Zaczne od razu z grubej rury, bo ten temat chodzi za mną od jakiegoś czasu. Czytałem sporo o rytuale jako formie skupienia uwagi, o tym że niektóre tradycje magiczne w ogóle nie zakładają żadnej wiary w nadprzyrodzone, tylko traktują to jako psychologiczną technikę zmiany stanu. Ale właśnie nie wiem co z tym zrobić. Jak ktoś zaczyna układać karty tarot albo zapalać świecę w konkretnej intencji, a w środku myśli 'to i tak nic nie da' - czy to ma jakikolwiek sens? Pytam serio, nie ironicznie.
To jest jedno z lepszych pytań jakie tu padły ostatnio, bo większość dyskusji o sceptycyzmie kończy się albo 'uwierz to zadziała' albo 'to bzdury wychodź z forum'. Mnie bardziej interesuje co rozumiesz przez wiarę. Bo jeśli chodzi o przekonanie że duchy będą słuchać i wykonywać polecenia - OK, bez tego pewnie ciężko. Ale jeśli chodzi o wiarę że skupiony rytuał zmienia coś w tobie i w twoim podejściu do problemu - to nie potrzebujesz żadnej metafizyki. Poczytaj o tym jak Austin Osman Spare rozumiał magię, on był z wykształcenia artystą i podchodził do tego zupełnie inaczej niż Golden Dawn.
Ale tutaj jest pewien problem który wszyscy omijają. Jeśli traktujesz tarot czysto jako psychologię - to nie robisz magii, robisz terapię przez metaforę. I nie ma w tym nic złego, ale nie udawajmy że to jest to samo. Magia w tradycyjnym rozumieniu zakłada jednak wpływ na zewnętrzną rzeczywistość, nie tylko na swoje myśli. Pytanie z tytułu jest właśnie o to - czy można uczyć się tej drugiej wersji bez wiary.
szczerze? Nie. I nie sądzę żeby ktokolwiek potrafił. Ale tutaj wchodzi pytanie które zadałam sobie jakiś czas temu - czy to jest problem? Jeśli coś działa i nie wiem dlaczego, to czy mam przestać to robić bo nie mam dowodu na mechanizm?
Ale czy nie zakładacie z góry że sceptyk chce żeby to działało? Bo jeśli ktoś przychodzi do tarocie albo rytuału z nastawieniem 'zobaczę czy to jest prawdziwe' - to może właśnie ta postawa blokuje cokolwiek? Mam wrażenie że wielu 'sceptyków' w praktyce szuka potwierdzenia że to nie działa, a nie uczy się.
W hermetycznych tradycjach, szczególnie w thelema i jej pochodnych, jest coś co nazywa się 'magiczną agnostykością' - praktykujesz bo praktyka sama w sobie zmienia operatora, nie dlatego że jesteś przekonany o istnieniu konkretnych sił. Crowley pisał o tym w 'Magick Without Tears' dość bezpośrednio - że pytanie czy duchy istnieją naprawdę jest filozoficzne i drugorzędne wobec pytania czy praca magiczna przynosi rezultaty. I właśnie dlatego sceptyk może się uczyć magii, ale musi być gotów oceniać ją empirycznie, a nie przez pryzmat wcześniejszych przekonań.
To jest świetne pytanie i dziękuję że ktoś w ogóle to postawił. Ja sam miałem dokładnie ten dylemat kiedy zaczynałem z kartami. Czytałem różne metody i każda zakładała że 'karta przemawia przez ciebie', ale co to znaczy jeśli nie czujesz żadnego przepływu, tylko widzisz ładne obrazki i pamiętasz znaczenia z książki?
Powiem wam że to podejście 'magia jako psychologia' jest popularne w kręgach zachodnich okultystów, szczególnie od lat 90. - Robert Anton Wilson, Phil Hine, Peter Carroll. Ale oni wszyscy pisali że to jest jeden z możliwych modeli, nie jedyny. Carroll w Liber Null wprost wymienia kilka modeli magii i mówi żeby używać tego który działa w danym momencie, bez przywiązania do żadnego. To jest chyba najbliższe temu co można zaproponować sceptykowi.
Przepraszam że wchodzę, ale chciałam zapytać bo sama się z tym zmagam. Czy ktoś zna konkretny sposób żeby zacząć praktykę rytuałów kiedy ma się ten wewnętrzny głos że 'to bez sensu'? Bo rozumiem wszystko co piszecie o modelach i psychologii, ale w praktyce jak siedzę przy świecy to po chwili myślę sobie 'i co teraz' i nic nie czuję. Dziękuję za każdą odpowiedź z góry 🙂
Wracając do pytania z tytułu bo mam wrażenie że trochę zeszliśmy - uczenie się magii bez wiary jest możliwe, ale wymaga zdefiniowania co chcesz osiągnąć. Jeśli celem jest rozumienie tradycji, symboliki, historii praktyk - wiara jest nieistotna. Jeśli celem jest realna praktyka rytualna z tarotem jako elementem introspekcji - też możesz być sceptykiem. Jeśli jednak oczekujesz zewnętrznych efektów bez żadnego zaangażowania - to chyba żadna tradycja tego nie obiecuje, ani magiczna ani jakakolwiek inna.
Słucham tej rozmowy od początku i mam jedno głupie pytanie. Mówicie o wierze jakby to był jeden przełącznik, włącz albo wyłącz. Ale czy nie ma czegoś pomiędzy? Coś jak 'nie wiem czy to działa, ale sprawdzam'? Bo wydaje mi się że większość ludzi którzy zaczynają z czymkolwiek ezoterycznym jest właśnie w tym miejscu, nie są ani wierzącymi ani twardymi sceptykami.
To co napisał Benedyk66 o tym że uczenie się możliwe, ale zależy od celu - to mnie trochę zatrzymało. Bo rozumiem tę logikę, ale z drugiej strony... czy cel 'rozumienia tradycji' i cel 'zmieniania rzeczywistości' mogą iść razem? Czy ktoś zaczął czysto poznawczo, bez żadnej wiary, a potem przeszedł w aktywną praktykę? Pytam serio, bo sam jestem gdzieś na tej granicy i nie wiem czy to dwie drogi czy jedna.
Ja zaczęłam od tarocie właśnie tak - interesowała mnie symbolika, archetypy, chciałam zrozumieć skąd te obrazy, dlaczego akurat taki zestaw motywów. Przez długi czas było to dla mnie coś w rodzaju lektury. A potem w pewnym momencie zaczęłam pytać kartami o konkretne rzeczy i sama nie wiem kiedy przestałam traktować to jako ćwiczenie intelektualne. Nie ma wyraźnej granicy, przynajmniej u mnie nie było.
Mam pytanie do Runomiraa i do Celestyny_B, bo oboje opisujecie ten moment 'a potem coś się zmieniło' - ale co konkretnie się zmieniło? Sposób myślenia? Efekty praktyki? Coś co poczułaś? Bo ciągle nie wiem jak rozpoznać czy jestem w trakcie takiego procesu czy po prostu przyklejam nowe ramy do starych nawyków.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wszyscy szukacie czegoś co można zweryfikować z zewnątrz, jakiegoś momentu który można pokazać palcem. A u mnie to było bardziej stopniowe - najpierw zmieniło się to jak dobierałam przedmioty do pracy, zaczęłam zwracać uwagę na inne rzeczy przy kamieniach, inna kolejność kroków. Trudno powiedzieć czy to była zmiana wiary czy po prostu kompetencji.
Przepraszam że wchodzę w watek Jasnowidza, ale to co opisujesz - 'wiem ale nie wiem skąd' - to jest chyba opisywane w różnych tradycjach jako pierwsza forma intuicji praktycznej. Nie jako dar, tylko jako wyćwiczona sprawność. I może to jest właśnie ten próg o który tu pytamy? Że sceptyk może przejść do aktywnej praktyki przez kompetencję, a nie przez wiarę?
Chcę doprecyzować jedną rzecz bo mam wrażenie że trochę mieszamy pojęcia. Kiedy mówimy 'wiara' to mamy na myśli co dokładnie? Bo są przynajmniej trzy różne rzeczy: wiara w to że nadnaturalne siły istnieją, wiara w to że rytuał zadziała, i wiara w to że moja praktyka ma sens. To są zupełnie różne poziomy i można mieć jeden bez dwóch pozostałych. Crowley akurat rozróżniał wiarę w mechanizm od wiary w efekt - i twierdził że ta druga jest wystarczająca.
No ale Spare to jednak trochę skrajny przypadek i nie do końca reprezentatywny dla całości tradycji. U niego sigillarność jest prawie bezosobowa, tak, ale jak potem weźmiesz cokolwiek z ceremonialnej magii - Golden Dawn, Thelema, nawet chaos magic w wersji bardziej rytualnej - to już masz do czynienia z bytami, z imionami, z przyzywaniem. Czy sceptyk może to robić rzetelnie?
Dobrze, ale czy nie ma tu pewnego problemu z uczciwością? Jeśli przyzywam byt i jednocześnie mówię sobie w głowie 'to jest tylko projekcja, tak naprawdę nie istnieje' - to czy w ogóle cokolwiek robię? Bo to brzmi jak odgrywanie teatru z pełną świadomością że to teatr. Może tu leży granica sceptycyzmu - nie w wierze, ale w tym czy jesteś w stanie zawiesić ocenę na czas rytuału.
Czyli rozumiem że mówimy o czymś jak zawieszenie przekonań na czas praktyki? Nie żeby zmienić zdanie na stałe, tylko żeby na te pół godziny nie uruchamiać tego głosu który mówi 'to bez sensu'. To brzmi wykonalnie. Ale jak to ćwiczyć? Bo to nie jest coś co mi po prostu przychodzi.
Wracając do pytania z tytułu, bo chyba trochę zgubiliśmy wątek - czy to co opisujecie to jest nauka bez wiary, czy raczej nauka przy jednoczesnym budowaniu wiary? Bo mam wrażenie że nikt tu nie powiedział że da się praktykować bez żadnego zaangażowania. Zawsze jest jakiś element który trzeba przyjąć jako roboczy, choćby tymczasowo.
Marcelii trafił w coś ważnego. Myślę że odpowiedź na tytuł wątku brzmi: tak, można zacząć bez wiary, ale samo uczenie się bez żadnego zaangażowania to jest tylko historia idei, nie praktyka. Uczenie się magii jako praktyki wymaga czegoś co można nazwać roboczą hipotezą - nie wiarą, ale gotowością do działania tak jakby coś mogło być prawdziwe. I to jest chyba minimum.
Dziękuję wam wszystkim za tę rozmowę, naprawdę dużo mi dała. Mam jeszcze jedno pytanie do Benedyka i Zenka - czy jest jakiś punkt gdzie robocza hipoteza powinna przekształcić się w coś więcej, albo w którym dalsze sceptyczne podejście zaczyna przeszkadzać? Czy można praktykować latami z tym samym 'sprawdzam, nie wiem, może'?
Kaplanka pyta o dobry moment. Szczerze - nie ma jednej odpowiedzi, bo to zależy od tego co rozumiesz przez 'sceptyczne podejście'. Jeśli to znaczy 'nie wierzę że duchy istnieją ale robię rytuał' - to może trwać w nieskończoność i większości ludzi nie przeszkadza. Ale jeśli sceptycyzm wchodzi w sam środek rytuału jako aktywny komentarz, coś w rodzaju 'to bez sensu, po co tu siedzę' - to wtedy praktyka się rozmywa. Nie dlatego że siły się obrażają, tylko dlatego że uwaga jest rozdzielona. Jak masz jednocześnie grać i słuchać podcastu, to ani nie grasz ani nie słuchasz.
Słucham tej wymiany i mam pytanie może naiwne - czy w ogóle wiadomo co ma się zmienić żeby powiedzieć 'ta praktyka działa'? Bo Krokusik mówi o sprawności, Benedyk66 mówi o roboczej hipotezie, Zenek mówi o uwadze. To są trzy różne kryteria sukcesu i nie jestem pewien że wskazują na to samo.
No ale Runomiraa, jeśli nie wiadomo czy to magia czy empatia, to jak odróżnić postęp w magii od postępu w umiejętnościach interpersonalnych? Bo jeśli te dwie rzeczy wyglądają identycznie z zewnątrz i wewnątrz, to trochę po co cały aparat symboliczny? Nie krytykuję, po prostu to mnie gryzie od jakiegoś czasu.
Wchodzę tu bo Mikolajek61 dotknął czegoś co mnie od dawna zastanawia. Pracuję z przedmiotami - kamienie, amuletyki, rzeczy które mają historię - i często słyszę 'to tylko placebo'. Okej, może. Ale placebo ma mierzalne efekty fizjologiczne, to nie jest żadna tajemnica w medycynie. Jeśli kamień w kieszeni sprawia że czuję się spokojniej, to czy naprawdę ważne jest czy 'działa magicznie'? Efekt jest.
