Ale zaraz, to znaczy że mam się starać żeby się zmęczyć? Bo to brzmi jak celowe wyczerpanie siebie po to żeby coś poczuć. Czy to jest w ogóle zdrowe podejście?
To wychodzi na to, że cały ten temat kontaktu z Bogiem czy świadomością jest z definicji nieplanowalny. A skoro tak, to po co w ogóle ćwiczyć afirmacje, medytować, cokolwiek robić? Losowo wychodzi to samo?
To jest moim zdaniem clou tej rozmowy. Afirmacje przestają działać właśnie wtedy, kiedy trafiają na coś, czego nie widzisz. Słowa się ześlizgują bo pod spodem jest jakaś warstwa, której jeszcze nie dotknęłaś. I tu wraca pytanie z początku wątku, tylko głębiej.
To jest trochę przerażające co mówisz. Znaczy że jak mi afirmacje brzmią pusto, to może jest tam coś, o czym nie wiem? Nie wolałabym żeby to był po prostu nawyk.
Moja babcia nigdy by nie powiedziała 'coś mnie blokuje'. Ona by powiedziała że serce jest zamknięte albo że modlitwa jest głową a nie sercem. To samo chyba, tylko inne słowa.
To co Wandzia opisuje jest bardzo bliskie temu co czułam. Nie myśl, tylko coś cieplejszego. Jakiś rodzaj miękkości w środku zanim zaczniesz cokolwiek powtarzać. U mnie to nie było myślenie o kimś, ale podobny mechanizm chyba.
Czyli w tej metodzie chodzi o to, żeby najpierw coś poczuć, a dopiero potem mówić? Nie na odwrót, że mówię żeby poczuć?
No właśnie, to jest mój problem z całą tą medytacją. Jak mi się dobrze wiedzie, to łatwo siedzieć i być spokojnym. Ale jak jest kiepsko, to siedzę i słucham własnego napięcia. Żadnego kontaktu z niczym.
Właśnie to chciałam powiedzieć od dawna w tym wątku. Kiedy napięcie przestało mi przeszkadzać, zaczęłam je traktować jako część tej ciszy a nie jej przeciwieństwo. I wtedy coś się przesunęło. Nie wiem jak to inaczej nazwać.
To znaczy, że napięcie może być... wejściem? A nie czymś, co trzeba przeczekać? Bo ja zawsze siedziałem i czekałem, aż mi przejdzie, żeby móc wreszcie coś poczuć.
Ale czy to nie jest trochę zbyt zen? Zaakceptuj co jest i jakoś samo dojdziesz do kontaktu z uniwersalną świadomością? Mam wrażenie, że to brzmi prosto, a w praktyce jest zupełnie niewykonalne dla kogoś, kto ma w głowie pełny chaos.
Wcale nie twierdzę, że to jest proste. Mnie zajęło naprawdę dużo czasu zanim przestałam walczyć z tym, co czuję w środku podczas medytacji. I to nie był jeden moment, tylko stopniowe coś. Ale właśnie przez to nie umiałam wcześniej sformułować jak to działało.
Dobra, ale jak praktycznie wygląda to 'bycie z chaosem'? Bo ja siadam, zamykam oczy, i po chwili albo zasypiam, albo zaczynam planować co ugotować na obiad. To jest bycie z chaosem czy po prostu brak kontroli?
Moja babcia mówiła, że modlitwa bez uwagi to jak list bez adresu. Szło, ale nie dochodziło. Może z afirmacjami jest tak samo, jeśli się je mówi na autopilocie?
To co Romcia opisuje to jest dokładnie to, o czym mówiła Michasia. Stan był najpierw, słowa były wyrazem tego stanu, nie przyczyną. Silny strach i silna decyzja wewnątrz, i dopiero wtedy słowa miały moc. Nie odwrotnie.
Czyli właściwie to silne emocje mogą być oknem wejścia? Nie spokój, nie cisza, ale właśnie to intensywne przeżycie? To trochę odwraca to, co myślałam o medytacji.
