To ciekawe co Zenek pisze, bo ja to właśnie czuję. Jakby medytacja nie uspokajała, tylko pokazywała mi jak bardzo jestem niespokojna. Czy to normalne że przez jakiś czas jest 'gorzej' zanim będzie lepiej?
Zastanawiam się czy ten efekt widzenia niepokoju którego wcześniej nie widziałaś nie jest właśnie przyczyną, dla której tyle osób rzuca medytację po kilku tygodniach. Zaczyna być niewygodnie i po prostu się odpuszcza.
No to teraz się trochę boję. Bo ja właśnie zaczęłam i moje sesje są dość chaotyczne - dużo myśli, dużo skakania. Macie na myśli że może być jeszcze trudniej zanim będzie łatwiej?
Myślę że 'trudniej' to nie jest dobre słowo. Raczej - bardziej szczere? Bo chyba nie chodzi o to że sesje będą gorsze, tylko że możesz zobaczyć więcej tego co jest w środku. Ale ja dopiero zaczynam więc mogę się mylić - Zenek, mam rację?
Wracając do tego co Magini mówiła o czakrach wcześniej - czy w medytacji mindfulness w ogóle pracuje się z czakrami, czy to zupełnie oddzielna ścieżka? Bo widzę że niektórzy łączą te rzeczy i nie wiem czy to ma sens.
Okej, to rozumiem że łączenie to nie jest najlepszy pomysł na początku. Ale mam pytanie - czy jeśli podczas mindfulness sama z siebie pojawia mi się wizualizacja, np. kolor albo obraz, to mam ją odpychać tak samo jak myśl słowną? Czy to inna kategoria?
Dobra, ale jak w praktyce mam odróżnić że 'obserwuję' myśl od tego że po prostu w niej siedzę? Bo chyba właśnie na tym polega mój problem - nie wiem kiedy to granica się przesuwa.
Ja to czuję tak - jak nagle zdaję sobie sprawę że byłem gdzieś myślami i wróciłem, to znaczy że byłem w środku tej myśli. Jak widzę że myśl przyszła i patrzę na nią, to jest obserwacja. Ale to trochę jak ze snem - nie zdajesz sobie sprawy że śpisz, dopóki się nie obudzisz.
Tak, ten czas się skraca - to jest właśnie jeden z mierzalnych efektów praktyki. Ale nie dzieje się to liniowo. Przez jakiś czas możesz mieć wrażenie że jest tak samo albo nawet gorzej, a potem nagle zorientujesz się że łapiesz się szybciej. Nie ma co mierzyć po każdej sesji.
Mam wrażenie że ta cała rozmowa kręci się wokół jednego problemu - jak cokolwiek oceniać, skoro ocenianie psuje praktykę. Czy ktoś tu naprawdę siedzi bez żadnej oceny przez całą sesję? Bo ja nie wierzę że to w ogóle możliwe.
Właśnie. Cel nie jest taki żeby siedzieć jak pusty ekran. To nieporozumienie które widzę bardzo często - ludzie myślą że jak mają myśli to medytacja 'nie wyszła'. A myśli to nie błąd, to materiał do pracy.
To trochę zmienia perspektywę. Ja po każdej sesji mam takie poczucie porażki bo non stop coś mi się kręci w głowie. A wy mówicie że to właśnie jest medytacja, nie przeszkoda w niej?
Ja miałam dokładnie to samo poczucie. Zaczęłam medytować bo ktoś mi powiedział że to odpocząca głowy, a po pierwszych sesjach czułam się jakby głowa pracowała podwójnie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam że ona po prostu bardziej to słyszę, nie że produkuję więcej.
Kilka tygodni?! Ja medytuję od dwóch tygodni i już mi się wydaje że powinnam coś czuć. Czy to znaczy że robię coś źle, czy po prostu za mało czekam?
Regularność ma większe znaczenie niż długość sesji, przynajmniej na początku. Dziesięć minut codziennie da więcej niż godzina raz na tydzień. Nie dlatego że to jakaś zasada, tylko że umysł uczy się wracać do stanu obserwacji i potrzebuje powtórzeń żeby to weszło jako nawyk.
Regularność ma większe znaczenie niż długość sesji, przynajmniej na początku. Dziesięć minut codziennie da więcej niż godzina raz na tydzień. Nie dlatego że to jakaś zasada, tylko że umysł uczy się wracać do stanu obserwacji i potrzebuje powtórzeń żeby to weszło w nawyk. Jeśli siedzisz nieregularnie, to za każdym razem zaczynasz trochę od nowa.
A właściwie skąd ta zasada z regularności? Bo słyszę to wszędzie, ale nikt nie tłumaczy dlaczego akurat codziennie, a nie co drugi dzień albo trzy razy w tygodniu. Czy to naprawdę aż tak duża różnica?
To brzmi logicznie, ale ja mam problem już na etapie w ogóle usiadania. Jak nie mam z góry wyznaczonej pory, to jakoś zawsze coś innego się przesuwa na pierwsze miejsce. Czy wy macie stałą godzinę?
Ja mam i uważam że to zmieniło więcej niż jakikolwiek inny trick. Rano, zaraz po przebudzeniu, zanim jeszcze sięgnę po telefon. Głowa jest wtedy jakoś bardziej pusta z default'u i mniej walczę ze sobą żeby usiąść.
Dobra, ale wróćmy do tego co Lena pisała wcześniej - ona pytała jak odróżnić obserwowanie myśli od siedzenia w środku nich. I chyba wciąż nie mamy na to konkretnej odpowiedzi, bo wszyscy zaczęliśmy gadać o regularności. Czy jest jakiś praktyczny sposób żeby to sprawdzić w trakcie sesji, a nie dopiero po?
Czyli ta chwila po to jest jedyna informacja zwrotna jaką mam? To trochę frustrujące, bo chciałabym jakoś wiedzieć w trakcie że jestem na dobrej drodze.
A co konkretnie miałoby ci ta informacja dać? Bo jak zaczniemy oceniać w trakcie czy dobrze medytujemy, to właśnie przestajemy medytować i zaczynamy oceniać. To trochę pułapka.
Mnie zastanawia coś innego - my mówimy o myślach jakby to był jeden rodzaj. Ale ja mam sesje gdzie kręci mi się w głowie lista zakupów, i sesje gdzie nagle mam jakieś intensywne emocje albo obrazy. Czy to wymaga innego podejścia, czy zawsze to samo - obserwujesz i wracasz?
A jak ta 'inna praca' wygląda w praktyce? Czy po prostu dajesz emocji więcej czasu, czy jest jakiś konkretny sposób żeby z nią siedzieć bez odpływania?
Właśnie, bo ja mam wrażenie że jak pojawia się coś emocjonalnego to automatycznie zaczynam to analizować - dlaczego to czuję, co to znaczy - i kompletnie tracę wątek medytacji. Czy to jest błąd czy po prostu etap?
A może właśnie dlatego zaczyna się od oddechu, a nie od emocji? Emocje to dla większości ludzi zbyt trudny materiał na start. Najpierw trzeba mieć w ogóle jakąś umiejętność obserwowania, zanim wejdzie się w coś co automatycznie wciąga.
To mnie trochę uspokaja, bo ja właśnie tak mam - jak pojawi się coś emocjonalnego, to po prostu odpływam i nawet nie wiem kiedy. A tu słyszę że to jest normalne, a nie że jestem beznadziejna.
