no jak tak pytasz to może dwa albo trzy. Ale nadal myślę że to mogło być coś innego.
Właśnie tu jest pułapka. Jak efekty przychodzą, to szukamy alternatywnych wyjaśnień. A jak ich nie ma, to od razu wiemy że to przez brak medytacji. Trochę niespójne, nie? Nie mówię że to na pewno medytacja, ale ta asymetria w rozumowaniu jest ciekawa.
Ale wracając do tego co Idzik powiedział o regularności - czy to znaczy że 5 minut codziennie jest lepsze niż 30 minut co drugi dzień? Bo ja właśnie tak robię i teraz się zastanawiam czy nie robię błędu. I dziękuję za całą tę rozmowę, serio się dużo uczę!
A czy przerwa weekendowa to już zrywa ten nawyk? Bo w tygodniu jakoś mi wychodzi, ale w weekendy mam wrażenie że nie ma na to miejsca mimo że teoretycznie mam więcej czasu.
To z tym śniadaniem to brzmi sensownie, ale co z tymi co rano są kompletnie nieprzytomni? Serio pytam bo ja pierwsze pół godziny po wstaniu to ledwo funkcjonuję, nie wyobrażam sobie siedzenia w ciszy.
A co jak sie nie mam stałej pory bo praca zmianowa? Bo tak mi wychodzi że raz rano raz wicezoerm i nie wiem czy to jest wgl mozliwe żeby wtedy wyrobić nawyk.
To ciekawe podejście z tym 'punktem zamiast godziny'. Sam zawsze przywiązywałem się do konkretnej pory i jak coś wybiło mnie z harmonogramu to od razu miałem poczucie że dzień stracony. Może to był błąd.
Ale żeby zamknąć ten wątek z czasem dla Honoratki - bo chyba od tego wszystko się zaczęło. Według mnie jej 10 minut jest absolutnie wystarczające jeśli zacznie to robić regularnie. I żeby nie czekała na 'wielki efekt', bo on najprawdopodobniej nie przyjdzie jako jeden moment tylko właśnie jako seria małych rzeczy, takich jak ta historia ze słuchawkami.
To co Edytka.ka napisała na końcu o tym 'wielkim efekcie' - to mnie trochę uspokoiło. Bo chyba właśnie tego szukałam. Że wstanę pewnego dnia i poczuję że WSZYSTKO się zmieniło. A może tak nie działa?
No ale jak ktoś medytuje regularnie przez miesiąc i nic, to normalnie ma się wytrwać? Pytam bo to brzmi trochę jak 'tylko wierz i czekaj', a ja jestem sceptyczny wobec takich argumentów.
no to jest uczciwe pytanie. Może faktycznie mam zbyt wąską definicję 'efektu'. Ale jak ją poszerzyć to wszystko można wytłumaczyć medytacją i to już mnie niepokoi.
Ja miałam podobny problem - szukałam czegoś namacalnego. W końcu zaczełam zapisywać jak sie czuje przed i po każdej sesji, nawet jednym zdaniem. I po kilku tygodniach jak przeczytałam to od początku to zobaczyłam różnicę której wczesniej nie widziałam. To nie był żaden wielki efekt, po prostu zwykłe notatki.
A wracając do tego co Rgielka pytała o pracę zmianową - ja mam trochę podobny problem, nie zmianową, ale bardzo nieregularny tryb życia. I ten pomysł Idzika z 'punktem zamiast godziny' brzmi dla mnie sensownie. Tylko jak znaleźć taki punkt który naprawdę jest stały?
Ale ja mam inne pytanie - czy jak sie medytuje za krótko to może to w ogóle nie wchodzić w jakąś głębszą fazę? Bo czytałam że pierwsze kilka minut to jeszcze nie jest 'prawdziwa' medytacja. Czy moje 10 minut to jest w ogóle wystarczające żeby dotrzeć do czegoś sensownego?
Nie brzmi głupio, ja tez tak to czuję. Siedzę, oddycham, i myślę - no i co z tego. Czy to wszystko?
A może właśnie to jest pytanie na które każdy musi sam sobie odpowiedzieć? Bo ja na początku też miałem wrażenie że to 'za mało'. Ale potem zauważyłem że samo wracanie uwagi do oddechu, raz za razem, to już jest ta praca. I może właśnie ilość nie ma tu takiego znaczenia jak myślałam.
To co napisał Karrot o wracaniu uwagi do oddechu... ja chyba dopiero teraz rozumiem o co chodzi. Że to nie jest jedno wejście w jakiś stan i siedzenie tam, tylko ciągłe wracanie. I może właśnie liczba tych powrotów jest ważniejsza niż to ile minut siedzisz?
To jest ciekawe ujęcie z tymi powrotami, ale mam pytanie do Idzika albo kogokolwiek kto to rozumie - czy to znaczy że ktoś kto medytuje 5 minut i odpłynie 10 razy robi 'lepszą' robotę niż ktoś kto siedzi 20 minut w jakimś półśnie? Bo to by wywracało do góry nogami całą logikę 'dłużej równa się lepiej'.
