Część pamiętam, część mam zapisaną bo kiedyś spisywałam różne rzeczy po babci. Ale nie wiem co z tym zrobić - tzn. jak odróżnić co jest formułą a co jest po prostu dialektem. Jedno słowo na przykład: babcia mówiła coś przy wiązaniu nici ale nie wiem czy to było zaklęcie czy po prostu komentarz do roboty.
Słuchajcie, a czy ktokolwiek z was próbował zbierać takie fragmenty systematycznie? Bo ta rozmowa mi uzmysławia że siedzę na podobnych urywkach od lat i nigdy ich nie poukładałam. Mam kilka rzeczy od matki, kilka od ciotki, dwie różne wersje tego samego powiedzenia z dwóch różnych stron rodziny. I leży to gdzieś w notatkach.
Przepraszam że trochę przerywam ale mam inne pytanie - mówicie o zbieraniu, zapisywaniu, badaniu. A co jeśli ktoś nie ma tyle czasu ani cierpliwości na takie dochodzenie? Czy jest jakiś sposób żeby to zrobić szybciej, albo żeby zacząć praktykować bez tej całej genealogii?
Bo ja rozumiem że ta genealogia tradycji jest ważna, ale co jeśli ktoś po prostu chce zacząć? Czy trzeba najpierw spędzić rok na bibliotekach żeby mieć prawo cokolwiek robić?
To trochę jak pytanie czy można gotować bez znajomości przepisów. Można, ale nie masz pojęcia co wychodzi. Nie mówię że to złe - czasem intuicja jest dobra - ale 'coś prostego' to nie jest kategoria w tradycji rodzinnej. Tu nie ma drabiny od prostego do trudnego, jest sieć zależności.
No właśnie, zresztą w rodzinnej magii nie chodzi o efekt jednorazowy tylko o ciągłość. Żeby coś działało, musi mieć grunt - i tym gruntem jest historia, osoby które to niosły przed tobą. Bez tego można owszem próbować, ale to będzie coś innego.
Edek ma rację że to zbyt szczelna konstrukcja. Tradycja rodzinna nie bierze się znikąd - ktoś ją kiedyś zaczął. Pytanie brzmi raczej jak ją zacząć świadomie, a nie czy w ogóle można.
Właśnie - ten wątek o 'ciągłości' jest ważny, ale nie musi oznaczać biologicznej linii. Widziałam rodziny które przyjęły praktyki całkowicie z zewnątrz i po dwóch pokoleniach było to 'nasze'. Ciągłość to kwestia intencjonalnego przekazu, nie krwi.
Zaneta, mam podobnie i jakoś nie traktuję tego jako koniec. Chociaż przyznam szczerze że nie wiem co z tym dalej robić. Zbieranie fragmentów jest trudne jeśli nie ma od kogo zbierać.
Zresztą samo porównywanie wersji w ramach rozsianej rodziny jest metodą. Diablica wspominała o dwóch wersjach tego samego powiedzenia - to jest już punkt wyjścia. Gdzie się rozeszły, kiedy, przez kogo. Albo czy to jest w ogóle ta sama rzecz czy dwie różne.
A czy jest jakiś pretekst który nie brzmi jak ezoterie? Bo u mnie to działało przez przepisy kulinarne - pytasz o jedzenie, a potem przy okazji wychodzi że do rosołu nigdy się nie dodawało czegoś bo 'tak nie wolno' albo 'tak nie można' i nagle jesteś w samym centrum tradycji.
I tu wracamy do punktu wyjścia tej całej rozmowy - do tego jak wiedza się przekazuje. Przez ciało, przez czynność, przez nawyk, nie przez słowo. Zaneta pytała o to żeby zacząć - i może właśnie to jest odpowiedź. Zacznij od obserwacji nawyków które już masz. Coś co robisz automatycznie przy pewnych czynnościach. To może być bardziej twoje niż myślisz.
No dobra, ale jak mam obserwować nawyki które już mam jeśli nie wiem co szukam? Bo to brzmi ładnie w teorii, ale praktycznie to co - siadam i patrzę na siebie jak myję naczynia?
I jeszcze jedno do tej obserwacji - skąd te nawyki? Bo część pochodzi od rodziców, część z miejsca gdzie się mieszkało, część można sobie samemu zrobić bez żadnego przekazu. Nie każdy nawyk to tradycja, niektóre to po prostu nawyki.
To się zdarza częściej niż myślisz i nie jest to problem sam w sobie. Wiele rodzin zerwało ciągłość świadomie albo przez okoliczności i potem jest właśnie to poczucie pustki. Ale ta pustka nie musi być trwała.
Obserwacja nawyków to jedno, ale jest jeszcze coś - reakcje somatyczne. Jak wchodzisz do starego domu rodzinnego i coś cię uderza, jakiś zapach, układ rzeczy, i masz od razu jakieś skojarzenie emocjonalne. To też jest nośnik. Może nawet ważniejszy niż sam rytuał.
a co to znaczy nośnik w tym kontekście? bo nie do końca rozumiem - czy chodzi o to że te reakcje są jak... przypomnienie czegoś? czy cos innego
To jest opisane w badaniach nad pamięcią ucieleśnioną, embodied memory. Szczególnie w kontekście ruchów i gestów rytualnych. Marta Kurkowska-Budzan pisała o tym w odniesieniu do polskiej pamięci zbiorowej, ale dotyczy to też skali rodzinnej. Ciało przechowuje coś czego głowa nie kataloguje.
No i tu jest ten kłopot z całą tą rozmową o ciele i pamięci - brzmi ładnie, ale nie mówi co robić. Diablica pyta słusznie. Sama obserwacja nie wystarczy jeśli nie ma punktu odniesienia.
To jest ciekawe co mówi Izoldka bo faktycznie kryzysy aktywują te schematy szybciej niż normalne życie. Pamiętam że moja babcia robiła pewne rzeczy wyłącznie w takich momentach i nigdy poza nimi. I to właśnie te rzeczy pamiętam najlepiej.
dobra to ja też spróbuję to zapisywać. ale co z tym robić potem? bo zbiorę te zapiski i co - leżą?
a czy można się pomylić w tej interpretacji? bo boję się że będę coś widzieć tam gdzie nie ma nic albo odwrotnie - przegapię coś ważnego bo uznam że to zwykły nawyk
No właśnie, i tu jest ważna różnica między obserwowaniem a interpretowaniem. Zapis to obserwacja, a interpretacja przychodzi później - i może się zmieniać. Ja kilka razy zmieniałam zdanie co do tego skąd pochodzi jakiś mój nawyk i to nie było błędem, to było częścią procesu.
Pytanie o czas jest akurat sensowne. Bo z jednej strony nie ma tu zegarmistrza który powie za ile miesięcy coś się wyklaruje, z drugiej - jeśli ktoś jest niecierpliwy to ten brak struktury jest frustrujący. Lobelka, ty to zaczynałaś z jakimś konkretnym założeniem czasowym czy po prostu szłaś za tym co się pojawiało?
Żadnego założenia nie miałam. I to akurat myślę że mi pomogło, bo nie miałam momentu w którym mogłabym uznać że coś się nie udało. Ale rozumiem że dla kogoś kto potrzebuje bardziej ustrukturyzowanego podejścia to może nie działać. Diablica, mam pytanie do ciebie - co cię w ogóle skierowało w stronę tej konkretnej kwestii, przekazu między pokoleniami? Czy jest jakiś konkretny impuls czy raczej ogólne poszukiwanie?
ja mam podobne pytanie do siebie właściwie. nie wiem dlaczego mnie to ciągnie bo u mnie w domu nigdy nie było żadnej magii, żadnych rytuałów, absolutnie nic. mama by się przeżegnała gdyby usłyszała co czytam. więc skąd w ogóle to zainteresowanie? może właśnie z braku?
To co Wieszczbiarka opisuje jako odwrócony przekaz ma swoje oparcie w badaniach nad transmisją traumy pokoleniowej. Nie chodzi tylko o traumę w sensie klinicznym - chodzi o to że pewne doświadczenia, praktyki, sposoby organizowania rzeczywistości mogą być przekazywane właśnie przez ich nieobecność i przez reakcje emocjonalne na tę nieobecność. Epigenetyka tego do końca nie tłumaczy, ale psychologia systemowa - owszem.
