obserwować siebie tak, jak w medytacji obserwujesz oddech. Czy ktoś celowo to łączył, tzn. dziennik jako część praktyki, nie osobny projekt?
To co Alojzy mówi brzmi sensownie, ale mam pytanie - czy to nie jest ten sam problem co z każdą zmianą nawyku? Że obserwowanie siebie jest na początku trochę sztuczne, a z czasem staje się mniej natrętne? Sama dopiero zaczynam i nie wiem, czy to faza, przez którą się przechodzi.
Ja przez długi czas miałam właśnie to, co Alojzy opisuje. Siedziałam na poduszce i w połowie sesji oceniałam, czy jestem wystarczająco spokojna. To kompletnie niszczyło sens całego siedzenia.
Ta odpowiedź Selenitki jest chyba najbardziej szczera w całej dyskusji. Bo większość porad, które czytam, zakłada, że jakoś aktywnie dochodzisz do spokoju. A tu wychodzi, że może chodzi o przestanie walki, nie o wygranie jej. Tylko jak to wygląda przy konkretnym stresie z życia, nie przy sesji medytacji?
No właśnie, Drozdzia wraca do sedna. Bo jedno to, co dzieje się na poduszce, a drugie to, co potem z tobą robi szef albo korek na drodze. Czy ktoś ma naprawdę konkretny przykład ze zwykłego dnia, nie z sesji?
No dobra, ale to jest jeden przykład z jednej kolejki. Pytam serio, nie złośliwie - czy to się jakoś układa w regularność, czy jednak to były wyjątki? Bo jak patrzę na własne życie, to mam dobre dni i złe dni i nie jestem w stanie powiedzieć, czy to medytacja, czy po prostu humor.
