Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że próbuję upychać rytuały między jednym spotkaniem a drugim albo robię coś na szybko wieczorem, bo w ciągu dnia nie było kiedy. I zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens. Czy intencja postawiona w pośpiechu, z jednym okiem na zegarek, cokolwiek zmienia? Szczególnie chodzi mi o rytuały na nową osobę w życiu - nie mówię tu o magii miłosnej, ale o tym, że chcesz kogoś nowego przyciągnąć do siebie energetycznie, czy to przyjaciela, mentora, kogoś kto przyniesie zmianę. Czy pora dnia, dzień tygodnia, faza księżyca - to wszystko ma realne znaczenie, czy to tylko budowanie nastroju?
To zależy od tradycji, z której się korzysta, i myślę, że tutaj ludzie często mieszają ze sobą zupełnie różne systemy. W magii ceremonialnej czas ma znaczenie strukturalne - planety rządzą godzinami doby według tzw. tablicy planet chaldejskich i jeśli robisz coś pod Jowisza, to robisz to w godzinie Jowisza, nie dlatego że 'tak wypada', ale dlatego że cały rytuał jest spójny wewnętrznie. Ale jeśli pracujesz intuicyjnie albo szamanistycznie, to ten reżim może nic nie wnosić. Pytanie do ciebie: z jakiego systemu ty generalnie korzystasz? Bo 'nowa osoba w życiu' to bardzo szeroki opis i można to ugryźć na kilkanaście sposobów.
Lubomila dobrze trafia w sedno, ale ja bym jeszcze doprecyzował ten wątek z godzinami planetarnymi, bo to jest często źle rozumiane. Tablica chaldejska daje ci kolejność: Saturn, Jowisz, Mars, Słońce, Wenus, Merkury, Księżyc - i każda godzina od wschodu słońca należy do kolejnej planety. Dzień tygodnia bierze nazwę od planety rządzącej pierwszą godziną. Czyli środa to dzień Merkurego, ale godzina po zachodzie słońca może być już pod Saturnem. Jeśli ktoś robi rytuał 'bo jest środa', a realna godzina planetarna należy do Marsa, to ta spójność, o której Lubomila pisze, po prostu nie istnieje. To nie jest magia na biegu - to jest właśnie ten typ pracy, który wymaga chwili zastanowienia przed.
Ale serio, kto to wszystko liczy na co dzień? Są jakieś aplikacje do tego czy trzeba ręcznie obliczać? Bo brzmi to jak coś, co zajmuje więcej czasu niż sam rytuał.
Ja akurat mam z tym swoje doświadczenie i naprawdę nie wiem, co myśleć. Przez jakiś czas robiłam krótkie, bardzo uproszczone rzeczy - dosłownie minutę skupienia, jedno zdanie powiedziane na głos, nic więcej. I kilka razy miałam poczucie, że coś zadziałało. Ale czy to magia, czy to po prostu efekt tego, że się skupiłam na czymś wystarczająco konkretnie, żeby zacząć to dostrzegać wokół siebie - nie wiem. To jest chyba niemierzalne.
A co to znaczy 'zadziałało' w tym kontekście? Przepraszam za głupie pytanie, ale zastanawiam się, jak w ogóle ocenić, że rytuał przyciągnął kogoś nowego do życia, a nie że ta osoba po prostu się pojawiła.
Efekt potwierdzenia. Robimy rytuał, potem zaczynamy dostrzegać rzeczy, które pasują do intencji, i traktujemy to jako dowód. Takie same 'zbieżności' zdarzają się cały czas, tylko wtedy nie ma rytuału, który można by powiązać. Nie twierdzę, że magia nie działa, ale ten konkretny typ argumentu jest słaby.
Dorzucę coś z boku, bo liczby mnie tu interesują. W numerologii data, w której zaczynasz pracę z intencją, nie jest obojętna - i to nie jest tylko symbolika. Dzień 1 cyklu osobistego to inny potencjał niż dzień 9, który jest dniem zamknięcia. Jeśli ktoś chce przyciągnąć coś nowego, a jest w osobistym roku 9 albo właśnie w dniu 9, to energetycznie to jest czas kończenia, nie otwierania. Pytanie do Aeon: wiesz w jakim osobistym roku teraz jesteś? Bo to może być odpowiedź na to, dlaczego rytuały 'na biegu' raz działają, a raz nie.
Rok 3 to czas ekspresji, nowych połączeń, rozszerzania kręgu. Jeśli intencja dotyczy nowej osoby, to jest lepszy moment niż rok 4 albo 8. Ale ważniejsze jest to, żeby nie robić czegoś w dniu 9 albo na końcu cyklu miesięcznego - to trochę jak sianie na przemarznietą ziemię. Czas nie gwarantuje efektu, ale może go wspierać albo utrudniać.
Rozumiem, że chodzi o synchronizację z jakimiś cyklami. Ale skąd wiadomo, że te cykle - planetarne, numerologiczne - w ogóle mają wpływ na to, co się dzieje? To znaczy, czy jest jakiś mechanizm, czy to jest bardziej 'działa, bo wierzę, że działa'?
Ja się trochę czepię tego wątku z 'właściwym czasem', bo mam wrażenie, że on może działać odwrotnie na część ludzi. Jak za bardzo skupiasz się na tym, czy godzina jest dobra, czy faza księżyca się zgadza, czy liczba dnia jest odpowiednia - to możesz czekać w nieskończoność. Ostatnio rozmawiałam z kimś, kto od miesięcy odkłada jakiś rytuał, bo 'warunki nie są idealne'. To jest chyba gorsze niż zrobienie czegoś niedoskonale ale na czas, nie?
Minimum to intencja, która jest jasna dla ciebie samej. Reszta to kontekst, który albo wspiera albo nie. Widziałam ludzi, którzy robili bardzo rozbudowane ceremonie bez żadnej wewnętrznej jasności co do celu i efekt był zerowy. I widziałam sytuacje, gdzie ktoś zrobił coś bardzo prostego ale z dużą precyzją intencji - i coś ruszyło. Nie mówię, że czas nie ma znaczenia, ale jeśli mam wskazać jeden czynnik, który może decydować - to nie jest pora dnia.
A jak ta 'jasność intencji' wygląda w praktyce? Bo to brzmi sensownie, ale zastanawiam się, czy można to w jakiś sposób sprawdzić przed rytuałem, że intencja jest wystarczająco klarowna. Czy to jest kwestia tego, że potrafisz ją sformułować jednym zdaniem, czy coś więcej?
Wróćmy do tego testu Ludwinii, bo mnie to zatrzymało. Intencja bez 'chcę' i 'proszę o' - czyli formułujesz ją jako stan. Ale co z intencjami, które są z natury procesowe? Na przykład: nawiązuję nowy kontakt zawodowy, buduję relację z kimś. To nie jest stan, który można opisać w czasie teraźniejszym jako coś gotowego. Jak to wtedy formułujesz?
To co Czarodziej właśnie powiedział jest chyba kluczowe dla całego tematu - 'zamówienie' kontra 'nastrojenie'. Bo jeśli to jest nastrojenie, to faktycznie czas i warunki mają sens tylko o tyle, o ile pomagają ci się nastroić. Autobusem jedzie się inaczej niż w ciszy, ale może dla niektórych właśnie hałas działa mobilizująco.
Ale jeśli to tylko 'nastrojenie', to czym się w ogóle różni od zwykłego myślenia pozytywnego albo afirmacji? To jest cały czas to samo pytanie - co tu jest magiczne.
Mam wrażenie, że ten wątek z 'nastrojeniem' prowadzi w stronę, gdzie rytuał na biegu jest jak najbardziej możliwy - bo nastrojenie można osiągnąć w różnych warunkach. Wracając do pytania Aeon o minimum: może tym minimum nie jest czas ani miejsce, tylko właśnie ta wewnętrzna zmiana czegoś w sobie podczas działania?
Przez lata obserwowałem u siebie jedną rzecz: kiedy robię cokolwiek w złym momencie cyklu, jest mi dosłownie trudniej zebrać uwagę. Nie jest to mistyczne - po prostu moja energia jest gdzie indziej. Więc 'właściwy czas' ma dla mnie bardzo pragmatyczny sens: nie chodzi o kosmiczne zrządzenie, tylko o to, kiedy ja jestem bardziej zbieżny ze swoją intencją.
Czyli systemy zewnętrzne to rodzaj rusztowania? Używasz ich, dopóki nie masz własnego odczytu wewnętrznego, a potem można je odłożyć?
Ale to znowu odchodzi od mojego pierwotnego pytania o 'biegu'. Bo jeśli ktoś pracuje przez lata z systemem zewnętrznym jako językiem - to super. Ale co z kimś, kto nie ma czasu tego rozbudowywać i chce zrobić coś tu i teraz? Czy istnieje jakiś skrót, który nie jest tylko udawaniem rytuału?
Mam na to swoje zdanie, chociaż wiem, że może być niepopularne. Myślę, że 'skrót' istnieje, ale wymaga jednej rzeczy, której nie da się skrócić: musisz wiedzieć, czego właściwie chcesz. Nie ogólnie, nie 'coś pozytywnego' - konkretnie. I ta precyzja jest odwrotnie proporcjonalna do czasu rytuału: im krócej, tym bardziej musisz wiedzieć. Długa ceremonia daje czas na dookreślenie. Minuta w autobusie - nie.
Właśnie tak bym to postawiła. Rozmyta intencja w szybkim rytuale to jest wysłanie nieczytelnej wiadomości. Może dotrzeć, może nie, ale nawet jeśli dotrze - co dotrze? Natomiast jeśli naprawdę wiesz, co chcesz 'powiedzieć', to nawet trzydzieści sekund skupienia z jasnym obrazem może być wystarczające.
Dobra, ale jak się uczy tej precyzji? Bo jak mnie słuchacie, to mam wrażenie, że ta 'jasność intencji' to jest coś, co albo masz, albo nie. A to nie brzmi jak coś, co można ćwiczyć.
To co Ludwinia opisuje - redukcja do jednego zdania - jest o wiele bardziej wymagające, niż wygląda. Sama to robiłam przy intencjach związanych z jakimiś nowymi etapami i za każdym razem wychodziło, że to co myślałam, że chcę, to był środek do czegoś innego. I dopiero to 'coś innego' było prawdziwą intencją. Więc pytanie do Aeon: jak konkretnie wyglądała twoja intencja w tym pierwotnym przykładzie z nową osobą w życiu?
To co Hortensja napisała o tej redukcji do jednego zdania - sama przez to przeszłam przy jednym z rytuałów i muszę powiedzieć, że to był moment, kiedy zrozumiałam, że to co myślałam, że chcę zrobić, to był w ogóle nie mój cel. Czyjaś oczekiwanie, które w sobie nosiłam. Więc pytanie o 'właściwy czas' dla mnie zaczyna wyglądać inaczej - może właściwy czas to jest ten, kiedy w ogóle wiesz, po co sięgasz?
Ale Aeon, to brzmi jak całkowite odejście od tematu czasu jako takiego. Bo jeśli jedynym kryterium jest 'wiem po co', to czas przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Możesz robić rytuał o drugiej w nocy w środę i w południe w sobotę i to nie ma różnicy, jeśli intencja jest klarowna. A to wydaje mi się zbyt uproszczone.
Zastanawiam się nad czymś - skoro rozmawiamy o 'właściwym czasie' i o intencji, to czy jest ktoś, kto robił rytuał na początku czegoś nowego, nie dlatego że czuł się gotowy, ale dlatego że sytuacja go do tego zmusiła? I co z tego wyszło? Bo tu cały czas mówi się o idealnych warunkach, a życie rzadko je daje.
