Myślę, że to jest właśnie problem z całą tą rozmową. Mówimy o praktyce która jest bardzo indywidualna, ale szukamy z niej jakichś wniosków ogólnych. Leokadia, czy ty w ogóle chciałabyś żeby ktoś mógł zrobić to co ty? Czy to ma sens dla kogoś z inną neurologią?
To co mówi Leokadia o uprawnieniu do szukania własnej drogi - to mi się wydaje kluczowe dla całego tematu o autyzmie i medytacji. Bo chyba największa bariera to nie jest brak technik, tylko przekonanie, że właściwa medytacja wygląda konkretnie tak i inaczej nie działa. Czy ktoś tu miał doświadczenie z instruktorem który to rozumiał?
A czy w ogóle instruktor jest potrzebny? Pytam bo Leokadia chyba cały czas pracuje samodzielnie i jakoś jej to idzie. Może właśnie autodiagnoza i samodzielne szukanie jest bezpieczniejsze, szczególnie jeśli masz specyficzne potrzeby sensoryczne?
Bezpieczniejsze to nie wiem. Samotniejsze - na pewno. I nie ma kto powiedzieć, że jesteś na dobrej drodze. Przez lata myślałam, że robię to źle, bo efekty były inne niż opisane. Dopiero ta rozmowa tutaj zaczęła mi dawać jakieś lustro. Więc instruktor z prawdziwym rozumieniem byłby bezcenny. Tylko gdzie go znaleźć.
Leokadia, to co mówisz o samotności - czy to jest doświadczenie charakterystyczne dla neurodywersji, czy po prostu dla każdego kto szuka niestandardowej drogi? Pytam bo nie wiem czy to jest specyfika autyzmu, czy szerszy problem z tym, że nasze kategorie medytacji są bardzo wąskie.
Właśnie to mnie zastanawia - czy 'pustka' jako cel medytacji jest w ogóle neurologicznie neutralna, czy jest to cel skrojony pod konkretny typ układu nerwowego? Bo jeśli tak, to całe mainstreemowe nauczanie medytacji jest trochę jak instrukcja pisana dla jednego rodzaju mózgu.
Ale właśnie ta popularyzacja to jest to co dociera do większości ludzi, nie klasyczne teksty. Więc praktycznie rzecz biorąc - dla kogoś kto zaczyna od YouTuba albo aplikacji, ten spłaszczony obraz jest jego punktem wyjścia. I jeśli do tego obrazu nie pasuje, odpuszcza. Leokadia, jak ty zaczęłaś? Od czego?
Obserwacja siebie jako jedyne sposób - to brzmi i pięknie, i bardzo wyczerpująco. Czy nie jest tak, że bez żadnego punktu odniesienia można krążyć bardzo długo nie wiedząc, że jest bliżej? Albo odwrotnie, że jest wystarczająco dobrze i można przestać szukać?
I to jest właśnie ta rola wspólnoty o której mówiłyśmy wcześniej. Nie żeby narzucić definicję, ale żeby być lustrem. Leokadia sama powiedziała, że ta rozmowa daje jej coś czego nie miała. To jest chyba dowód że wspólnota ma wartość nawet jeśli nie ma instruktora i nie ma jednej metody.
Ciekawe pytanie. Ja myślę, że tak, bo tu nikt nie ma monopolu na jedną tradycję. Ale z drugiej strony eklektyzm może też prowadzić do braku głębi - wszystko jest trochę wszystkim i nic nie jest sprawdzone naprawdę głęboko. Nie wiem czy jedno wyklucza drugie.
Dla mnie ta rozmowa działa właśnie dlatego że pytacie konkretnie. Nie 'jak medytujesz' tylko 'co się dzieje z twoim ciałem', 'skąd wiesz że to działa', 'co czujesz dzień później'. To zmusza do precyzji której sama sobie nie narzucam. I przez tę precyzję widzę rzeczy których wcześniej nie nazywałam.
Leokadia, jedno ostatnie pytanie bo mnie bardzo nurtuje - czy jest coś w tej praktyce co chciałabyś zmienić albo pogłębić? Tzn. czy jest jakiś kierunek który czujesz że jest następny, ale jeszcze go nie znalazłaś?
Leokadia, dźwięk to bardzo szerokie pole. Masz na myśli coś w stylu mis tybetańskich, czy raczej bardziej subtelne rzeczy? Bo misy działają na bardzo wiele osób, ale nie wiem jak to jest z nadwrażliwością sensoryczną - czy nie byłoby za dużo?
To rozróżnienie które robisz Leokadia - 'czy to jest medytacja czy po prostu słuchanie' - to ja mam takie pytanie z powrotem: po co to rozróżnienie jest ci potrzebne? Tzn. co zmienia nazwanie tego medytacją?
To co opisuje Leokadia z tym słuchaniem - w tradycji zen jest coś co nazywa się 'shikantaza', czyli 'tylko siedzenie'. Ale jest też praktyka słuchania jako pełna forma medytacji, bez celu, bez interpretowania. Problem z nazewnictwem jest taki, że sugeruje że metoda ważniejsza jest od tego co się w środku dzieje. A to odwrotnie powinno być.
Wracam do tego co Leokadia powiedziała o dźwięku i nadwrażliwości. To mnie interesuje bardzo konkretnie - czy jest tak, że te same bodźce które w jednym kontekście przeciążają, w innym kontekście mogą być regulujące? Czy to kwestia intencji, czy kwestia ilości, czy czegoś innego?
To co mówisz o kontroli - czy to znaczy, że dla ciebie poczucie sprawczości jest częścią samej praktyki? Że medytacja bez możliwości wyjścia z niej w każdym momencie nie byłaby tym samym?
To jest bardzo ważne co mówisz o spinaniu przy prowadzonych medytacjach. Zastanawiam się czy to jest specyficzne dla autyzmu, czy też dla innych konfiguracji układu nerwowego - ADHD, trauma, wysokie przetwarzanie sensoryczne. Bo słyszałam o kilku osobach z traumą, które dokładnie tak samo reagują na prowadzone medytacje.
Leokadia, to co opisujesz z interpretowaniem instrukcji - to jest coś z czym ja też się zmagam i nie jestem autystyczna. Ale u mnie to mija kiedy oswajam się z głosem prowadzącego. U ciebie jest inaczej?
To co mówisz o 'nie ma jednej wersji mnie' - to brzmi jak coś bardzo głębokiego, ale też trudnego. Czy to jest coś co traktujesz jako część swojej neurodywersji, czy raczej jako coś ogólnoludzkiego które u ciebie jest po prostu bardziej wyraźne?
Leokadia, mam jeszcze jedno pytanie bo ten wątek mnie naprawdę ciągnie - czy jest coś czego dowiedziałaś się o sobie przez tę praktykę, co byś uznała za zaskakujące? Nie chodzi mi o efekty, tylko o wiedzę o sobie.
To co Leokadia mówi o ciele, które wie więcej niż głowa - to jest właśnie to czego większość ludzi szuka w praktyce duchowej i dociera do tego po latach. Ale zastanawiam się czy u osób autystycznych to jest trudniejsze właśnie dlatego, że głowa jest tak aktywna i tak bardzo produkuje język, interpretacje, analizy? Bo jakby ciało miało mniej przestrzeni żeby się odezwać.
to jest bardzo ważne rozróżnienie - między ignorowaniem a niedocieraniem. Czy masz poczucie, że ta praktyka zmieniła coś w tej warstwie? Że teraz sygnały z ciała mają inny charakter?
Mam pytanie do Leokadii bo ten wątek z aleksytymią mnie bardzo ciekawi - czy ćwiczenia body scan, które często poleca się w mindfulness, pomagają czy bardziej dezorientują? Bo z zewnątrz body scan wygląda jak idealne sposób na to co opisujesz, ale mam wrażenie że może być też frustrujący jak nie wiadomo czego szukać w ciele.
Ta 'inwentaryzacja' którą opisujesz Leokadia - to mi przypomina pewne techniki w tradycjach vipassany, które są de facto systematycznym skanowaniem bez nakładania na to wartościowania. Problem w tym, że na Zachodzie body scan często jest załadowany poleceniami w stylu 'pozwól odczuciom być' albo 'obserwuj z życzliwością' - i te warstwy interpretacyjne są dla wielu osób realną przeszkodą. Czy ktoś tu próbował wersji dosłownie technicznej, bez żadnych sugestii co z tym czuciem zrobić?
Czytam ten wątek o body scanie i mam wrażenie, że wyłonił się tu bardzo konkretny problem z całą tradycją mindfulness zaadaptowaną na zachodni rynek - ona zakłada, że człowiek ma neutralny dostęp do własnych odczuć i tylko potrzebuje skupienia. A jeśli samo odczuwanie jest inne albo nielinearne, to cały ten zestaw instrukcji jest zbudowany na założeniu które dla wielu osób po prostu nie zachodzi.
Chcę się tu wtrącić z czymś przyziemnym - czy ktoś z was polecałby jakieś konkretne zasoby, książki, nagrania, które są bardziej dostosowane do tego co opisuje Leokadia? Pytam bo szukam czegoś dla bliskiej osoby która też ma podobne trudności i nic z głównego nurtu mindfulness nie 'działa'.
