Trzydzieści wpisów to dla mnie brzmi jak dużo, szczerze. Dziękuję że to powiedziałaś, bo przez chwilę myślałem że moje trzy-cztery wpisy miesięcznie to za mało żeby w ogóle zacząć widzieć cokolwiek. A jak to liczyć, trzydzieści razy siedzenie na macie, czy trzydzieści dni?
No ale to trochę bez sensu bo jakby każdy wpis był super dokładny to by zajmowało godzinę samego pisania po medytacji. Chyba że ktoś ma tyle czasu. Ja piszę max kilka zdań i nie wyobrażam sobie żeby te kilka zdań pokazało mi jakiś wzorzec ciała.
Ten sposób z jednym szczegółem to brzmi jakby wykonalne naprawdę. Ale mam pytanie, czy to nie blokuje tego co duchowe? Bo jak skupiam się na palcach albo szczęce, to może przegapię jakiś obraz albo sygnał który przyszedł podczas medytacji? Nie wiem jak to pogodzić w jednym wpisie.
Słuchajcie, to jest dla mnie małe objawienie. Że ciało ucieka szybciej z pamięci niż obraz. Przez lata działałam odwrotnie, najpierw zapisywałam co "zobaczyłam", a potem zapominałam czy byłam napięta czy nie. Dziękuję Sławek, serio to zmienia mi perspektywę. Ale jak to ma się do dziennika jako ścieżki, o której mówiła Ilonka na początku?
Dobra ale to jest trochę demotywujące jak słucham. Czyli moja ścieżka to ma być "mrowienie palców i napięcie karku"? Serio? Bo wtedy po co w ogóle porównywać się z kimkolwiek, skoro każdy ma tylko swoje fizyczne sensacje bez żadnego znaczenia.
A czy to nie jest tak, że właśnie te sny i obrazy które pojawiają się podczas medytacji są bardziej "czytelne" niż te fizyczne wzorce, bo są bardziej symboliczne? Bo jeśli w medytacji widzę wodę, to jest jakiś symbol który można rozszyfrować, a napięcie karku to po prostu napięcie.
Przepraszam że wracam do własnego pytania sprzed chwili, ale nadal nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli dziennik ma dokumentować moją własną ścieżkę, to dlaczego tak dużo czasu spędzamy na tym żeby rozumieć co znaczą wpisy? Czy nie powinnam po prostu pisać i nie interpretować na bieżąco, skoro i tak sens wychodzi dopiero po czasie?
No właśnie, to jest moje pytanie, czy dziennik to jest dla siebie czy żeby interpretować? Bo jak piszę dla siebie, to piszę co czuję. A jak piszę żeby potem analizować wzorce, to zaczynam się zastanawiać czy piszę "właściwie" i wtedy w ogóle nie wiem co pisać.
Ale czy to nie jest tak, że kiedy piszemy dziennik, to i tak podświadomie piszemy dla kogoś? Jakby dla siebie z przyszłości albo dla wyobrażonego czytelnika? I czy to nie zmienia tego co zapisujemy?
No ale to jest bez sensu, po co pisac coś czego nie możesz potem odczytać. Dziennik ma służyć analizie, a jeśli jest nieczytelny to jest bezużyteczny. Nie rozumiem tego podejścia zupełnie.
Czyli jak mój dziennik ma same krótkie wpisy to to też jest informacja? Serio? Bo ja właśnie mam tak że jak medytacja idzie słabo to piszę jedno zdanie, a jak idzie dobrze to też piszę jedno zdanie bo jestem zadowolona i nie chce mi się więcej pisać.
No chyba różna, po złej piszę że byłam rozbita albo coś mi przeszkadzało, a po dobrej że "czułam się lekko" albo coś w tym stylu. Ale nie wiem czy to jest jakaś ścieżka, to brzmi jak notatka z siłowni.
A jak to jest z tą synchronizacją z księżycem, bo mnie to bardzo interesuje. Czy jak prowadzisz dziennik i widzisz że w pełnię zawsze jest inna jakość medytacji, to potem zaczynasz planować sesje pod księżyc? Czy to ci w ogóle pomaga czy bardziej ogranicza?
To jest ważne rozróżnienie. Obserwować wzorzec to nie to samo co planować pod wzorzec. Dziennik służy obserwacji, nie układaniu harmonogramu. Jak zaczniesz medytować tylko w pełnię bo "tak wychodzi z dziennika", to przestajesz obserwować ścieżkę, a zaczynasz ją wymuszać.
Dobra, to wracam do swojego pytania bo nadal nie dostałam odpowiedzi. Jak mam pisać dziennik żeby on był mój, a nie żeby pisać tak jak mi się wydaje że powinnam? Bo po tym wątku mam wrażenie że są zasady, i jak ich nie znam to robię źle.
No ale jak miałaś przerwę trzy miesiące to ta ciągłość wzorca nie była zaburzona? Bo ja jak nie piszę tydzień to mam wrażenie że zaczyna wszystko od nowa i nie ma po co wracać.
To jest dla mnie niesamowite podejście, że przerwa też jest częścią dziennika. Przez cały czas myślałam że jak nie piszę to tracę coś ważnego i potem nie ma po co wracać bo "materiał" jest niekompletny. A ty mówisz że ta niekompletność sama w sobie jest informacją?
No ale co to znaczy "mieszasz tryby bez świadomości". Każdy pisze jak mu pasuje i tyle. Robienie z tego jakiegoś głębokiego problemu to nadinterpretacja. Dziennik to zeszyt, nie terapia.
Ale właśnie "siedzenie i nic" to jest stan który wiele tradycji medytacyjnych uważa za jeden z głębszych. Problem jest taki że nie mamy języka żeby to opisać, więc wydaje nam się że nic się nie dzieje. A opisy "bram" i "wyższych energii" to jest po prostu czyjś osobisty język, nie miara głębokości.
To jest sedno całego problemu z porównywaniem dzienników. Czytasz czyjś zapis i oceniasz go wedle swojego słownika, a on był pisany w zupełnie innym języku wewnętrznym. Porównujesz tłumaczenie z oryginałem i dziwisz się że nie pasuje.
No właśnie, to jest troche paradoks tego wątku. Prowadzimy dziennik żeby lepiej poznać własną ścieżkę, ale potem wchodzimy na forum i natychmiast zaczynamy ją mierzyć cudzą miarką. I dziennik znowu staje się czymś do pokazania, przynajmniej w głowie.
Ale czy to nie jest tak, że jak sie za bardzo stara nie myśleć o cudzych opisach to też jest jakiś rodzaj porównywania? Niby ich unikam, ale i tak wiem że istnieją i że sa inne niż moje. Chyba nie da sie tego wyłaczyć.
Ja przez jakiś czas robiłam tak, że pisałam dziennik zanim w ogóle wchodziłam gdziekolwiek w sieci danego dnia. Nie dlatego że forum jest złe, tylko dlatego że chciałam mieć chociaż jeden zapis z ranka który jest zupełnie nietkniętym materiałem. Po kilku miesiącach zaczęłam widzieć różnicę między tym co pisałam rano a tym co pisałam wieczorem po przeczytaniu różnych rzeczy.
I ta różnica była duża? Bo to brzmi jakby rano pisała jedna osoba a wieczorem inna, i nie wiem czy to nie jest raczej problem niż rozwiązanie.
