Mam pytanie może głupie - czy jeden świadomy oddech to naprawdę medytacja, czy to już trochę na wyrost? Bo jak tak powiemy to każdy medytuje kilka razy dziennie i jakoś nie czuję żeby to był ten sam poziom co siedzenie przez pół godziny.
I tu chyba jest sedno tego wątku - regularność kontra jakość. Bo można siedzieć codziennie i być myślami przy zakupach, albo raz na kilka dni ale naprawdę wejść w ciszę. Które jest lepsze? Bo mam wrażenie że każde z was ma inną odpowiedź.
Mnie sie wydaje że regularność jest wazniejsza na poczatku, a potem już mniej. Jak uczysz się jeździć na rowerze to ważne żebyś wsiadała codziennie, ale potem już mniej musisz pilnować bo to zostaje w ciele. Nie wiem czy to dobra analogia ale jakoś tak to czuję.
No właśnie, to jest dobre pytanie Stanislawa72. U mnie to było tak że pewnego dnia zauważyłam że jak jestem zdenerwowana to zanim zareaguje to biorę jakis oddech i dopiero potem. Nie planowałam tego, po prostu sie zdarzyło. I pomyślałam wtedy - o, chyba coś weszło.
Ja mam inne podejście do tego pytania o regularność kontra jakość. Przez długi czas szłam w regularność i miałam wrażenie że siedzę mechanicznie. Potem zrobiłam sobie tydzień przerwy i wróciłam z takim głodem że ta jedna sesja była lepsza niż poprzednie dwa tygodnie razem. Nie wiem co z tym zrobić.
Nie, nie próbowałam celowo. To mnie interesuje - czyli traktujesz to trochę jak trening? Że mięśnie też potrzebują dnia odpoczynku? Tylko jak wiesz kiedy ta przerwa jest zdrowa a kiedy to już po prostu ucieczka?
Właśnie, bo ja bym sobie zaraz powiedział że ta przerwa to zaplanowana i po tygodniu bym zapomniał wrócić. Znacie siebie nie znacie 🙂 Dla mnie problem jest jeden - jak nie ma nawyku to każdy powód żeby nie usiąść jest dobry.
Może i priorytetów, ale ja bym powiedziała że też kwestia tego co masz po drugiej stronie. Jak siedzisz i nic nie czujesz przez miesiąc to po co wracać? Ja wróciłam kiedy zaczęłam cokolwiek zauważać. Wcześniej to była czysta dyscyplina i szczerze mówiąc mdła.
Ja bym nie mówiła że źle. To chyba bardziej kwestia tego że każdy inaczej to opisuje bo każdy inaczej to czuje. Ja na początku nic nie czułam a potem nagle coś jakby nieruchomiało we mnie, nie wiem jak to inaczej nazwać.
To co opisuje Wiciokrzew78 i Sasankaa to są bardzo różne rzeczy, a obie mówią o tym samym efekcie. I to chyba jest właśnie argument za tym żeby nie szukać konkretnego uczucia, bo możesz je przegapić szukając nie tego.
To jest chyba najtrudniejsza część całej tej rozmowy. Bo medytacja jest wewnętrzna i nikt z zewnątrz nie powie ci czy to co czujesz to jest 'to'. Dlatego ludzie chodzą do nauczycieli albo grup i to ma sens - nie po technikę, ale po jakieś lustro.
A ty masz takiego nauczyciela? Pytam bo zastanawiam się czy to konieczne czy można samemu. Nie mam w pobliżu nikogo kto prowadzi takie grupy i trochę mi to przeszkadza.
Czyli wracamy do początku wątku - jak utrzymać regularność. I wychodzi że jedną z odpowiedzi jest: mieć kogoś, przed kim chcesz wracać do praktyki. Czy to jest zbyt proste?
Ale jest jeden problem z tym podejściem - co jak ta osoba odpada? Jeśli twoja regularność zależy od kogoś innego, to jesteś w pewnym sensie uzależniona od zewnętrznego bodźca. I nie mówię że to złe, tylko że to nie jest stabilne długoterminowo.
A ta grupa jeszcze działa? Pytam serio, bo to brzmi jak coś konkretnego a nie teoria.
Mnie ciekawi co się dzieje po tym jak ta zewnętrzna struktura odpada. Bo u mnie właśnie tak było - byłam w grupie, wypadłam z niej z różnych powodów i kompletnie przestałam siadać. Jakby tamta praktyka była ich praktyką a nie moją.
Myślę że kwestia tego że nigdy nie zadałam sobie pytania dlaczego sama chcę medytować. Chodziłam bo chodziłam z innymi. Jak nie miałam powodu wewnętrznego to nic mnie nie trzymało.
No dobra, ale jak się dochodzi do tego wewnętrznego powodu? To brzmi jak coś co powinno samo przyjść, a u mnie jakoś nie przychodzi. Mam wrażenie że powinienem wiedzieć po co to robię zanim zacznę, ale nie wiem i dlatego nie zaczynam.
To mi się podoba. Ale chyba dla kogoś takiego jak ja to i tak nie pomaga, bo mój problem nie jest w tym że nie wiem po co, tylko że zaczynam i po tygodniu przestaję. Powód mam, nawyku nie mam.
U mnie to był ten sam pled i ta sama świeczka. Bez tego jakoś nie mogłam wejść w to samo miejsce mentalnie. To głupie może, ale ciało chyba lubi sygnały że 'teraz to'.
Właśnie, i myślę że tu jest sedno - na ile ta regularność ma być elastyczna a na ile sztywna. Bo za sztywna i rozsypuje się przy pierwszej zmianie. Za elastyczna i nie ma w ogóle struktury. Jak wy to balansujecie?
Ja teraz mam jedno stałe - pora. Reszta może się zmieniać. Mogę siedzieć inaczej, gdzie indziej, krócej albo dłużej. Ale pora jest zawsze ta sama i to chyba jest ten jeden gwóźdź który trzyma całość.
To ciekawe bo właśnie to podejście 'jeden dzień nie równa się koniec' chyba jest tym czego mi najbardziej brakowało. Zawsze jak coś mi wypadło to czułem że już straciłem ciągłość i po co zaczynać od nowa. Ale skąd wziąć tę mentalną elastyczność, jak nie masz jej naturalnie?
Zatrzymuję się przy tym co mówi Rysiek82, bo to chyba jest jeden z kluczowych momentów w budowaniu regularności - ta chwila po przerwie. Czy ktoś z was miał jakiś konkretny sposób na powrót? Nie na utrzymanie, tylko właśnie na ponowne zaczęcie po kilku dniach albo tygodniach przerwy?
Mnie pomagało obniżenie poprzeczki do zera. Serio do zera. Po dłuższej przerwie mówiłam sobie że wystarczy że usiądę i wezmę trzy oddechy. Nawet nie medytacja właściwie, tylko przypomnienie ciału że to miejsce i ta pozycja istnieje. Często zostawałam dłużej, ale nie musiałam.
Ale tu jest jakiś paradoks, nie? Z jednej strony mówimy że struktura i rytuały pomagają, z drugiej że po przerwie trzeba zrezygnować z poprzeczki. Jak to pogodzić żeby nie skończyć się na wiecznym 'tylko trzy oddechy' bez prawdziwej głębi?
Chciałam tylko dopowiedzieć że u mnie te krótkie powroty nigdy nie zostały przy trzech oddechach. Jak już usiadłam to zostałam dłużej, jakby samo ciało wiedziało co następuje. To nie znaczy że każdy tak ma, ale mam wrażenie że to nie jest udawanie.
