Dominiczka, to co mówisz brzmi logicznie, ale mam wątpliwość. Jeśli ktoś jest w bardzo trudnym miejscu i każda terminologia dezorientuje tak samo, to czy 'niech wybierze co do niej pasuje' nie jest trochę zbyt dużym wymaganiem? Wybór wymaga zasobów, których ta osoba może akurat nie mieć.
To jest ważny punkt. Ja sama pamiętam że na początku każdy wybór był wyczerpujący. Zbyt wiele opcji to nie jest wolność, to jest kolejny labirynt. Może dlatego tak pomaga jak ktoś mówi: zacznij od tego jednego, konkretnego.
a co to było w twoim przypadku? To jedno, konkretne. Bo przez całą tę rozmowę dużo mówiłaś o tym co odkryłaś, ale chyba nie powiedziałaś od czego zaczęłaś.
Ta różnica którą opisujesz - obserwacja faktu kontra aktywne skupianie - to chyba jest coś co dałoby się jakoś lepiej opisać w instrukcjach dla osób neurodywersyjnych. Bo wiele zasobów które czytałam zakłada że wiadomo jak się skupić, tylko trzeba to zastosować do oddechu. A może to jest właśnie ten błąd.
Słyszałam że w niektórych podejściach do medytacji dla osób z ADHD zamiast skupiania stosuje się podążanie - czyli uwaga może skakać, ale za każdym razem jak skacze, to jest właśnie moment praktyki. Nie wróć do oddechu, tylko zauważ że odskoczyłaś. Nie wiem czy to działa tak samo dla autyzmu, bo to są różne profile.
To podejście które opisuje Sagea - zauważ że odskoczyłaś - mi coś mówi. Bo to nie jest wróg uwagi, tylko część procesu. Chciałam zapytać czy ktoś z was ma doświadczenie z tym w praktyce, nie w teorii?
Kara to jest dobre słowo. Dużo klasycznych instrukcji medytacyjnych mówi 'wróć' i dla mnie to zawsze brzmiało jak: zrobiłaś coś nie tak. Nawet jeśli intencja była inna. I ta interpretacja potrafiła zatruć całą sesję.
Ale czy to nie zależy też od tego kto prowadzi i jak to mówi? Bo słyszałam prowadzących którzy mówili 'wróć' i to brzmiało zupełnie inaczej - bardziej jak zaproszenie. Albo może ja nie mam tego problemu z percepcją tonu?
To co mówi Terenia otwiera ciekawe pytanie o medytacje prowadzone kontra nienaprowadzane. Jeśli przekaz werbalny jest trudny, to może cisza jest lepsza? A może z kolei brak struktury w ciszy jest bardziej dezorientujący?
To co mówi Leokadia - że nie ma reguły, że zależy od dnia - czy to nie jest coś bardzo specyficznego dla przetwarzania sensorycznego? Że ta sama praktyka może być pomocna lub przeciążająca w zależności od aktualnego stanu układu nerwowego?
Właśnie o tę skalę mi chodziło. Nie twierdzę że neurotypowi nie mają zmiennych dni, bo oczywiście mają. Ale jeśli ktoś musi za każdym razem od zera oceniać czy dzisiaj cisza pomaga czy szkodzi, czy głos prowadzącego jest sygnałem czy szumem, to samo wejście w praktykę kosztuje inaczej. I to może tłumaczyć dlaczego wiele osób neurodywersyjnych mówi że medytacja jest trudna, mimo że 'próbowały'.
Dla mnie różnica jakościowa polega na tym że to nie jest tylko koszt energetyczny, ale też nieprzewidywalność tego kosztu. Kiedy nie wiem przed sesją czy dana technika dzisiaj zadziała czy mnie rozstoi, to planowanie praktyki staje się samo w sobie źródłem napięcia. I to napięcie bywa większe niż potencjalna korzyść.
To co mówi Leokadia o nieprzewidywalności - czy to nie jest trochę błędne koło? Czyli: nie wiem czy zadziała, więc się napinam przed, napięcie utrudnia praktykę, więc nie działa, więc następnym razem znowu nie wiem. Jak w ogóle można z tego wyjść?
To co opisuje Leokadia brzmi trochę jak paradoks - żeby medytacja zadziałała, trzeba przestać oczekiwać że zadziała. Ale żeby przestać oczekiwać, trzeba chyba już mieć jakiś zasób spokoju. Czy ktoś wie jak to się robi w praktyce bez tego początkowego zasobu?
A może to 'coś innego' to jest właśnie regulacja układu nerwowego zanim w ogóle wejdzie się w medytację? Słyszałam o podejściach gdzie zaczyna się od pracy z ciałem, ruchem, dotykiem, i dopiero potem ewentualnie próbuje się ciszy. Czy ktoś z was próbował czegoś takiego zanim zaczął medytować?
Ciekawe. Bo to kołysanie czy chodzenie - to brzmi jak regulacja sensoryczna, nie jak technika medytacyjna. A jednak służy jako brama. Zastanawiam się czy to jest coś co można świadomie projektować jako część praktyki, czy to musi być odkryte indywidualnie?
U mnie takim pomostem był konkretny ciężar koca. Dosłownie. Byłam pod kocem i to dawało coś co pozwalało mi w ogóle zacząć cokolwiek obserwować. Nie wiem czy to jest 'technika', ale działało i nadal działa w złe dni.
Koc jako wejście w medytację - to jest kompletnie poza moim zestawem skojarzeń z tą praktyką. Ale jednocześnie brzmi logicznie jeśli myślę o tym jako o sygnale bezpieczeństwa dla ciała. Leokadia, czy odkryłaś to sama czy ktoś ci podpowiedział?
To jest trochę smutne i trochę ważne jednocześnie - że coś tak pomocnego trzeba było odkryć przypadkowo, bo żaden poradnik do tego nie prowadzi. Zastanawiam się ile osób rezygnuje z medytacji zanim przypadkowo trafi na swój koc. I czy jest jakiś sposób żeby skrócić tę drogę.
Czy ktoś wie czy istnieją grupy medytacyjne specyficznie prowadzone z myślą o osobach neurodywersyjnych? Nie adaptowane ogólne, ale takie gdzie od początku zakłada się inny typ przetwarzania? Bo cała ta rozmowa sugeruje że byłoby to potrzebne, ale nie wiem czy to gdzieś istnieje.
I to jest kolejna warstwa tego problemu - czy lepiej żeby prowadzący miał wiedzę teoretyczną o neurodywersyjności, czy żeby sam był neurodywersyjny. Bo jedno i drugie daje co innego. Wiedza bez doświadczenia może być dokładna ale zimna. Doświadczenie bez wiedzy może być trafne ale nieprzetransmisywalne.
Problem z 'współprowadzeniem' jest taki że to wymaga znalezienia dwóch osób które jednocześnie mają wiedzę i chcą pracować razem. W praktyce rzadkie. Ale wracając do tego co mówiła Leokadia o kocu - zastanawiam się czy ktoś próbował kiedyś świadomie budować zestaw takich sygnałów bezpieczeństwa przed praktyką, zamiast polegać na jednym.
Nie znam NLP wystarczająco żeby ocenić to porównanie, ale coś w tym jest. U mnie z czasem pojawił się drugi element oprócz koca - konkretna temperatura w pokoju. Zimno mi nie pozwala w ogóle zacząć, nawet pod kocem. Więc to się chyba naturalnie rozrasta w pewien zestaw, tylko że nie planowany, tylko odkrywany po kawałku. I każdy element odkryty przez przypadek, podobnie jak koc.
To co opisuje Leokadia - odkrywanie przez przypadek po kawałku - brzmi jak bardzo długi i kosztowny proces. Mam wrażenie że wracamy cały czas do tego samego miejsca: gdyby ktoś od początku powiedział 'sprawdź temperaturę, sprawdź wagę, sprawdź ruch przed', to może ścieżka byłaby krótsza. Tylko że nikt tego nie mówi, bo standardowe podejście do medytacji tego nie uwzględnia. I krąg się zamyka.
