Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie - czy wy w ogóle korzystacie z jakiś prowadzonych medytacji? Nagrań, aplikacji, czegoś takiego? Czy robicie to w ciszy sami? Bo wydaje mi się że to może robić różnicę dla kogoś kto zaczyna.
A ja mam trochę inne zdanie - nadal używam aplikacji, ale nie dlatego że nie umiem sam, tylko dlatego że mi się po prostu nie chce dbać o timer. Aplikacja odmierza czas, dzwoni, nie muszę myśleć. To odejmuje jedną rzecz z listy decyzji i dla mnie to wystarczający powód.
W ogóle mam wrażenie, że dużo naszych problemów z regularnością bierze się z tego że medytacja wymaga jednocześnie żeby nic nie wymagała. Tzn. z jednej strony masz usiąść i nie robić nic, z drugiej strony samo 'nic-nie-robienie' wymaga decyzji, miejsca, czasu, gotowości. I ten paradoks jest naprawdę prawdziwy dla mnie.
Dokladnie, i to jest pułapka bo 'lepszy moment' rzadko przychodzi sam. Ja kiedyś czekałam aż skończy się jakiś stresujacy okres w życiu żeby zacząć medytować. Potem zrozumiałam że właśnie wtedy najbardziej potrzebowałam tej praktyki, nie po jej zakończeniu.
A co zrobić jak nie masz w ogóle takiego miejsca? Ja mieszkam z rodziną, zawsze ktoś chodzi, coś gra, pies szczeka. Nie mam żadnego kąta gdzie mogłabym po prostu usiąść w ciszy.
Ja przez kilka miesięcy medytowałem w samochodzie. Dosłownie parkowałem pod blokiem i siedziałem z zamkniętymi oczami przez dziesięć minut zanim wchodziłem do domu. Głupio brzmi ale działało.
Mam pytanie do całej grupy - czy wy w ogóle medytujecie w tej samej porze każdego dnia? Czy to jest ważne? Bo czytałem że rytm dobowy ma znaczenie ale nie wiem czy to mit czy coś w tym jest.
Ja próbowałam różnych pór i dla mnie wieczór jest gorszy, bo jestem zmęczona i zasypiałam. Rano mam głowę czystszą. Ale to nie jest chyba żadna zasada, tylko mój rytm.
Chyba bardziej to drugie. Chociaż ciekawe też to pierwsze. W astrologii o świcie jest moment przejścia który podobno sprzyja skupieniu, ale to może odległy temat.
Wracając do tego co Topielica mówiła wcześniej o braku miejsca - czy ktoś próbował medytować w łazience? Pytam serio, bez żartów. Znam kogoś kto tak robi i mówi że to jej jedyne pięć minut dziennie tylko dla siebie.
To ciekawe co Kornelia pisze, bo ja przez długi czas myślałam że muszę siedzieć w konkretnej pozycji, mieć konkretne nastawienie, żeby to 'się liczyło'. A może właśnie to myślenie sprawiało że tak rzadko mi wychodziła ta regularność - bo co nie było idealne, to niby nie było w ogóle.
Dokładnie to mam na myśli kiedy mówię że ta przeszkoda jest czesto w głowie a nie w okolicznościach. Ale to nie jest zarzut do nikogo, bo mnie też zajęło sporo czasu żeby to zobaczyć u siebie.
To co Bernadetka napisała przed chwilą, że co nie było idealne to się nie liczyło - to jest dokładnie mój problem z każdą rzeczą w życiu, nie tylko z medytacją. Jak nie mogę zrobić tego porządnie, to w ogóle nie zaczynam. I potem mam zero zamiast cokolwiek.
Chyba dlatego ten wątek tak długo żyje, bo to nie jest problem tylko z medytacją - to jest problem z tym jak w ogóle podchodzimy do praktyki. Mnie zajęło może dwa lata żeby przestać oceniać każdą sesję i po prostu siedzieć.
Dwa lata to dużo. Ja chyba nadal oceniam i mam z tym temat. Czy ty to przekroczyłaś jakoś świadomie, czy po prostu w pewnym momencie zobaczyłaś że to znikło?
Mam takie pytanie do wszystkich którzy medytują od dłuższego czasu - czy wy w ogóle pamiętacie jak to było na początku? Znaczy to uczucie że 'nie potrafię', że 'nic nie czuję', że 'pewnie robię to źle'? Bo czasem jak czytam wasze posty to zastanawiam się czy po prostu nie pamiętacie jak to jest nie umieć.
Ja nadal gonię każdą. Serio. I zastanawiam się czy to kiedyś się zmienia czy po prostu uczysz się że gonienie też jest częścią tego.
Mam pytanie techniczne może - czy wy coś liczycie podczas medytacji? Oddechy, minuty, cokolwiek? Bo ja na początku liczyłem i to mi pomagało nie odpływać, ale potem ktoś mi powiedział że to jest właściwie rozpraszanie.
Jakiś filmik na YT, ale teraz nie pamiętam już który. Chyba ktoś mówił że liczenie angażuje intelekt i przez to nie wchodzisz głębiej. Ale jak słyszę że tobie pomagało to może to zależy od człowieka.
Liczenie oddechów to jedna z najstarszych i najprostszych technik, jest w tradycjach zen od setek lat. Nie rozumiałabym tego jako przeszkodę. Raczej jako wejście, które z czasem staje się niepotrzebne - ale tylko wtedy, kiedy się już oswoisz z siedzeniem.
Wróćcie na chwilę do tego co Stanislawa napisała, że nadal goni każdą myśl. Bo ja się zastanawiam - po ilu tygodniach albo miesiącach w ogóle zaczyna być inaczej? Czy jest jakiś moment kiedy coś się przestawia, czy to jest tak stopniowe że nie wiadomo kiedy się zmieniło?
No właśnie chciałam się zapytać o to samo co Topielica - bo słyszę od was że coś się przestawia, ale nikt nie mówi kiedy. Ja medytuję już chyba ze trzy miesiące i nadal mam wrażenie że każda sesja jest jak pierwsza. Czy to normalne?
Hmm. Faktycznie jak tak pytasz to nie wiem. Może trudności są inne. Na początku nie mogłam w ogóle usiedzieć spokojnie, teraz siedzę ale myślami jestem wszędzie. Czy to jest jakiś postęp?
To że siedzisz spokojnie to już jest coś. Ciało najpierw sie uczy, potem umysł. Przynajmniej tak u mnie bylo, nie wiem czy to jakaś reguła.
Wróćmy może do tego co Topielica pytała, bo mnie też ciekawi - czy jest coś co można zrobić żeby przyspieszyć to 'przestawienie' o którym mówicie? Albo czy to jest w ogóle możliwe, czy trzeba po prostu czekać?
Ja myślę że są warunki. Regularność na przykład. U mnie jak medytuję codziennie to po tygodniu jest wyraźna różnica w porównaniu do tego jak robię co kilka dni. Nie wiem czy to 'przestawienie' o którym mówicie, ale coś jest.
Ten minimalny próg to jest naprawdę dobre. Mnie kiedyś ktoś powiedział że jeden świadomy oddech to już jest medytacja i wtedy poczułam że odpada mi z pleców jakieś oczekiwanie. Nie wiem czy to ezoteryczne czy bardziej psychologiczne, ale działało.
