Dziennik to trochę jak z liczeniem minut - dla niektórych pomaga, dla innych staje się celem samym w sobie. Pytanie do Buławki - po co ci ten dziennik konkretnie? Żeby motywować się do regularności, czy żeby śledzić jakieś zmiany?
Właśnie! To jest mój problem dokładnie. Zaczynam, robię kilka dni, coś się dzieje w życiu, pomijam dzień i myślę 'no to już nieważne'. I wracam do zera. Ile razy tak zaczęłam i rzucałam że sama nie wiem.
A ja sie zastanawiam czy to wogole ma sens nadrabiać. Jak opuściłas jeden dzien to po co robic dwa razy następnego dnia? Nie łatwiej po prostu wznowić spokojnie?
Wracając do kwestii czasu bo trochę odpłynęliśmy - mam wrażenie że cała ta rozmowa pokazuje że nie ma jednej odpowiedzi na pytanie ile czasu dziennie. Ale może możemy zebrać jakiś wniosek z tego wszystkiego? Mnie by interesowało jakie minimum ma sens - nie optymalne, tylko minimalne żeby w ogóle cokolwiek zaistniało.
Ale jak na początku mam osiągnąć te 7 minut spokoju skoro właśnie uczę się jak to robić? To brzmi jak powiedzenie 'bądź dobra od razu'. Przecież właśnie dlatego tu pytamy bo jeszcze tego nie umiemy.
A ja wróciłbym do tego co Karrot powiedział o porównaniu dni z medytacją i bez. Bo to jest chyba najuczciwszy test. Nie musisz nic mierzyć w trakcie - po prostu obserwujesz jak funkcjonujesz. Pytanie do Karrota - jak długo zanim zacząłeś widzieć tę różnicę?
Gerwazy, szczerze to nie pamiętam dokładnie. Myślę że gdzieś po 2-3 tygodniach regularnej praktyki. Ale to nie był taki moment 'aha, teraz jestem spokojniejszy' - raczej ktoś mi powiedział że jestem spokojniejszy i sam zacząłem się przyglądać. Czyli może też potrzebujesz kogoś z zewnątrz żeby to zauważył?
To co mówi Karrot jest super ważne! Bo my sami jesteśmy najgorszymi obserwatorami własnych zmian. Jak patrzysz w lustro codziennie to nie widzisz że trochę schudłaś albo zmieniłaś się na twarzy. A ktoś kto cię nie widział miesiąc - widzi od razu. Z medytacją pewnie tak samo?
Ale jeśli ktoś z zewnątrz tego nie widzi - to znaczy że to nie działa? Czy raczej że jeszcze za krótko? Bo to by trochę zniechęcało - siedzisz, siedzisz i czekasz aż ktoś wreszcie powie że coś się zmieniło.
Czyli mówicie ze efekty przychodzą najpierw od środka? A ja myślałam ze to tak od razu bedzie wdac. Ile czasu u was zajęło zanim to przeszło na to zewnętrze?
A ile mniej więcej dziennie robiłaś te dwa miesiące, Marlenka? Bo to jest ta kwestia czasu której tu szukamy. Czy to były te 5 minut czy więcej?
I tu jest ciekawa rzecz - czy lepiej robić 10 minut codziennie przez 60 dni, czy 20 minut co drugi dzień przez te same 60 dni? Matematycznie to prawie to samo - 600 vs 600 minut. Ale z doświadczenia powiem że codzienna praktyka, nawet krótsza, buduje nawyk inaczej niż dłuższe ale rzadsze sesje. Ktoś tu próbował obu podejść?
Ja próbowałam. I zgadzam się z Idzikiem, choć z zastrzeżeniem - te codzienne krótkie sesje działały na mnie lepiej tylko dopóki nie wchodzili mi w pewien głębszy stan. Jak zaczęłam go osiągać, to za 10 minut ledwo się rozkręcałam i sesja się kończyła. Więc może czas powinien rosnąć z praktyką?
Właśnie, ja chyba nigdy tego nie poczułam i stąd moje zniechęcenie. Siedzę i czekam na coś i nic się nie dzieje. Może robię coś źle? Jak w ogóle zacząć zmierzać w stronę tego co Kasandra opisuje?
Dobre pytanie Edytka. Bo ja na początku też czekałem na jakiś efekt i to był chyba mój błąd. Zmiana nastawienia z 'kiedy to wreszcie poczuję' na 'po prostu siedzę' była punktem zwrotnym. Ale do czego w ogóle zmierzamy jako podsumowanie - czy ktoś może powiedzieć coś konkretnego o tym minimum czasowym? Bo wątek pięknie się rozwinął ale pytanie nadal wisi w powietrzu.
Dobra, to spróbuję odpowiedzieć Edytce - skupiam się na oddechu, liczę wdechy i wydechy do dziesięciu i zaczynam od nowa. Siedzę tak 7 minut. I właśnie to 'nic się nie dzieje' to jest mój problem, bo nie wiem czy to jest właściwe czy złe. Jak mam odróżnić właściwe 'nic' od złego 'nic'?
Ale Honoratka, to jest właśnie to. Spokojniej po siedzeniu cicho - to jest efekt medytacji. Nie ma jakiegoś innego magicznego mechanizmu. Przynajmniej na początku. Chyba że ktoś ma inne zdanie?
Zgadzam się z Karrotem, ale z jednym uzupełnieniem. Ta różnica między 'siedziałam cicho' a 'medytowałam' zaczyna się od intencji i od tego co robisz z myślami kiedy przychodzą. Bo jeśli je odpychasz - to jest walka, nie medytacja. A jeśli po prostu je zauważasz i wracasz do oddechu - to już jest praktyka.
Mam pytanie trochę z boku - czy liczba wróceń do oddechu ma znaczenie dla efektów? Bo ja mam wrażenie że podczas jednej sesji potrafię wracać dziesiątki razy i zastanawiam się czy to nie jest za dużo, jakby sesja jest za mało skupiona.
Ja spróbuję! Z tego co tu wszyscy mówicie wynika że regularność bije długość, że efekty wewnętrzne przychodzą wcześniej niż zewnętrzne, i że nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich. Czy dobrze rozumiem?
A moze prowadzic jakis dziennik z medytacji? Zapisywac jak sie czujesz przed i po? Bo wtedy masz te dane u siebie a nie czekasz az ktos powie.
To jest ciekawe podejście ale brzmi jak dużo pracy. Mam medytować i jeszcze prowadzić dziennik? Serio pytam - czy to nie jest przerost formy nad treścią na początku?
Sam nie prowadziłem dziennika i jakoś dotarłem do wniosków. Ale przyznam że takie zapiski mogłyby mi powiedzieć kiedy dokładnie zaczęły być efekty, bo teraz mówię 'gdzieś po 2-3 tygodniach' i sam nie wiem czy to prawda czy tak sobie myślę.
Dziennik to jedna opcja, ale inna to po prostu zadać sobie raz w tygodniu jedno pytanie - czy ten tydzień wyglądał inaczej od strony reakcji na stres. Nie trzeba pisać, wystarczy usiąść i pomyśleć przez minutę. Mniej formalnie.
Okej ale wróćmy do tej kwestii czasu bo mnie to dalej najbardziej interesuje. Mam te 7 minut. Idzik wcześniej mówił że intencja jest ważna. Czy 7 minut z pełną intencją jest lepsze niż 20 minut bez niej?
No dobra, to spróbuję te 10 minut od jutra. Ale dalej mam w głowie to pytanie - ile czasu musi minąć żebym mogła powiedzieć że to działa? Bo 10 minut przez tydzień to 70 minut łącznie i jakoś nie wyobrażam sobie że to wystarczy.
Czekajcie, ale to jest dość duże twierdzenie. Że jak ktoś raz nie wybuchł to już to medytacja? Może po prostu był w dobrym humorze.
