Właśnie, to jest coś o czym rzadko się mówi w kontekście regularności — po co właściwie wracamy. Czy dlatego że naprawdę chcemy, czy dlatego że czujemy się źle gdy nie medytujemy. I czy ten drugi powód jest wystarczający żeby budować coś trwałego.
Myślę że na początku często wraca się z poczucia winy albo lęku że coś 'zatraci'. Ale to nie jest złe jeśli z czasem przekształca się w coś głębszego. Pytanie czy u kogoś to się nie przekształca i zostaje przy tym dyskomforcie — bo to brzmi jak mało zdrowa motywacja na dłuższą metę.
Mnie się wydaje że to zależy też od tego ile uwagi poświęcamy temu co się dzieje podczas medytacji, a nie tylko temu czy usiadłyśmy. Jeśli siadam i przez te pięć minut myślę o liście zakupów to nawet regularność mi nie pomoże chyba.
Właśnie to jest ciekawe bo wiele osób siada do medytacji z jakimś wyobrażeniem jak powinna wyglądać, zupełnie jakby oglądały film o tym jak to robi ktoś inny. I potem oceniają swoje doświadczenie według tego wzorca. To trochę sabotuje całą regularność, bo po co wracać do czegoś co zawsze wychodzi ci 'źle'.
Wracam do tego co Bernadetka93 pisała wcześniej o tym dlaczego wracamy. Bo u mnie chyba przez długi czas wracałem z takiego poczucia że powinienem, że to jest zdrowe i że głupio nie robić czegoś co wszyscy wokół chwalą. To chyba najgorszy powód.
Szczerze? Nadal nie jestem pewny co mnie trzyma. Może po prostu przyzwyczajenie już na tyle weszło w codzienność, że jego brak bardziej mnie niepokoi niż obecność. Nie wiem czy to jest głęboka motywacja czy po prostu siła nawyku.
A czy siła nawyku to jest gorszy powód niż jakaś 'duchowa' motywacja? Mam wrażenie że my tu trochę za dużo filozofujemy o tym po co, a za mało o tym jak. Nawyk jest nawet całkiem dobry bo nie wymaga codziennego przekonywania siebie na nowo.
A co z tymi co mają nieregularny rytm dnia, zmienne zmiany w pracy albo dzieci które budzą w nocy? Słucham tej rozmowy i myślę że wy wszyscy macie jakiś stały dzień, a co jeśli każdy dzień wygląda inaczej?
Myślę że gdzieś tu leży serce całego tematu, czyli to co Wizjoner57 zaczął. Regularność w idealnych warunkach to jedno, ale co z regularnoścą w prawdziwym życiu, które rzadko jest idealne. Może zamiast mówić o regularności powinnyśmy mówić o elastyczności — jak wracać, jak dostosowywać, jak nie tracić kontaktu z praktyką nawet gdy wszystko się sypie.
Ale czy 'elastyczna regularność' to nie jest trochę oksymoron? Bo regularność w moim rozumieniu znaczy że coś robisz w stały sposób, a elastyczność że możesz to zmieniać. Nie wiem jak to połączyć żeby to nie było tylko wymówką żeby nie siąść.
Ale to drugie wymaga innego rodzaju dyscypliny, może nawet trudniejszej. Bo żeby 'znaleźć moment' musisz przez cały dzień być w jakimś kontakcie z tą intencją. Jak się zapędzisz w pracę i rodzinę to ten moment nigdy sam z siebie nie wyskakuje.
Właśnie to jest moje pytanie od jakiegoś czasu. Próbowałam różnych podejść i zawsze albo byłam zbyt sztywna i frustracja przywala gdy coś się posypie, albo za bardzo elastyczna i tydzień mija bez niczego. Jak wy to równoważycie naprawdę, nie w teorii?
U mnie zadziałało coś w stylu — mam jeden stały punkt w tygodniu, który jest nienaruszalny, i reszta może być różna. To dało mi poczucie że praktyka nie urwała się całkowicie nawet jak był ciężki tydzień. Czy próbowałaś czegoś podobnego?
Mi to przypomina trochę jak z roślinami. Jeden który podlewasz raz w tygodniu niezawodnie żyje, a ten który masz podlewać codziennie i ciągle zapominasz w końcu marnieje. Nie wiem czy dobre porównanie ale jakoś tak to widzę.
A czy ktoś próbował zapisywać swoje sesje, jakiś dzienniczek praktyki? Zastanawiam się czy to pomaga utrzymać regularność czy może tylko dokłada kolejny obowiązek.
Wracając do tego co Bernadetka93 mówiła o balansie między sztywnością a elastycznością — myślę że to jest naprawdę indywidualne i nie ma jednej odpowiedzi. Ale jest coś co mnie zastanawia: czy regularność musi oznaczać codzienność? Bo może to samo założenie nas blokuje.
Zastanawiam się czy my tu cały czas rozmawiamy o regularności jako środku do czegoś, czy jako celu samym w sobie. Bo jak jest środkiem to pytanie 'ile razy w tygodniu' ma odpowiedź zależną od tego do czego dążysz. A jak jest celem to trochę inaczej do tego podchodzisz.
A co jeśli na początku nie wiesz jeszcze do czego to ma być środek? Bo ja zaczynałem bez żadnego konkretnego celu, po prostu z ciekawości, i dopiero po czasie zrozumiałem co mi to daje. Jak wtedy wyznaczyć tę regularność?
Ale jak masz zaufać procesowi jak nie wiesz nawet czego się spodziewać? To trochę jak wchodzić do ciemnego pokoju bez latarki i mówić sobie żeby nie panikować.
Zastanawiam się czy to pytanie o cel nie pojawia się właśnie wtedy kiedy praktyka zaczyna coś ruszać. Jakby umysł szukał racjonalnego uzasadnienia dla czegoś co już zaczyna działać podskórnie. Ktoś jeszcze to zauważył?
To co opisuje Wiciokrzew78 brzmi jak klasyczne kółko — próbujesz medytować, coś się dzieje, zaczynasz analizować, analiza przeszkadza w medytacji, wracasz do analizy. Jak w ogóle z tego wyjść?
Ale to jest łatwiej napisać niż poczuć naprawdę. Możesz mi powiedzieć jak długo zajęło ci zanim to zdanie przestało być tylko słowami a zaczęło coś znaczyć w praktyce?
To jest ciekawe co mówi Bernadetka93, bo ja właśnie tego się boję — że będę siedzieć miesiącami i ciągle będę mieć to samo kółko. Czy jest jakiś sygnał, który mówi że coś się rzeczywiście zmienia w praktyce? Albo że w ogóle idzie we właściwym kierunku?
Dobra, ale jak wrócić do tematu regularności — bo właśnie sobie uświadamiam że może mój problem z utrzymaniem praktyki wynikał z tego że oceniałem każdą sesję na bieżąco i jak wychodziła 'źle' to nie miałem ochoty wracać. Czy ktoś to u siebie przełamał i jak?
A może właśnie tu jest odpowiedź na pytanie z tytułu wątku — że utrzymanie regularności to nie kwestia techniki ani harmonogramu, tylko tego drugiego mięśnia jak mówi Jarzebina. I nikt ci go nie zbuduje za ciebie ani żadna aplikacja do medytacji.
Trzy minuty brzmi trochę jak oszukiwanie samej siebie, nie? Mam na myśli — czy to naprawdę cokolwiek daje czy tylko uspokaja sumienie?
Ten 'start od zera' po przerwie to chyba jeden z najczęstszych powodów porzucania praktyki w ogóle. Ale zastanawiam się czy to nie jest złudzenie — czy naprawdę tracimy wszystko co zbudowaliśmy czy tylko tak nam się wydaje na początku powrotu?
