Dobra, ale kto będzie celowo szukał stresu? To brzmi jak masochizm. Ja i tak mam za dużo, nie muszę szukać.
I tu jest ten problem - jak pamiętać, skoro w stresie funkcjonujemy automatycznie? Mam wrażenie, że dopiero po fakcie myślę 'mogłam zareagować inaczej'. W samym momencie nie ma tej przerwy.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i bardzo mi pomogła zobaczyć, że nie tylko ja mam problem z przeniesieniem spokoju z medytacji do życia. Joasiu, to co opisujesz, że po prostu kiedyś zauważasz różnicę - to jest jakiś konkret, bo przynajmniej wiem, że trzeba poczekać i nie porzucać.
uczciwie - nie wiem. U mnie pierwsze wyraźne rzeczy po kilku miesiącach regularnej praktyki, ale znam osoby, które mówią o roku. I pewnie zależy od tego, jak regularnie i co się ćwiczy. Nie dam ci liczby, bo byłaby nieprawdziwa.
To nie jest odpowiedź, którą chciałam usłyszeć, ale chyba jest jedyna uczciwa. Mnie pocieszą że w ogóle jest jakaś granica, za którą to zaczyna działać, nawet jeśli nie wiem kiedy ją przekroczę.
Ja próbowałem kiedyś na ławce w parku i jakoś szło, ale w pracy? Niemożliwe. Chyba że ktoś ma własny gabinet. A poza tym - co to zmienia, czy siedzisz gdzie indziej, jak efekt jest ten sam?
Tylko że kilka głębokich oddechów to nie jest to samo, co medytacja. Przepraszam, ale mam wrażenie, że te dwie rzeczy są tu mieszane. Jedno to technika oddechowa na gorąco, drugie to długa praca, po której coś w tobie się zmienia. Albo mylimy te poziomy?
Dobra, ale Joasiu, czy ty sama tak robisz? Bo to brzmi logicznie w teorii, ale chcę wiedzieć, czy naprawdę w momencie, gdy jest źle, sięgasz po ten oddech, czy też ci to ucieka?
Szczerze? Czasem ucieka. Nie zawsze pamiętam. Ale coraz rzadziej nie pamiętam, jeśli to ma sens. Jakby sito stawało się gęstsze - więcej sytuacji łapię, mniej mi przepada. Ale nie powiem, że mam to w stu procentach.
To jest paradoks, który mnie dobija w tej całej dyskusji. Mamy ćwiczyć uważność po to, żeby być uważną na to, że trzeba ćwiczyć uważność. Brzmi jak wąż zjadający własny ogon. Czy nie ma jakiegoś wyjścia z tej pętli?
To co Forsycja opisuje, to mi przypomina coś, o czym czytałam - że uważność nie jest celem samym w sobie, tylko sposób patrzenia. I że to nie jest coś, co 'włączasz', jak lampkę, bo albo jest, albo jej nie ma w danej chwili. Tylko skąd wiadomo, czy ta chwila to postęp, czy przypadek?
Ja kiedyś próbowałam prowadzić coś w rodzaju dziennika - krótko, kilka zdań dziennie o tym, jak reaguję na stres. I po kilku tygodniach miałam materiał do porównania. Nie powiem, że to naukowe, ale przynajmniej widziałam pewien wzorzec, nie polegałam tylko na wrażeniu.
Szczerze - może. Nie wiem, co z czego wynikało. Ale to chyba nie jest zły problem mieć, skoro efekt był pozytywny? Choć rozumiem, że to nie odpowiada na pytanie 'czy to działa'.
Mam taką tezę, że po pewnym czasie w ogóle przestajesz się pytać, czy to działa, bo efekty są na tyle subtelne, że nie ma jednego momentu 'działa'. I że może właśnie dlatego ludzie rzucają - bo czekają na wyraźny sygnał, który nie przychodzi, a coś tam się jednak zmienia.
Czyli mamy robić coś, nie wiedząc kiedy to zadziała, nie wiedząc czy w ogóle, i nie powinniśmy się tego spodziewać? Serio? Brzmi jak definicja wyrzucania czasu.
Jaryla, ale ja rozumiem tę frustrację. Sama ją mam. Tyle że to porównanie Joasi z bieganiem jest chyba najsensowniejsze, co tu padło. Przynajmniej mam jakiś punkt odniesienia, zamiast ogólnego 'daj czas'.
Mnie to porównanie z bieganiem nie do końca przekonuje, bo kiedy biegasz, widzisz po kilku tygodniach, że jesteś mniej zadyszana. Tu skąd mam wiedzieć, że nie 'zadyszuję się' emocjonalnie? Jak to zmierzyć, to jest pytanie, na które chciałabym odpowiedzi.
No właśnie nie wiem i to jest sedno mojego pytania. Może jakiś dziennik jak Halineczka robiła? Ale ona sama przyznała, że nie wie, co z czego wynikało. Kółko się zamyka.
Spirala, kółko - dla mnie to nadal brzmi jak filozofowanie. Drozdzia zaczęła ten wątek od konkretnego pytania o codzienny stres, a my teraz gdybamy o tym, jak zdefiniować zmianę. Może wróćmy do ziemi - ktoś tu ma jakiś przykład ze zwykłego dnia?
Jaryla ma rację, trochę odpłynęliśmy. Mnie najbardziej interesuje właśnie to, jak to wygląda w praktyce, nie w teorii. Joasia mówiła wcześniej, że jej sito jest gęstsze - czy możesz podać jakiś konkretny przykład? Jak reagowałaś kiedyś, a jak teraz?
Dobra, konkretnie. Ostatnio koleżanka napisała mi coś w tonie, który wcześniej wywołałby we mnie natychmiastową złość i kilka godzin przeżuwania. Poczułam tę złość, ale zamiast wejść od razu w tryb reagowania, przez chwilę po prostu siedziałam z tym uczuciem. I odpisałam dopiero po jakimś czasie, spokojniej. Nie wiem, czy to zasługa medytacji, ale takich momentów mam więcej.
To co Joasia opisuje z przerwą między bodźcem a reakcją - ja to rozumiem, ale mam pytanie do całej grupy. Czy ta przerwa pojawia się w każdej sytuacji stresowej, czy raczej tylko w tych, które już jakoś 'rozpoznajesz' jako trudne? Bo mam wrażenie, że przy nagłym, nieoczekiwanym stresie to zupełnie inna historia.
Mam taką tezę, że medytacja bardziej zmienia bazowy poziom, na którym zaczynasz, niż sposób reagowania na konkretne zdarzenie. Jakbyś zaczynał każdy dzień z większym zapasem spokoju, a nie z umiejętnością gaszenia pożarów. I może właśnie dlatego tak trudno to zmierzyć - bo mierzysz punkt startowy, nie reaction time.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że wszyscy zakładamy, że stres to coś jednorodnego. A przecież stres z pracy, stres z relacji, stres z niedoboru snu - to są zupełnie inne rzeczy. Czy medytacja działa na wszystkie po równo, czy na jedne bardziej, a na inne wcale?
Halineczko, to jest bardzo konkretna obserwacja i chyba najcenniejsza rzecz, jaka tu padła. Czyli medytacja może mieć różną skuteczność w zależności od rodzaju stresu? Czy to znaczy, że jest jakiś rodzaj stresu, który jest szczególnie 'odporny' na tę praktykę?
Nie wiem, czy odporny to właściwe słowo. Raczej mam wrażenie, że przy sprawach bardzo bliskich emocjonalnie ta przerwa, o której Joasia mówiła, jest dużo krótsza albo w ogóle nie ma czasu zaistnieć. Że tam działa coś głębszego, czego sama medytacja nie sięga - albo sięga, ale wolniej.
To co Halineczka mówi jest dla mnie ważne, bo sama mam stres głównie z relacji i właśnie dlatego podchodziłam do medytacji sceptycznie. Jakby ona potwierdzała moje obawy. Joasia, co ty na to? Czy masz doświadczenie z tym rodzajem stresu?
