Temat zaczęłam bo od jakiegoś czasu kręci mnie pytanie, które pojawia się u mnie w głowie przy różnych okazjach - czy magia w rodzinie działa inaczej niż ta, której się uczymy sami, od zera, z książek albo od obcych ludzi? Moja babcia miała swoje sposoby na różne rzeczy, nigdy tego nie nazywała magią, ale jak to teraz oglądam z perspektywy czasu, to były to całkiem konkretne praktyki. Zamawianie bólu zębów, coś na niespokojne dzieci, pewien sposób zawiązywania czerwonej nici. Nigdy mi tego nie przekazała wprost, ale byłam przy tym dość często. Zastanawiam się czy samo bycie świadkiem tych rzeczy coś przekazuje, czy to musi być świadome.
To jest chyba jedna z ważniejszych kwestii jeśli chodzi o tradycję, bo właśnie ten próg przekazywania jest różny w różnych systemach. W słowiańskiej tradycji wieduńskiej przekaz często był milczący, przez obserwację i wspólne działanie. Znachorzy rzadko uczyli słownie, bardziej wciągali do praktyki. Pytanie tylko czy twoja babcia w ogóle uważała że coś przekazuje, czy traktowała to jako oczywistą czynność domową.
Ja myślę że intencja przekazującego nie jest aż tak kluczowa. Jakiś czas temu czytałam że w tradycjach południowej Europy, szczególnie we Włoszech, przekaz często szedł od babki do wnuczki z pominięciem matki i to było celowe. I to nie zawsze było z intencją przekazania, po prostu wnuczka towarzyszyła babci. Ta linia pokoleniowa jest tam bardzo mocna. Wiem że to nieco inna kultura ale mechanizm wydaje się podobny.
To mnie uderza bo właśnie tak to u mnie wyglądało. Mama kompletnie nie interesowała się tym co robiła babcia, traktowała to jako zabobon. A ja siedziałam obok i patrzyłam. Wtedy nie rozumiałam połowy, ale teraz jak próbuję przypomnieć sobie pewne gesty czy słowa, to coś wraca. Nie wszystko, ale fragmenty.
Ciekawi mnie ta kwestia fragmentów. Bo jeśli mówimy o przekazie przez obserwację, a nie przez słowne instrukcje, to co tak naprawdę zostaje? Gesty, słowa, rytm działania - czy to jest wystarczające żeby to działało? Mam wrażenie że w tradycjach runicznych na przykład przekaz bez wyjaśnienia kontekstu jest praktycznie bezużyteczny. Możesz znać kształt runy, ale bez wiedzy kiedy i jak - to tylko rysunek.
A jak to jest z tymi co nie mają żadnej tradycji rodzinnej? Moja familia to twardzi ateiści, żadnych zabobonów, żadnego niczego. Czy jak zaczynam od zera to jestem w jakiś sposób stratna? Bo troche tak to czuję czytając ten wątek...
Słuchajcie ale jak ktoś ma tę tradycję rodzinną, to jak to w praktyce wygląda? Że babcia mówi - usiądź, teraz cię nauczę zaklęcia? Bo to jakoś dziwnie brzmi na co dzień.
Absolutnie nie tak. Przynajmniej nie u nas. To jest bardziej - coś się dzieje, np. ktoś się skaleczył, babcia coś robi, mruczy pod nosem, wiążnie coś. Pytasz co robi, odpowiada krótko, albo nie odpowiada wcale. Ale następnym razem jesteś już mniej zdziwiona, bardziej patrzysz. I tak przez lata.
Ale czy to nie jest problem że przekaz jest taki nieprecyzyjny? Jak ktoś mruczy coś pod nosem to nie słyszysz słów, gestykuluje to widzisz ruchy ale nie wiesz dlaczego akurat takie. Zastanawiam się czy po kilku pokoleniach takiego przekazu to w ogóle jest jeszcze ta sama tradycja, czy już mutacja.
To mnie zastanawia w kontekście intencji. Jeśli przejmujesz praktykę z obserwacji, a potem przez lata robisz ją po swojemu, to w którym momencie to przestaje być tradycja rodzinna a zaczyna być twoja własna magia? Czy ta granica w ogóle ma znaczenie?
Mam wrażenie że ta granica jest trochę sztucznie rysowana. To co przejmujemy z rodziny miesza się z tym co czytamy, co słyszymy od innych, z naszymi własnymi doświadczeniami. Po kilku latach praktyki naprawdę trudno powiedzieć co skąd pochodzi. Poza tym energia rodzinna jest specyficzna, przez krwiopokrewieństwo jest jakiś wspólny wzorzec - nie powiem że to naukowe, ale doświadczalnie widzę różnicę kiedy pracuję z kimś kto przejął coś od bliskich, a kimś kto zaczął od zera z internetu.
Ja bym dodała jeszcze jeden aspekt który chyba nie padł - co z rodzinami gdzie tradycja była świadomie tłumiona? Moja rodzina pochodzi z kresów i wiem że prababcia praktykowa różne rzeczy, ale PRL skutecznie wymazał to z rodzinnej pamięci. Nie zostało prawie nic. Jak w takim przypadku podejść do odtworzenia czegoś takiego, jeśli w ogóle?
Właśnie sobie myślę że z runami jest podobny problem. Znaczy - mamy elder futhark, mamy źródła, mamy Eddę, ale nikt żyjący nie ma dostępu do tego jak konkretnie używali ich, powiedzmy, Germanie z III wieku. To co robimy dzisiaj to zawsze interpretacja. I jakoś to nie przeszkadza ludziom praktykować. Więc może ta 'autentyczność' przekazu jest trochę przereklamowana jako wymóg?
Diablica poruszyła coś istotnego. Ale jest między tym różnica - runy to tradycja której przekaz został przerwany i jesteśmy tego świadomi. Natomiast w przypadku magii rodzinnej często jest poczucie ciągłości, nawet jeśli ta ciągłość jest po drodze mocno podziurawiona. I myślę że właśnie to poczucie coś robi - nie wiedzę ani technikę, ale jakiś rodzaj zakorzenienia.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie może trochę z boku. Czy ta wiedza sytuacyjna, o której Wieszczbiarka mówi, jest w ogóle możliwa do przekazania komuś kto wychował się w innym środowisku? Znaczy - jeśli praktyki są tak mocno przywiązane do konkretnych sytuacji życiowych, to czy osoba z miasta może w to wejść?
To pytanie jest dobre, ale myślę że sytuacje życiowe nie zniknęły - tylko wyglądają inaczej. Ktoś choruje na gardło nadal, ktoś nadal ma coś skradzione, rodzą się dzieci. Forma się zmienia, ale kontekst zostaje. Moja babcia robiła coś przy sianiu - trudno mi to bezpośrednio przenieść do swojego życia, ale rozumiem intencję i to wystarcza żeby szukać ekwiwalentów.
To co Diablica mówi to jest chyba efekt dziewiętnastowiecznego okultyzmu - Levi, Golden Dawn, cała ta hermetyczna tradycja która starała się zrobić z magii system. Wcześniej to było bardziej rzemiosło. Znachorka nie studiowała teorii, ona widziała jak robi babka i robiła tak samo. Teoria przyszła kiedy ludzie zaczęli pisać książki o tym czemu to działa.
Przepraszam że wchodzę z głupim pytaniem ale: czy jak ktoś mówi o 'rodzinnej magii' to chodzi o coś co jest przekazywane celowo, czy po prostu o różne dziwne zwyczaje które rodzina ma i nikt nie wie czemu? Bo u nas w domu była na przykład tradycja że nie wolno zgaszać świecy ustami i to było traktowane śmiertelnie poważnie, ale nikt nie mówił że to 'magia'.
Właśnie - i to jest może najpowszechniejsza forma przekazu. Nie rytuały, nie zaklęcia, tylko zakazy i nakazy bez uzasadnienia. U mojej babci nie wolno było stawiać chleba do góry nogami, nie wolno było siadać na progu, nie wolno było wbijać igły w ubranie które miała na sobie inna osoba. Każdy z tych zakazów ma gdzieś swoje źródło, ale babcia podawała tylko: bo nie wolno.
O jejku, teraz sobie przypomniałam - u nas w domu nie wolno było zostawiać otwartych nożyczek. Mama to też mówiła. Myślałam że to o bezpieczeństwo chodzi, ale teraz jak czytam co piszecie... to chyba nie było o bezpieczeństwo co? I to właśnie u tych 'twardych ateistów' których wspominałam wcześniej 🙂
To jest sedno chyba całej sprawy - przekaz szedł przez autorytet, nie przez wyjaśnienie. I może tak powinno być? Jak zaczynasz tłumaczyć każdy zakaz, to gdzieś po drodze rytuał traci coś z tego co go utrzymuje. Nie mówię że wiedza symboliczna nie jest ważna, ale może jest coś w tym że pewne rzeczy działają właśnie dlatego że się w nie wierzy bez analizy.
Diablica dotknęła czegoś ważnego, ale nie zgadzam się z tym że to musi być albo-albo. Znam zakazy które mają wyraźne uzasadnienie symboliczne i które nadal działają jako nośniki wiedzy. I znam takie które są po prostu przesądem. Problem w tym że z zewnątrz wyglądają identycznie. Jak to rozróżnić - to jest pytanie które mnie interesuje od lat i nadal nie mam dobrej odpowiedzi.
Moim zdaniem można to rozróżnić po tym czy zakaz jest 'żywy' - tzn. czy ktoś w rodzinie potrafi go połączyć z czymkolwiek. Nie musi to być wyjaśnienie symboliczne, może być historia. 'Raz babcia to zrobiła i zaraz zachorował dziadek'. To jest żywe. Natomiast jak nikt nie pamięta żadnego kontekstu, to zakaz już jest tylko skorupą.
Zuzanka, ja bym nie wyrzucała tych skorup. Nawet jeśli historia się zgubiła, to forma przetrwała - a to znaczy że coś w tym było na tyle ważne żeby ludzie to kontynuowali. Można spróbować odczytać formę i zastanowić się co mogła znaczyć. Świeca, nożyczki, nóż - to są obiekty które w wielu tradycjach mają podobne znaczenie. Można zrekonstruować sens nawet bez historii rodzinnej.
To jest pytanie które słyszę często i zawsze mnie trochę drażni ta bezsilność w nim. Nie mówię że Izoldka jest bezsilna - ale ta logika 'nie mam dostępu bo kontekst zniknął' zamyka drzwi które wcale nie muszą być zamknięte. Ziemie wschodnie mają opisaną tradycję, jest Moszyński, są badania z lat 20-30, jest część zbiorów które przetrwały wojnę. To jest mozolna praca, ale dostęp jest.
Moszyński to dwa tomy i trochę się brnąć przez to, ale jest indeks i można szukać po konkretnych zagadnieniach. Ja korzystałem wyrywkowo - jak szukałem czegoś konkretnego. Przy okazji wychodzi sporo rzeczy których się nie spodziewałeś. Raz szukałem czegoś o wodzie a skończyłem czytając o zwyczajach przy pierwszym wyprowadzeniu bydła na wiosnę i potem siedziałem nad tym z dwie godziny.
Hej, wracając do tego co Izoldka napisała - moja rodzina też jest z terenów które po wojnie się zmieniły, ale mam wrażenie że jest jeszcze jedna droga. Moja prababcia mówiła pewne rzeczy i używała pewnych słów których już nikt nie rozumie. Nie po polsku i nie po ukraińsku - coś pomiędzy. Zastanawiam się czy te urywki języka to nie są właśnie te resztki. Czy to ma sens?
