Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie wiem, jak to nazwać. Robię rytuały regularnie, mam swój schemat, nie pomijam kroków, a mimo to po wszystkim zostaje mi jakieś dziwne poczucie... pustki? Jakby nic się nie wydarzyło, jakby nic nie dotknęło. Nie mówię o tym, że efekty nie przychodzą, bo to osobny temat. Mówię o samym odczuciu podczas i zaraz po. Kiedyś było inaczej, czułam że coś się dzieje, a teraz to bardziej jak odtwarzanie nagrania. Zastanawiam się czy to kwestia pory dnia albo nocy, w której to robię. Bo ostatnio zmieniłam godziny i może to ma jakieś przełożenie na to, jak pracuje podświadomość podczas rytuału?
To ciekawe bo ja miałam podobnie i długo nie mogłam dojść co jest grane. Pytanie czy to znaczy że rytuał 'nie działa' czy że po prostu twój umysł go już nie traktuje jako coś wyjątkowego. Jest różnica między tym że brakuje efektu a tym że brakuje odczucia w trakcie. Mnie kiedyś ktoś powiedział że podświadomość bardzo mocno reaguje na to o której godzinie coś robimy bo rytmy dobowe są dosłownie zaprogramowane biologicznie. Nie wiem czy to ma sens magicznie, ale czuję że coś w tym jest.
To co opisujesz, Bernadetko, to jest klasyczny efekt habituacji. Układ nerwowy przestaje reagować na bodźce, które powtarzają się bez zmiany. Nie ma tu żadnej mistyki, jest fizjologia. Ale właśnie dlatego pora wykonania może mieć znaczenie, nie dlatego że np. o 3 w nocy duchy są bliżej, tylko dlatego że twój mózg jest wtedy w innym stanie pobudzenia. Pytanie do ciebie: czy zmieniając godziny zmieniasz też cokolwiek innego, czy wyłącznie godzinę?
Habituacja, dobra, ale to tłumaczy czemu przestajemy czuć, nie tłumaczy czemu zaczęłyśmy kiedyś czuć cokolwiek. Mnie bardziej zastanawia ten wątek z podświadomością i porą dnia. Słyszałam o czymś takim jak ultradian rhythms, to są cykle krótsze niż dobowe, trwają mniej więcej 90-120 minut i przez część tego cyklu mózg jest bardziej 'wewnętrzny', bardziej podatny na pracę wyobraźniową. Może z rytuałami jest podobnie, nie tyle o której, ale w którym momencie cyklu trafiasz.
hej, trochę nie rozumiem tego z cyklami, tzn. jak mam wiedzieć w jakim momencie 'cyklu' jestem jak nie mam żadnego przyrządu? czy jest jakiś sposób żeby to wyczuć?
To ustawia mi to zupełnie inaczej w głowie. Ostatnio robiłam właśnie po południu bo miałam więcej czasu, a wcześniej, gdy czułam że 'coś się dzieje', robiłam zawsze wieczorami albo późno. Może nie ma tu żadnej straty energii ani wypalenia, tylko zmieniłam okno i teraz trafiają w pustkę, bo mózg jest w złym trybie. Ale mam pytanie, czy to znaczy że te wcześniejsze wieczorne rytuały 'działały' tylko dlatego że byłam na granicy snu i to był właściwie rodzaj transu?
Właściwie tak. I nie ma w tym nic deprecjonującego. Trans to nie jest coś niższego od rytuału, trans to jest mechanizm przez który rytuał może w ogóle dotrzeć dalej niż poziom świadomych myśli. Szamańskie tradycje wiedziały o tym na długo zanim powstała neuronauka, tylko nazywały to inaczej. Bębny, powtarzalny dźwięk, taniec, wszystko to służyło temu samemu, żeby zmienić stan i zrobić przestrzeń na coś głębszego.
a czy to samo tyczy runami? bo czytałam gdzieś że przy wyrzynaniu run jest ważna pora, ale nie rozumiałam za bardzo dlaczego. teraz jakoś zaczynam łapać, ale nie do końca. czy rytowanie runi późno wieczorem albo rano miałoby inne działanie niż w południe?
przepraszam że wchodzę, ale jestem trochę zagubiona. czy dobrze rozumiem że chodzi o to że rytuał 'działa' przez podświadomość, a nie przez jakąś zewnętrzną energię? bo to by chyba zmieniało całe podejście do magii jako takiej?
Nie koniecznie jedno wyklucza drugie. Mozesz wierzyć że jest jakaś zewnetrzna siła I jednocześnie że dostęp do niej masz łatwiej przez odpowiedni stan umysłu. To nie jest sprzecznośc. Wielu praktykujących myśli właśnie tak, że podświadomość jest pomostem, nie celem.
Czytam to i mam wrażenie że wy wszyscy szukacie jednej przyczyny, a to pewnie jest kilka rzeczy naraz. Numerologicznie każdy dzień ma inną wibrację i nie każdy dzień jest dobry na ten sam typ rytuału. Ale poza tym zgadzam się z tym że stan przed jest może nawet ważniejszy niż pora. Znam osoby które robiły rytuały o 3 w nocy z głową pełną stresu i nic z tego nie wychodziło, a inni robili spokojnie wczesnym wieczorem z pełnym skupieniem i czuli ogromną różnicę.
Wracając do sedna wątku, bo trochę odchodzimy. Bernadetka zadała na początku bardzo konkretne pytanie, czy zmiana pory mogła spowodować że rytuały zaczęły 'nic nie dawać'. I wydaje mi się że odpowiedź po tej dyskusji jest: tak, ale nie dlatego że pora ma moc magiczną samą w sobie, tylko dlatego że pora determinuje stan neurobiologiczny, który jest tym co napędza cały subiektywny efekt rytuału. Pustka którą opisuje to jest prawdopodobnie brak wejścia w cokolwiek głębszego, bo mózg jest za bardzo pobudzony i przefiltrowany przez dzienne tryby. Ciekawe by było gdybyś spróbowała wrócić do wieczornych pór i poprzedzić to choćby 20 minutami bez ekranów.
No i Norbert ładnie to podsumował, ale mam wrażenie że gdzieś po drodze zgubiliśmy jeszcze jeden wątek. Bernadetka na początku mówiła o uczuciu pustki, a my teraz rozmawiamy głównie o tym dlaczego rytuały tracą na intensywności. To nie do końca to samo, nie? Pustka to coś więcej niż brak efektu. To taki stan jakbyś robiła coś przez szybę.
Tak, dokładnie o to mi chodziło i nie umiałam tego lepiej nazwać. Efekt był może nawet taki sam zewnętrznie, ale brak tego... nie wiem, obecności? podczas samego rytuału. Jakbym patrzyła na siebie z zewnątrz i myślała 'o, właśnie robię rytuał'.
to co opisujesz to klasyczna derealizacja podczas praktyki. I to jest chyba najgorzej rokujący stan jeśli chodzi o skuteczność, bo cały mechanizm podświadomego zaangażowania się rozlatuje. Mózg nie rozróżnia symboliki od literału kiedy jest w odpowiednim stanie, ale kiedy jest w trybie obserwatora, widzi wszystko jako literał. Świeca to po prostu świeca.
Przerwa jest jednym ze sposobów, ale nie jedynym. Można też zmienić modalność całkowicie. Jeśli ktoś robił głównie wizualizacje, przejść na coś bardziej kinestetycznego, angażującego ręce albo głos. Mózg trochę trudniej wpada w tryb obserwatora przy nowych bodźcach, bo nie ma jeszcze gotowego schematu 'już to znam'.
dobra ale co to znaczy 'kinestetyczne'? z runami to chyba tak, bo rytujesz czy co? ale przy świecach ciężko mi sobie wyobrazić co by to było
Myślę że to właśnie dlatego tradycje szamańskie i starsze ceremonialne używają tak dużo rytmu i powtarzalnych ruchów ciała, bębny, taniec, kołysanie. To nie jest tylko estetyka ani 'tak się robi'. To naprawdę wyłącza tę analityczną część która patrzy i ocenia.
To jest bardzo precyzyjne rozróżnienie. Ciało jako medium vs ciało jako uczestnik. W starszych tradycjach to drugie było standardem, posty, ból, zmęczenie fizyczne, specyficzne pozycje które wymagają utrzymywania napięcia. Nie romantyzuję bólu, ale fizyczny dyskomfort albo wysiłek skutecznie blokuje analityczny obserwator.
ale to nie brzmi zbyt zdrowo, że trzeba się męczyć żeby rytuał zadziałał? albo czymś ranić? bo tak to rozumiem i trochę mnie to niepokoi
Wracając do Bernadetki, bo ona miała jeszcze jeden problem, że wszystko robiła 'tak samo'. Może właśnie ten problem z pustką i problem z porą dnia to dwie strony tego samego. Zmiana pory bez zmiany formatu to jak zmiana godziny spotkania ale z tym samym agendą, którą wszyscy umieją na pamięć.
Nie musisz go porzucać, możesz wprowadzić jeden nieprzewidywalny element. Coś co nie jest zaplanowane z góry. Mogłabyś np. wybrać kamień albo kolor świecy przez losowanie, żeby nie wiedzieć zawczasu. Mózg inaczej reaguje na coś co nie jest z góry wiadome.
albo zmienić kolejność jednej rzeczy. Badania nad rytuałami kompulsywnymi pokazują, że drobna zmiana kolejności przy zachowaniu elementów może przywrócić poczucie intencjonalności, bo nagle znowu podejmujesz decyzje zamiast jechać z pamięci. Pascal Boyer i Pierre Liénard pisali o tym jak funkcja rytuału zmienia się kiedy staje się w pełni automatyczna.
czytam to i zastanawiam się czy to nie oznacza że rytuały z natury mają datę przydatności. Że każdy rytuał w którym byłeś obecny przestanie kiedyś działać jeśli go zbyt dobrze znasz. I wtedy trzeba go albo zmienić albo porzucić. Trochę smutne.
Czytam to i próbuję przyłożyć do siebie. U mnie chyba jest inaczej, bo mi czegoś brakuje. Więc to może rzeczywiście znudzenie albo ten tryb automatyczny o którym mówił Dezydery. Nie zakończenie. Tylko że nie wiem jak cofnąć ten automat skoro rytuał jest dla mnie ważny emocjonalnie.
a co konkretnie jest dla ciebie w nim ważne? Sam efekt którego szukasz, czy sam akt robienia go? Bo to może być kolejna wskazówka skąd pochodzi pustka.
To jest ważna rzecz którą właśnie powiedziałaś. Jeśli wartość rytuału jest w samym zatrzymaniu się, to masz właściwie rytuał graniczny, nie intencyjny. To dwa różne twory. Rytuał graniczny działa przez samo wyznaczanie czasu i przestrzeni, a intencyjny przez kierowanie uwagi na konkretny cel. Kiedy traktujesz jeden jak drugi, możesz mieć wrażenie że nie daje efektów, bo szukasz nie tego co on oferuje.
