Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze miał taki moment, że dosłownie nie można było usiąść spokojnie przy medytacji, bo głowa cały czas skakała po powiadomieniach, mailach, tym co ktoś napisał na grupie. Nie chodzi mi o zwykłe rozproszenie, ale o coś głębszego — jakby cyfrowy świat dosłownie przejął moją świadomość i zrobiła się ona taka... poszatkowana. Zaczęłam to łączyć z czymś innym: próbuję od jakiegoś czasu afirmować nową siebie, inny zawód, inne życie, ale stara tożsamość wciąż siedzi jak przyklejona. Zastanawiam się, czy medytacja może w ogóle pomóc, kiedy te dwie wersje siebie są w środku w ciągłym konflikcie, a na wierzch i tak wychodzi ta sama sieć rozproszonych myśli.
To co opisujesz z tą poszatkowaną świadomością — bardzo dobrze to rozumiem, ale chcę się upewnić, że dobrze Cię czytam. Czy chodzi Ci o to, że afirmacje w ogóle nie wchodzą, bo zanim zdążysz je poczuć, umysł już jest gdzie indziej? Bo to jest nieco inna kwestia niż samo rozproszenie przez ekrany. Mnie interesuje ten wątek z dwiema wersjami siebie, bo z mojego doświadczenia to nie jest problem medytacji jako takiej — to jest problem kotwicy. Bez niej żadna afirmacja nie zadziała, bo umysł nie ma punktu, do którego może wracać.
To z tą kotwicą to ważna obserwacja, ale od razu zapytam: co rozumiesz przez kotwicę w kontekście medytacji? Bo słyszałem to słowo używane na wiele sposobów i chcę wiedzieć, czy mówimy o tym samym. Ja pracuję z oddechem jako kotwicą i to działa zupełnie inaczej niż np. praca z mantrą czy intencją. Jeśli chodzi o zmianę tożsamości — mam wrażenie, że ludzie zbyt często próbują afirmować nową wersję siebie, nie rozliczając się najpierw ze starą. To jakby malować ścianę bez gruntowania.
Słucham tej rozmowy z boku i mam jedno konkretne pytanie, bo jestem sceptyczna w stosunku do afirmacji w ogóle: skąd wiadomo, że to co się afirmuje, to naprawdę nowa wersja siebie, a nie kolejna warstwa ucieczki od czegoś trudnego? Pytam, bo sama obserwuję u siebie, że kiedy jest mi ciężko, chętnie sięgam po wizualizacje i pozytywne przekonania, a to wcale nie rozwiązuje problemu, tylko go na chwilę przykrywa.
Tu bym dodał, że w astrologii ta kwestia tożsamości ma swoje odbicie w układzie Słońce—Saturn w natalu. Jeśli Saturn mocno trzyma Słońce, zmiana poczucia siebie jest po prostu trudniejsza i żadna ilość medytacji tego nie przestawi bez świadomości tego napięcia. Ale rozumiem, że nie każdy patrzy na to przez ten pryzmat.
A wracając do samego początku tego wątku — to co opisuje autorka tematu z rozproszeniem cyfrowym, mam poczucie, że to nie jest tylko kwestia higieny od telefonu. To jakby epoka cyfrowa wytworzyła nowy rodzaj szumu w polu energetycznym, który utrudnia skupienie na jakimkolwiek głębszym procesie, nie tylko medytacji. Czy ktoś miał wrażenie, że samo wchodzenie w ciszę fizyczną nie wystarczy, bo ten szum jest jakby wewnętrzny?
Mnie się zdarza, że podczas meytacji zamiast wyciszenia mam jakby przyspiesznie i dopiero po kilkunastu minutach zaczyna schodzić. Czy to normalne że tak długo schodzi ten szum? Pytam bo nie wiem czy robię coś źle
A ja się zapytam praktycznie: ile trzeba medytować dziennie, żeby w ogóle cokolwiek poczuć? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią pięć minut, inni godzinę, i w ogóle nie wiem od czego zacząć jeśli chodzi o tę zmianę nastawienia do siebie.
Ten wątek z pytaniem zamiast afirmacji jest ciekawy, bo w pracy z kartami robię dokładnie to samo. Zamiast mówić: jestem spokojna i skupiona, pytam: co mi teraz blokuje spokój. I karta pokazuje to co jest, nie to co chcemy zobaczyć. Zastanawiam się, czy w medytacji nie chodzi o podobny mechanizm — zamiast nadpisywać starą wersję, zobaczyć ją najpierw wyraźnie.
Właśnie to mnie najbardziej zastanawia w tej całej rozmowie — że większość z nas podchodzi do medytacji jak do zadania do odrobienia. Wyciszyć się. Zafirmować. Wyjść odmienioną. A co jeśli ta presja wyniku jest dokładnie tym, co blokuje? U mnie tak to działa: zaczynam medytację z myślą, że tym razem poczuję tę nową siebie, i ta myśl od razu mnie wyrzuca z obecności.
to jest bardzo ważna obserwacja i bardzo odważna. To napięcie w klatce to może być czwarta czakra, która trzyma tę starą tożsamość — nie ze strachu przed zmianą w ogóle, ale właśnie z lęku, że nowe będzie gorsze. Czy to napięcie jest stałe, czy pojawia się w konkretnych momentach — na przykład kiedy myślisz o pracy, relacjach?
Słucham tego i mam pytanie może trochę z boku — czy to ściśnięcie nie może być po prostu... lękiem przed porażką? Nie wszystko musi być sygnałem czakry albo strażnikiem. Może ciało po prostu reaguje na stres związany z niepewnością. Skąd wiadomo, że to coś głębszego?
Zawieszona chyba lepiej pasuje. Zablokowana sugeruje, że coś mi przeszkadza z zewnątrz. A tu jest raczej tak, że wewnątrz coś jeszcze nie jest gotowe. I ta rozmowa mi to coraz bardziej uświadamia — że może nie powinnam przyspieszać, tylko pozwolić temu trwać.
Nie wiem czy mogę to zaakceptować. Serio. Mam praktyczne decyzje do podjęcia, nie mogę czekać aż "coś będzie gotowe". Czy ta praca z medytacją i tożsamością ma jakiś wymiar, który nie wymaga nieskończonego czekania?
Chaos myśli to nie jest przeszkoda w medytacji — to jest właśnie materiał do pracy. Tylko że w erze cyfrowej ten chaos jest inaczej skonstruowany niż kiedyś. Dawniej gonitwa myśli była twoja. Teraz połowa tego chaosu to cudze głosy, cudze obrazy, cudze wersje tego, kim powinieneś być. I to jest różnica, której nie można zignorować przy pracy z tożsamością.
Powiem wam coś, z czym się trochę nie zgadzam w tej rozmowie. Zakładamy, że "własny sygnał" to coś stałego, co tam jest i czeka. Ale w pracy z czakrami, szczególnie z Anahata i Vishuddhą, widać że to co uważamy za swój głos też jest w ciągłym ruchu. Pytanie "co jest moje" może nie mieć stałej odpowiedzi — może mieć tylko aktualną.
Dla mnie to komplikuje sprawę zamiast upraszczać. Mam decyzje do podjęcia tu i teraz, a tu się okazuje że tożsamość to ruchoma rzecz i nie mam gruntu. Jak mam afirmować nową wersję siebie, kiedy nie wiem nawet która wersja jest "moja"?
To jest właściwie bardzo stara metoda, tylko rzadko nazwana wprost. Kiedy ciało napina się przy jednej wersji przyszłości, a odpuszcza przy innej — to jest odpowiedź. Afirmacja powinna iść w kierunku rozluźnienia, nie w kierunku tego co wydaje się logiczne albo co mówi rozum.
Mówię ci, że dla mnie to też nie było oczywiste na początku. Ale zaczęłam od prostego testu: mówiłam jedno zdanie o sobie, które chciałam afirmować, i obserwowałam, czy oddech się zaciska czy otwiera. Nie myślałam, tylko słuchałam ciała. Jeśli klatka się spinała, to znaczyło, że coś w tym zdaniu jest na siłę, nie moje.
Okej, ale to trwa. A co z osobami, które mają decyzję do podjęcia teraz, nie za rok medytacji? Pytam serio, bo ja jestem dokładnie w takim miejscu.
Z runami można zrobić podobnie. Hagalaz między Berkano a Tiwaz — to by była klasyczna trójka dla kogoś w procesie zmiany. Ale właśnie o tym mówię, że to lustro, nie instrukcja. Sama runa nie mówi ci "zmień zawód", ona mówi "patrz, co tu jest".
Dobra, ale to jest sprzeczne z tym czego szukam. Ja chcę wiedzieć co afirmować, żeby stać się nową wersją siebie, a tu mi mówicie żeby siedzieć i oddychać. Jak to ma mi pomóc wybrać nową ścieżkę zawodową?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się — czy nie ryzykujemy, że każdemu systemowi, runom, kartom, snom, każdemu przypisujemy za duże znaczenie, i to jest właśnie ta sama pułapka epoki cyfrowej, tylko ezoterycznie ubrana? Zamiast scrollować, interpretujemy?
Ale jak to jest z tą zmianą tożsamości zawodowej, to mnie nadal gryzie. Bo rozumiem medytację jako sposób wyciszenia, ale kiedy siedzę cicho, to nie przychodzi mi żadna odpowiedź. Przychodzi pustka. I nie wiem czy to dobra pustka czy zła pustka.
Ale jak można nie wiedzieć czy pustka jest dobra czy zła? Chyba się albo czujsz spokojna albo nie? Ja jak medytuję to albo zasyiam albo mi do głowy wchodzi lista zakupów, żadna pustka 🙂
A wiadomo kiedy ten sen się zaczął powtarzać? Bo jeśli zbiegło się to z jakimś ważnym tranzytem, Neptun do Merkurego na przykład, to ten motyw "cudzych słów" ma bardzo konkretne astrologiczne zakorzenienie. Neptun rozmywa tożsamość narracyjną.
Ja próbowałam i to jest zupełnie inne doświadczenie. Zamiast powtarzać zdanie, wyobrażałam sobie siebie w tej nowej roli i siedziałam z tym obrazem, obserwując co się dzieje w ciele. Bez oceniania. I po kilku takich sesjach afirmacje zaczęły brzmieć bardziej jak moje, jakby ciało musiało najpierw poznać ten obraz, zanim słowa do niego dorosły.
