Chcę zapytać o coś praktycznego bo trochę gubię się w tej dyskusji. Czy jak wracacie po przerwie to robicie coś konkretnego żeby się jakby na nowo ustawić? Czy po prostu zaczyna się od zwykłego rytuału i tyle? Mam przerwę która wyszła z tego że byłam przeziębiona przez dobrych kilka tygodni i teraz stoję przed tym pytaniem dosłownie.
Jasiek postawił pytanie o świadkowanie i to mi się skleja z tym co mówiłam o znaczeniu. Może właśnie o to chodzi - że przerwa z choroby nie przerywa twojego uczestnictwa w sensie realnym, bo ciało reaguje na sezon bez względu na to czy robisz rytuał. Natomiast przerwa z lenistwa to coś innego, bo tam byłaś obecna ale wybrałaś nieobecność. I to może być właśnie to co wpływa na znaczenie, nie na wyniki.
Terenia właśnie to jest dla mnie najciekawszy wątek tej dyskusji. Że nieobecność z powodu choroby i nieobecność z powodu odpłynięcia mogą być formalnie takie same - brak rytuału przez miesiąc - ale są różne co do swojej natury. Pierwsza jest mimowolna, druga jest wyborem nawet jeśli nieuświadomionym. I to może zmieniać co powrót musi przepracować.
I właśnie nie wiem czy ta nieobecność była jednym czy drugim, albo obojgiem naraz, i to mnie trochę blokuje teraz kiedy próbuję wracać. Jakby nie umiała ocenić własnej przerwy.
Ja to widzę tak, że po długiej przerwie zaczęcie od czegoś bardzo małego jest inną jakością niż wskoczenie od razu w duży rytuał. Nie dlatego że to bezpieczniejsze ani nic takiego, ale że małe rzeczy nie wymagają gotowości, po prostu je robisz i tyle. U mnie był taki moment że zapaliłam świecę bez żadnego zamiaru i to był prawdziwy powrót, nie ceremonia.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może naiwne, ale co z kimś kto mieszka na przykład na antypodach albo w klimacie równikowym gdzie nie ma wyraźnych czterech pór roku? Czy magia sezonowa ma tam w ogóle jakiś sens? Pytam serio bo nie wiem jak to jest traktowane.
Ten wątek z antypodami jest ważny bo ujawnia coś co dotyczy też naszej dyskusji o przerwach. Jeśli rytm sezonowy jest tak lokalny i kulturowo specyficzny, to co właściwie robimy kiedy pracujemy z porami roku? Czy korzystamy z realnego zjawiska przyrodniczego, czy z systemu symboli który nałożyliśmy na przyrodę? I czy to w ogóle ma znaczenie dla efektu?
Wchodzę tu z konkretnym pytaniem bo trochę zgubiłam się w tej filozofii. Czy ktoś ma jakieś praktyczne obserwacje dotyczące tego kiedy po przerwie najlepiej wrócić w ciągu roku? Chodzi mi o to czy jest jakaś pora która jest "łatwiejsza" do wznowienia praktyki - nie ideologicznie, ale po prostu z doświadczenia.
