No właśnie, bo ja zaczęłam nagrywać notatki głosowe zamiast pisać i to jakoś bardziej mi wychodzi. Mówię do telefonu od razu po - co czułam, co się działo, jak wyglądało. Problem jest taki, że potem mam z dziesięć klipów i zero systemu, i nie wiem jak to potem przeglądać.
Otter albo Whisper sobie radzą z polskim, choć Whisper wymaga trochę kombinowania żeby go uruchomić lokalnie. Ale wracając do meritum - nagrania głosowe rozwiązują problem z pisaniem, ale nie rozwiązują problemu z systemem. Nadal trzeba mieć jakiś klucz do tego co masz, żeby w ogóle móc wrócić. Bez tego to tylko cyfrowa szuflada z bałaganem.
Mam wrażenie że ta dyskusja coraz bardziej kręci się wokół zarządzania plikami a nie wokół magii 🙂 Pytam szczerze - czy komuś to faktycznie pomogło w praktyce? Znaczy, czy było tak że wróciłeś do notatek i coś odkryłeś co zmieniło to jak pracujesz?
To co mówi Ubiorek06 to jest właśnie ten argument za notatkami który mnie przekonuje bardziej niż wszystkie inne. Nie chodzi o to żeby mieć ładny dziennik ani żeby coś 'utrwalić energetycznie' - chodzi o to żebyś po czasie miała punkt odniesienia. Pamięć jest zbyt selektywna żeby na niej polegać w czymkolwiek co chcesz analizować.
Dokładnie to rozróżnienie jest kluczowe. W pracy z runami uczono mnie żeby oddzielać fazę rzucania od fazy odczytu i analizy - i to samo przenosi się na notatki. Zapis robi się możliwie blisko zdarzenia, analiza jest osobnym aktem który wymaga dystansu. Jak je mieszasz, dostajesz coś co nie jest ani jednym ani drugim.
Dobra, a jak ktoś dopiero zaczyna i jeszcze nie wie co tak naprawdę obserwować? Bo jak mam zapisywać co się działo, to co konkretnie? Czułem spokój, nie czułem nic, coś się zmieniło - ale jak to opisać żeby to miało sens jak do tego wrócę?
Generalnie tak, ale z jednym zastrzeżeniem - jak piszesz za dużo to też możesz zacząć dopisywać interpretacje zanim coś się w ogóle wydarzyło. Widziałam u siebie taką tendencję że po kilku liniach opisu zaczynałam pisać 'to pewnie znaczy że' i potem ta interpretacja mi zostawała w głowie jako fakt. Więc dużo tak, ale trzymaj opis i wnioski osobno jak tylko możesz.
Przy czym to 'za dużo na początku' ma jeszcze jedną pułapkę - jak masz dziesięć stron notatek z jednego rytuału, to za miesiąc i tak nie wrócisz do tego bo cię to przytłacza. Sama przez to przeszłam. Teraz bardziej cenię zwięzłość, nawet kosztem szczegółów.
Albo to jest kwestia etapu. Na początku piszesz dużo żeby w ogóle nauczyć się co warto obserwować, a jak już wiesz - skracasz bo wiesz co jest sygnałem a co szumem. To by godziło oba podejścia.
To co Pentagramia mówi zgadza się z moim doświadczeniem. Moje pierwsze notatki były chaotyczne i długie, teraz mam wypracowany skrócony format który mi wystarczy - ale żebym wiedziała co jest w tym formacie ważne, musiałam przejść przez ten wcześniejszy etap. Nie dało się tego przeskoczyć.
A wracając do mojego problemu z nagraniami - to wychodzi na to że nagrania głosowe mogą być okej na samym początku właśnie po to żeby zbierać te surowe obserwacje, ale potem i tak trzeba to jakoś przetworzyć? Czyli nie uciekłam od pisania, tylko go odłożyłam 🙂
To robi różnicę i to całkiem dużą. Jak piszesz godzinę po, to już nieświadomie selekcjonujesz - zapamiętujesz to co cię uderzyło, a nie to co się po prostu działo. Głos z momentu zdarzenia ma inną teksturę, inne pauzy, czasem rzeczy których byś nie wpisała bo wydają ci się nieistotne. Zresztą to samo dotyczy snów - kto zapisuje sny wie, że pięć minut po przebudzeniu to jest już zupełnie inny materiał.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie może trochę z boku - wy wszyscy mówicie o zapisywaniu żeby potem analizować. Ale czy ktoś tu w ogóle wraca do tych zapisów regularnie? Bo mam wrażenie że większość ludzi prowadzi dziennik przez miesiąc, potem odpuszcza i nigdy do tego nie wraca, więc cały ten system jest bez sensu jeśli się go nie używa.
Mnie ciekawi coś innego w tym co Guslarz mówi - bo może problem z regularnym wracaniem do notatek jest taki, że notatki są po prostu źle zorganizowane i wracanie do nich jest po prostu niewygodne? Jak masz sto luźnych kartek albo plik Word z pięćdziesięcioma stronami to oczywiście nie będziesz tego przeglądać dla przyjemności.
To jest sedno sprawy. Format notatek decyduje o tym czy do nich wracasz. Jak mam swoje runy poindeksowane tematycznie, to wejście w konkretny obszar zajmuje mi chwilę. Jak mam chronologiczny chaos to nawet nie próbuję szukać - po prostu zaczynasz od nowa co jest trochę bez sensu, bo koło się kręci.
A jak wyglada to indeksowanie u was? Znaczy co konkretnie jest tym 'tagiem' - temat rytuału, data, efekt? Bo jak słyszę 'indeksowanie' to brzmi jak praca biurowa, nie jak magia 🙂
Ja próbowałam różnych systemów i szczerze - jedyny który mi naprawdę działał przez dłuższy czas to był najprostszy. Osobny zeszyt na każdy większy projekt i tyle. Żadnego indeksowania, żadnych tagów. Jak wiem że szukam czegoś z okresu kiedy pracowałam z konkretną intencją, to biorę ten zeszyt. Poza tym to zbędna komplikacja.
Myślę że wy tu wszyscy trochę za dużo kombinujecie z systemami i przy okazji gubi się właściwy sens prowadzenia takich notatek. Zapis ma być żywy, a nie bibliograficzny. Jak zaczynam myśleć 'do której kategorii to wrzucić' to już jestem za bardzo w głowie zamiast w doświadczeniu. Mam stare szamanistyczne podejście do tego - zapisujesz bo to jest akt, nie dlatego że chcesz mieć bazę danych.
Dobra ale to nas znowu sprowadza do pytania z początku tej rozmowy - notatnik czy pamięć. Bo jak tu słucham to wychodzi że obie strony mają rację w różnych sytuacjach i nie ma jednej odpowiedzi. I trochę mam wrażenie że kółko się zamknęło 🙂
Guslarz, kółko się zamknęło bo to nie jest pytanie z jedną odpowiedzią - to jest pytanie o to, czym w ogóle jest twoja praktyka. Dla jednych zapis to archiwum, dla innych to część samego rytuału. I tu właśnie jest różnica, której chyba nikt jeszcze nie powiedział wprost.
A to ciekawe rozróżnienie. Bo jak zapis jest częścią rytuału, to ma zupełnie inną funkcję niż jak jest tylko notatką po fakcie. Runecraft, co przez to rozumiesz konkretnie?
I tu dotykamy czegoś, o czym w ogóle nie rozmawiałyśmy przez ostatnią godzinę tej dyskusji - że 'zapisywanie zaklęć' to może być kilka zupełnie różnych czynności, które po prostu mają tę samą nazwę. Zapis jako akt magiczny, zapis jako dokumentacja, zapis jako nauka. Każde z tego inaczej się prowadzi i inaczej się do tego wraca.
Okej, ale jak to rozgraniczyć w praktyce? Znaczy - jak siedzisz i piszesz, to wiesz w którym trybie jesteś?
To co Dominisia opisuje, to jest właściwie kwestia fizjologii skupienia. I to jest argument za tym, że pamięć z tych dwóch momentów to jest dosłownie pamięć z dwóch różnych stanów układu nerwowego. Dlatego tak trudno potem odtworzyć co się naprawdę działo podczas rytuału - jesteś w innym stanie kiedy próbujesz sobie przypomnieć.
Właśnie sobie myślę że my cały czas rozmawiamy o zapisywaniu słów, ale nikt nie wspomniał o innych formach zapisu. Mam w notatkach rysunki, diagramy, raz nawet przyklejony liść. Jak pracuję z czymś fizycznym, słowa nie oddają tego w ogóle.
To jest całkiem odwrócone podejście - że niezrozumienie zapisu coś mówi. Zwykle zakładamy że zapis ma być czytelny. A tu wychodzi że nieczytelność też jest danä.
Ale żeby to wiedzieć, musisz pamiętać że coś zapisałaś i w jakiej sytuacji. Jak masz totalny chaos i natykasz się na rysunek przypadkowo, to skąd wiesz że to coś znaczy, a nie że po prostu bazgrałaś bez sensu?
