Ale ja mam takie pytanie bo zawsze mnie to zastanawia — czy te emocje które wyskakują podczas medytacji to są 'normalne' emocje z dnia, czy medytacja jakoś je wyciąga? Bo mam wrażenie że jak siadam do sesji, to nagle mam intensywniejsze reakcje niż przez cały dzień.
Dobra, ale to teraz brzmi jakby medytacja była przez długi czas po prostu nieprzyjemna. To jest coś co trzeba po prostu przesiedzieć, czy jest jakiś sposób żeby to skrócić?
A co to znaczy 'zmienić technikę' w praktyce? Ja do tej pory robiłam tylko obserwację oddechu i nie wiedziałam że są jakieś inne opcje na poziomie podstawowym.
Body scan słyszałam, ale zawsze mi umykało dlaczego to miałoby pomóc z myślami. Jeśli skupiam się na ciele, to myśli i tak mogą lecieć w tle, nie?
Mogą. Ale punkt skupienia zawsze jest po coś — nie po to żeby myśli zniknęły, tylko żeby mieć do czego wracać kiedy się zorientujesz że odpłynęłaś. Czy to oddech, czy ciało, czy mantra — to jest wszystko jedno. Ważne żeby to coś było.
To jest dla mnie sedno całej tej dyskusji — sam powrót. Słyszę o nim od początku tego wątku, ale wciąż nie rozumiem czy to się z czasem staje łatwiejsze, czy to zawsze taki sam wysiłek. Bo jak jest zawsze tak samo, to trochę mało zachęcające.
Ale ile to trwa bo serio, siedzę i siedzę i nie widzę żebym była szybsza w tym powracaniu. Może robię coś fundamentalnie źle?
To samo chciałam zapytać, bo ja też mam problem z oceną własnych postępów. Skąd w ogóle mam wiedzieć czy idzie lepiej, skoro sama medytacja polega na tym żeby nie oceniać?
No właśnie to jest mój problem — jak mam nie oceniać, skoro chcę wiedzieć czy robię postępy? To brzmi jak sprzeczność sama w sobie.
Dobra, ale skąd wiem że 'wracanie szło łatwiej' skoro każda sesja jest inna? Raz jestem śpiąca, raz nakręcona, raz mam po prostu pusty dzień. Jak mam to porównywać?
Ale jak mam śledzić tendencję tygodniami, skoro nie wiem co konkretnie mierzyć? Zenek pytał co obserwuję, i szczerze — nie wiem jak na to odpowiedzieć. Co mam właściwie obserwować?
Niektórzy prowadzą krótkie notatki po sesji — nie długie analizy, tylko jedno dwa zdania. Coś w stylu: 'dziś dużo myśli o pracy, wracałam chyba z pięć razy'. To nie jest ocenianie jakości medytacji, tylko zwykłe notowanie co się wydarzyło. Z czasem widać wzorce.
Ale mam wrażenie że gdzieś zgubiliśmy Grazynkę — ona pytała ile to trwa zanim coś poczujesz. I nikt tak naprawdę nie odpowiedział konkretnie. Czy jest jakaś granica po której można powiedzieć 'ok, chyba to nie dla mnie'?
No i właśnie to mnie frustruje. Wszystko jest 'z czasem', 'w dłuższej perspektywie', 'to zależy'. A ja po prostu chcę wiedzieć czy za miesiąc poczuję różnicę.
Ja się wtrącę bo też się zastanawiam — czy ta frustracja którą teraz opisujesz, to nie jest właśnie coś co medytacja ma trenować? Nie w sensie że ma ją wyeliminować, tylko że uczysz się siedzieć z niekomfortowym uczuciem i nie uciekać. Może to jest właśnie efekt którego nie zauważasz?
A wracając do tych technik o których mówiła Mistralka — próbowałam dziś body scan po raz pierwszy i mam pytanie. Czy ma sens przerywać jeśli pojawia się ból fizyczny, np. w plecach? Bo nie wiedziałam czy skupiać się na bólu jako punkt uwagi, czy zignorować i lecieć dalej.
Czekaj, to tak samo działa z myślami? Że jak przestajesz je odpychać, stają się mniej natarczywe? Bo to brzmi dla mnie kontreintuicyjnie — mój odruch to właśnie walczyć z tym co przeszkadza.
Ale jak to wygląda w praktyce? Bo 'nie walcz' brzmi jak kolejna instrukcja którą umysł od razu zamienia w cel. Zaczynam 'nie walczyć' i nagle to jest nowe zadanie do zaliczenia.
To jest klasyczna pułapka i szczerze — nie ma na nią prostej odpowiedzi. Najlepsze co słyszałem to: zauważ myśl, nazwij ją sobie w głowie ('planowanie', 'wspomnienie', 'ocenianie') i wróć. Nie pytaj czy dobrze walczysz. Po prostu wróć.
Czyli cała medytacja sprowadza się do tego jednego ruchu — wróć — i robimy to przez lata? Serio pytam, nie ironicznie. Bo jak tak to wygląda, to jest albo bardzo proste, albo bardzo trudne i nie wiem które.
No właśnie — 'dopóki nie poczujesz'. Ale jak mam to poczuć skoro ciągle jestem na etapie walki z myślami? Jakby ktoś mi mówił 'zacznij pływać, to poczujesz jak to jest pływać'. To jest koło.
Okay ale mam pytanie do obu stron — Zenek mówił żeby nie walczyć, Jacek mówi żeby wracać. Czy to jest to samo? Bo dla mnie walka to jedno, a aktywne wracanie to drugie. Jedno jest pasywne, drugie wymaga wysiłku.
Dobre rozróżnienie. Wracanie to nie walka — walka to kiedy próbujesz myśl zatrzymać, wyciszyć, wypchnąć. Wracanie to po prostu przenieść uwagę gdzie indziej. Myśl może sobie dalej być w tle, ty po prostu przestajesz jej dawać środek sceny.
Ale ta myśl 'w tle' — ona tam jest? Bo jak siedzę i mam myśl że za chwilę muszę odpisać na maila, i niby wracam do oddechu, ale ta myśl o mailu gdzieś tam bębni... to czy medytacja naprawdę zadziałała?
Ale skąd wiadomo że 'ja' to nie jest ta myśl? Bo jak mówię 'ja zauważam myśl', to kto to mówi? Przepraszam, wiem że to brzmi filozoficznie, ale serio nie rozumiem tego podziału.
Dobrze, ale wracając do mojego pytania które gdzieś zgubiłam — miesiąc praktyki, codziennie, po dziesięć minut. Czy po tym czasie powinnam zauważyć cokolwiek inaczej w życiu poza medytacją? Nie na macie, tylko w codziennym funkcjonowaniu.
Mam wrażenie że my tu dużo mówimy o myślach abstrakcyjnych, a ja ciągle mam problem z tym najbardziej podstawowym — siedzę i po pięciu minutach nie wiem na czym mam być skupiona. Oddech? Ciało? Cisza? Czy to w ogóle ma znaczenie co wybieram?
