Prowadzę dziennik medytacyjny od jakichś trzech lat i ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens w takiej formie, w jakiej to robię. Zapisuję stany, obrazy, myśli, które pojawiają się podczas praktyki, ale gdzieś po drodze zaczęłam porównywać swoje notatki z tym, co opisują inni na różnych grupach. I tu jest problem, bo zamiast dokumentować to, co naprawdę przeżywam, zaczynam oceniać swoje doświadczenia przez cudze wzorce. Ktoś pisze, że podczas medytacji widzi kolory, ktoś inny czuje wibracje, a ja zaczynam się zastanawiać dlaczego u mnie jest inaczej albo czy robię coś źle. Czy ktoś miał podobnie? Jak wy sobie z tym radzicie?
To jest jeden z częstszych pułapek przy pracy z dziennikiem. Pytanie, które bym zadał: po co w ogóle zaczęłaś go prowadzić? Bo jeśli odpowiedź brzmi "żeby lepiej rozumieć siebie", to porównywanie z cudzymi zapiskami jest dokładnie odwrotnym kierunkiem.
To zjawisko ma nawet swoją nazwę w kontekście praktyki - zewnętrzna walidacja zastępuje wewnętrzne rozpoznanie. Widziałem to u wielu osób, które zaczynają intensywniej zapisywać doświadczenia. Dziennik zaczyna służyć udowodnieniu sobie, że się "robi to dobrze", zamiast być po prostu lustrem. A jak zaczynasz szukać lustra u innych, to dziennik traci swój rdzeń.
Nie do końca się zgadzam z tym rozróżnieniem. W tradycyjnych szkołach medytacji mistrz właśnie walidował doświadczenia ucznia i to był kluczowy element ścieżki. Bez tego uczeń mógł latami siedzieć w błędnym przekonaniu o własnych postępach. Więc to porównywanie, o którym mówi Ilonka, może być po prostu nieświadomym poszukiwaniem kogoś takiego.
Ja mam takie pytanie bo może głupie ale jednak - czy sam format dziennika może tu być problemem? Bo jak piszesz regularnie, to po jakimś czasie zaczynasz oczekiwać, że coś się wydarzy, bo przecież siedzisz i medytujesz i chcesz mieć co zapisać. I może ta presja na "ciekawe doświadczenie" sprawia, że szukasz zewnętrzych wzorców czego w ogóle oczekiwać?
A ja bym zapytała inaczej - co konkretnie piszesz w tym dzienniku? Czy to są opisy stanów ciała, obrazy, myśli, emocje? Bo mam wrażenie, że różne rodzaje notatek generują różne rodzaje porównań i niektóre z nich są bardziej "zaraźliwe" niż inne.
Przepraszam że wchodzę, ale chciałam się zapytać czy ten dziennik to trzeba pisać zaraz po medytacji? Bo słyszałam że jeśli się odczeka to można stracić te wrażenia i nic wartościowego nie zostanie. Czy to prawda?
Bardzo dziękuję za ten wątek, naprawdę! Ja od dawna się zastanawiam jak w ogóle zacząć taki dziennik bo boję się właśnie tego co opisuje Ilonka - że zacznę to robić "po bożemu" zamiast po swojemu. Czy możecie powiedzieć jak wy zaczynałyście, bo chciałabym się czegoś nauczyć od osób z doświadczeniem.
Bardzo wam dziękuję za tę rozmowę, naprawdę, czytam od początku i to jest dokładnie to, o czym od dawna myślałem ale nie umiałem tego nazwać. Mam jedno pytanie - wspomnieliście o tej zewnętrznej walidacji, ale jak w praktyce to rozpoznać u siebie? Czy jest jakiś sygnał który mówi "hej, właśnie to robisz"?
@Rysiek Jeden sygnał jest dość prosty. Jak kończysz medytację i pierwszą myślą jest 'ciekawe, czy inni też tak mają' albo 'muszę to sprawdzić', to już jesteś poza doświadczeniem. Drugie pytanie pomocnicze do samego siebie: czy to co teraz czuję, odczuwałbym tak samo, gdyby nikt inny nigdy tego nie opisał?
Ale to trochę naiwne podejście moim zdaniem. Człowiek jest istotą społeczną i każde doświadczenie, nawet najbardziej wewnętrzne, zawsze osadzone jest w jakimś kontekscie kulturowym i zbiorowym. Mówienie żeby "odciąć się" od innych jest po prostu niemożliwe i może prowadzić do zamknięcia się w bańce własnych złudzeń. Doświadczenia medytacyjne mają swoje archetypy i właśnie dlatego różni ludzie w różnych tradycjach opisują podobne stany.
Różne, zdecydowanie. Czasem jest coś w rodzaju czystej ciekawości - "o, inni to też opisują?" - bez napięcia. A czasem to jest ta gorsza wersja, gdzie najpierw czytam co inni piszą, a potem siadam do swojego dziennika i już mam z tyłu głowy jakiś wzorzec. Ta druga wersja zostawia mnie z poczuciem, że napisałam nie swoje słowa.
To co opisujesz - te "nie swoje słowa" - to jest bardzo precyzyjne rozróżnienie. Wiesz w momencie pisania, że to nie jest twoje, czy to przychodzi dopiero później, jak czytasz z powrotem?
Ojej, to bardzo dziwne uczucie chyba. Ja jeszcze nie prowadzę dzinnika ale to co piszesz trochę mnie odstrasza szczrze mówiąc. Czy to jest normalne że po kilku dniach nie poznajesz własnych słów?
Ale czy to nie jest tak, że każde nasze pisanie jest przez jakiś filtr? Nawet jak nam się wydaje, że piszemy "z siebie", to przecież używamy słów i pojęć, które gdzieś przejęliśmy. Może to rozróżnienie na "moje" i "nie moje" jest trochę złudzeniem?
Hej, to uczucie z granicami ciała to jest bardzo ciekawe i wcale nie jest "za mało ciekawe"! Ja miałam coś podobngeo i przez długi czas też myślałam że to nieistotne. Ilonka - czy ty też miałaś na początku takie stany które odrzucałaś jako "nudne"?
A skąd w ogóle wiadomo które doświadczenie jest ważne a które nie? Czy to się ocenia po intensywności? Bo mnie się wydawało że im mocniejsze odczucie, tym coś się bardziej "udało".
Ale czekanie dwie trzy godziny żeby ocenić czy medytacja cokolwiek dała to brzmi jak bardzo długi proces. Czy nie dałoby się jakoś szybciej zobaczyć czy się idzie w dobrą stronę? Bo jak się prowadzi dziennik przez kilka miesięcy i nic nie widać, to człowiek po prostu traci motywację.
Ale czekanie dwie trzy godziny żeby ocenić czy medytacja cokolwiek dała to brzmi jak bardzo długi proces. Czy nie dałoby się jakoś szybciej zobaczyć czy się idzie w dobrą stronę? Bo jak się prowadzi dziennik przez kilka miesięcy i nic nie widać, to człowiek po prostu przestaje.
To jest dokładnie ta pułapka o której mówiłam wcześniej. Cudze przełomy są widoczne, bo ktoś je zapisał i opublikował. Twoja cisza jest niewidoczna, bo jej nie piszesz. Ale to nie znaczy, że jej nie ma albo że jest mniej wartościowa.
No ale jednak chyba jest jakaś różnica między ciszą z głębi a ciszą dlatego, że nic się nie dzieje? Jak rozróżnić jedno od drugiego w dzienniku, skoro obydwie wyglądają tak samo na papierze?
O, to trafiło we mnie. Ja chyba zawsze medytowałam z takim wewnętrznym czekaniem. Teraz zastanawiam się czy to w ogóle była medytacja, czy po prostu siedziałam cicho z nadzieją. Slawek83 czy to w ogóle coś daje, ta napięta cisza, czy to strata czasu?
A jak to rozróżnić w zapisie dziennika? Bo jak piszę "siedziałam w ciszy przez 20 minut" to nie wiem jak dodać do tego że to była "napięta cisza" bez żeby to brzmiało głupio. Mam pisać jakieś skale?
To jest ciekawe bo ja nigdy o tym nie myslałam żeby pisać o ciele w dzienniku medytacyjnym. Zawsze skupiałam się na obrazach i odczuciach "duchowych". A tu wychodzi że najprostsze fizyczne sygnały mogą powiedzieć więcej. Ilonka, czy ty też tak piszesz, z uwzględnieniem ciała?
Teraz tak, ale przez długi czas nie. Właśnie przez to że szukałam "ważnych" rzeczy, czyli obrazów, symboli, doznań które da się zinterpretować. A potem zorientowałam się że piszę tak, jakbym opisywała film, a nie swoje ciało siedzące na macie.
A czy to nie jest trochę tak, że jednak te obrazy i symbole są ważniejsze od fizycznych doznań, bo przenoszą jakiś komunikat? Bo jeśli podczas medytacji pojawia mi się konkretny obraz, to czy to nie znaczy że coś mi "przychodzi", a napięcie szczęki to tylko biologia?
Przepraszam że wchodzę z głupim pytaniem ale jak to możliwe że napięcie szczęki coś znaczy duchowo? To brzmi jak coś co powinno powiedzieć się dentyście a nie wpisać do dziennika medytacyjnego. Czy tu nie mieszamy dwóch różnych rzeczy?
