Mam z tym naprawdę duży problem i zastanawiam się, czy ktoś jeszcze tak ma. Zaczynam regularnie medytować, idzie mi całkiem dobrze przez tydzień, może dwa, a potem coś wyrywa mnie z rytmu — choroba, wyjazd, zwykły pracowity tydzień — i zanim się obejrzę, mija miesiąc bez żadnej sesji. Jak wy sobie z tym radzicie? Macie jakieś sposoby, żeby nie tracić ciągłości?
To jest chyba najczęstszy problem u osób, które medytują samodzielnie. Mnie pomogło jedno proste przesunięcie: przestałam traktować medytację jako coś, co 'powinienem zrobić dzisiaj', a zaczęłam ją przyczepiać do czegoś, co już robię codziennie. Rano, zaraz po kawie, zanim jeszcze otwieram telefon. Nie zawsze jest to 20 minut, czasem to 5, ale jest. Czy ty masz w ogóle jakąś stałą porę, do której próbujesz się trzymać?
U mnie rano też nie wchodziło przez długi czas. Przerzuciłam sie na porę między obiadem a powrotem dzieci ze szkoły i nagle okazało sie, że mam te spokojne 15 minut praktycznie codziennie. Chodzi o to żeby znaleźć swój 'martwy punkt' w dniu, kiedy nikt od ciebie nic nie chce. Ty taki masz w ogóle?
Mam inne podejście do tego. Przez długi czas się karałam za przerwy, myśląc 'no to już straciłam ciągłość, teraz to bez sensu zaczynać od nowa'. I to był największy błąd. W którymś momencie ktoś mi powiedział, żeby nie liczyć serii, tylko ile razy wróciłam. Zupełnie to zmieniło perspektywę. Przerwa nie niszczy praktyki.
No ale jak nie liczyć serii, to po czym poznać, że praktyka w ogóle ma sens? Jeśli medytuję raz na dwa tygodnie, to chyba to nic nie daje, co? Bo mi zależy na konkretnych efektach, nie na samym siedzeniu.
To bardzo częste, że podczas medytacji myśli się nasilają, bo w ciszy je słyszysz bardziej niż w codziennym hałasie. To nie znaczy, że źle medytujesz. Wróćmy do tematu regularności — Bernadetka93, a próbowałaś kiedyś skrócić sesje do absolutnego minimum, czyli nawet do 3-5 minut, tylko po to, żeby utrzymać nawyk w trudnych tygodniach?
Dokładnie tak samo myślałam i to był mój błąd przez chyba dwa lata. Teraz jak mam gorszy dzień to medytuję 3 minuty i liczę to jako sukces. I wiecie co? Po miesiącu takich 'małych' sesji miałam spokojniejszy umysł niż po miesiącu intensywnych sesji z długimi przerwami.
Mnie ciekawi jedno: czy wy w ogóle korzystacie z jakichś aplikacji czy nagrań prowadzonych, czy medytujecie w ciszy? Bo mam wrażenie, że dla utrzymania regularności to robi sporą różnicę. Ja bez prowadzenia kompletnie się rozłazię.
Ja próbowałem z aplikacją i bez. Szczerze? Z aplikacją było mi łatwiej zacząć, ale po jakimś czasie głos mnie irytował i zacząłem pomijać sesje, bo nie chciałam słuchać ciągle tego samego nagrania. W ciszy trudniej, ale jak wchodzi, to wchodzi lepiej. Nie wiem, może to tylko moje.
Wróćmy na chwilę do sedna, bo to ważne — regularność moim zdaniem rozsypuje się najczęściej nie przez brak motywacji, tylko przez zbyt wygórowane oczekiwania wobec samej sesji. Chcemy mieć głębokie przeżycie, wyciszenie, efekt. A kiedy tego nie ma, rezygnujemy. Czy ktoś z was medytuje nawet wtedy, gdy 'nie czuje że to działa'?
Mnie kiedyś bardzo pomogło podejście, że medytacja to nie jest stan, który masz osiągnąć, tylko czynność którą wykonujesz. Czyli sam fakt, że siadasz i oddychasz przez 5 minut, to JUŻ jest medytacja. Nie musisz nic czuć ani nigdzie dochodzić. To chyba najtrudniejsze do przyjęcia ale jak już to ogarneisz to regularnośc sama przychodzi latwiej.
Ale to brzmi trochę jak 'medytuj bez celu', a przecież każdy medytuje po coś. Jak mam siedzieć bez żadnych oczekiwań, skoro mam konkretny problem do rozwiązania, czyli za dużo myśli? Nie rozumiem jak to pogodzić.
A ja wróciłabym do tego co Wiciokrzew78 mówiła wcześniej, że medytacja to czynność a nie stan. Bo to mnie uderzyło. Przez cały czas myślałam o tym jak o czymś, co się 'udaje' albo 'nie udaje'. I chyba z tego wynika mój problem z regularnością, bo po co wracać do czegoś, w czym czujesz się beznadziejna?
Dokładnie to. I dlatego właśnie krótkie sesje mogą ci pomóc bardziej niż myślisz — nie ma czasu na rozbudowaną narrację w głowie o tym, czy ci idzie. Siadasz, oddychasz trzy minuty, wstajesz. Nie zdążysz ocenić.
Mam pytanie do wszystkich, bo mnie to ciekawi — czy ktoś z was próbował medytować w tym samym miejscu zawsze? Bo ja jakiś czas temu zrobiłam sobie taki 'kącik' i naprawdę poczułam różnicę. Jakby ciało samo wiedziało co ma robić jak tam siadałam.
Mnie to brzmi trochę jak warunkowanie pawłowowskie. Nie żartuję, serio — skoro pies ślini się na dźwięk dzwonka, to może człowiek siada do medytacji na widok swojego kącika? Próbowałem czegoś podobnego z herbatą — zawarzam zawsze tę samą i to mi sygnalizuje że teraz jest czas na siedzenie.
Właśnie — to kolejna warstwa tego samego problemu. Medytacja staje się projektem do zrealizowania. I wtedy regularność leci, bo projekty wymagają energii, a my jej nie zawsze mamy. Rytuał z herbatą mi się podoba bo jest prosty i niewymagający.
Dobra, zaczynam rozumieć że moje podejście było od początku skrzywione. Traktowałam to jak trening na siłowni — musisz iść na pełną godzinę inaczej nie warto. A to zupełnie inaczej działa, tak? Chociaż mam jedno pytanie — jak długo zanim te małe sesje zaczynają cokolwiek dawać?
Trudno powiedzieć ogólnie, bo to zależy od tego czego szukasz. Ja pierwszą wyraźną zmianę poczułam po chyba trzech tygodniach codziennych krótkich sesji — ale to była zmiana w tym jak reaguję na stres w ciągu dnia, nie jakieś przeżycie podczas samej medytacji.
To co Apolonia opisuje to chyba największy efekt jaki sama też zauważyłam. Nie jakieś wielkie oświecenie tylko właśnie te małe przerwy w reakcjach. I to zaczyna sie dziać nawet jak nie medytujesz akurat, po prostu jesteś inaczej w codzienności.
Czyli efekty wychodzą poza sesję i przenikają do zwykłego dnia? Mnie to trochę zaskakuje, bo zawsze myślałam o medytacji jako o czymś co dzieje się tylko w trakcie, a tu wychodzi, że to bardziej trenowanie umysłu na co dzień. Jak długo wy medytujecie, że tak to opisujecie?
Dobra, mnie te 'małe przerwy' brzmią jak dokładnie to czego szukam. Bo mój problem to właśnie że wszystko od razu mnie zalewna i nie mam chwili żeby cokolwiek przemyśleć. Myślę, że spróbuję przez najbliższy czas tych krótkich sesji, może pięć minut rano przy kawie, bez oceniania. I zobaczę co.
Przy kawie to dobry pomysł, bo kawa już jest rytuałem. Nie zmuszasz sie do nowego nawyku z zera, tylko doklejasz do czegoś co i tak robisz. Daj znać jak ci idzie, bo naprawde ciekawa jestem jak to u ciebie zadziała przy tym wieczornym trybie życia o którym mówiłas wcześniej.
Przy kawie to naprawdę dobry start. Ja robiłem podobnie przez jakiś czas i to co mnie zaskoczyło to że nawet jak kawa stygła, to ja wciąż siedziałem. Jakby te pięć minut samo się rozciągało.
A mam pytanie bo mnie to trochę gryzło przez całą tę rozmowę — wy mówicie o krótkich sesjach, małych przerwach, doklejaniu do nawyków... ale kiedy w tym wszystkim jest czas na coś głębszego? Czy te pięć minut naprawdę wystarczy żeby cokolwiek poczuć, czy to tylko taki hygieniczny minimum?
Mam takie skojarzenie z tym co Topielica pisze — ja też zaczęłam medytować z myślą że będę miała jakieś wizje albo przynajmniej silne wrażenia. I trochę mnie śmieszy z perspektywy czasu, bo teraz wiem że akurat ja tego nie mam. Ale czy to znaczy że robię coś źle? Bo czasem mam wątpliwości.
Dobrze że to piszesz, bo ja właśnie miałam podobne przekonanie że jak nie ma 'efektów specjalnych' to znaczy że nic nie wychodzi. I teraz myślę, że właśnie to przekonanie mnie blokowało z tą regularnością. Czekałam na coś spektakularnego zamiast zauważać to co faktycznie jest.
