Dużo się mówi o intencji, wizualizacji, afirmacjach - i rozumiem, że dla wielu to podstawa. Ale zaczęło mnie ostatnio męczyć to podejście, gdzie cały rytuał kończy się na życzeniu. Zamknięcie oczu, wyobrażenie sobie celu, 'puść w eter' i czekanie. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiła się ta starsza warstwa magii - ta, gdzie po rytuale wychodziłeś i robiłeś coś. Nie zamiast rytuału, ale razem z nim. W tradycjach hoodoo to się nazywa 'rootwork meets footwork' - zakopujesz korzenie, ale nogi też musisz ruszyć. W grimoarach z XVII wieku przy niemal każdym zaklęciu jest instrukcja działania po fakcie. Zastanawiam się, czy nie odeszliśmy za daleko w stronę magii czysto mentalnej i czy ktoś tu świadomie pracuje w tym drugim modelu - gdzie rytuał inicjuje działanie, a nie je zastępuje.
To jest dokładnie ten podział, który ja nazywam magią inicjacyjną kontra magią substytuującą. I tak, masz rację że ta druga zdominowała sporo współczesnych kręgów. Ale chcę zapytać: skąd to rozróżnienie w tych grimoarach? Bo ja czytałam różne źródła i nie zawsze to wyglądało jak 'zrób rytuał, a potem działaj'. Czasem to było raczej 'działasz w ramach rytuału cały czas'. Czyli samo wyjście z domu, samo wchodzenie do sklepu czy biura - było już częścią pracy. Masz jakieś konkretne przykłady z tych XVII-wiecznych tekstów?
Zgadzam się z tym co mówi Hilek, ale chcę trochę skomplikować ten obraz. Bo 'Petit Albert' to specyficzny przypadek - to był tekst pisany pod konkretnych odbiorców, głównie chłopów i rzemieślników, gdzie magia miała być praktyczna i osadzona w codzienności. Pytanie brzmi: czy ten model da się przełożyć jeden do jednego na inne tradycje? Bo na przykład w magii ceremonialnej - Thelema, Golden Dawn - tam jest zupełnie inne rozumienie relacji między rytuałem a działaniem. Rytuał NIE inicjuje działania zewnętrznego, on zmienia operatora. I to zmieniony operator działa inaczej. To nie jest substytuowanie, ale też nie jest to footwork z hoodoo.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad czymś praktycznym. Hilek napisał na początku o robieniu czegoś po rytuale. I to rozumiem, mam to w notatkach od dawna jako zasadę. Ale magia czynienia, jak to ująłeś w tytule, to nie tylko kwestia sekwencji czasowej - rytuał, a potem działanie. To też kwestia tego, co robisz podczas rytuału. Czy ktoś tu ma doświadczenie z rytuałami, które są dosłownie osadzone w działaniu? Nie przy ołtarzu, nie w zamkniętym pomieszczeniu - tylko na przykład w ruchu, w przestrzeni publicznej, w trakcie codziennych czynności?
Czytam i próbuję to ogarnąć. Czyli ten rytuał 'w ruchu w mieście' - czy to ma jakiś konkretny kształt? Bo rozumiem ideę, ale nie bardzo wiem jak miałoby to wyglądać w praktyce. Czy masz na przykład zaplanowaną trasę, czy to bardziej spontaniczne?
Chcę dorzucić coś, co mnie ciągnie od początku tej rozmowy, bo obserwuję ją i mam jedno zastrzeżenie do sposobu w jaki to ujmujemy. Cały czas mówimy o rytuałach w przestrzeni publicznej jakby to była specyficzna kategoria. Ale historycznie przez większość czasu magia NIE była domeną zamkniętych pomieszczeń - to jest względnie nowy wynalazek, powiedzmy ostatnie trzysta lat, i to raczej w kulturze zachodniej. Cunning folk pracowali w domach, na polach, na rozstajach dróg, w lasach. Znachorzy pracowali przy chorym w izbie pełnej rodziny. Szamanizm syberyski często odbywał się publicznie przy całej wspólnocie. Więc pytanie brzmi: czy nie romantyzujemy 'przestrzeni publicznej' jako czegoś wyjątkowego, skoro to była po prostu norma?
Słuchajcie, mam pytanie które może trochę sprowadzić na ziemię: czy ktoś ma konkretne przykłady rytuałów lub działań magicznych, które wykonywał w przestrzeni publicznej i które dają się opisać tak, żeby ktoś inny mógł to powtórzyć? Bo rozmawiamy dużo o filozofii i historii, co jest świetne, ale brakuje mi w tym wszystkim jednego: jak to wygląda krok po kroku, kiedy stoisz na przykład na przystanku autobusowym i chcesz wykonać coś sensownego.
Słucham Strzaski i myślę, że ona nieświadomie opisuje coś, o czym mówił Gordon White w kontekście sigil magic - że najlepiej działające znaki to te, które nie są 'ładowane' za każdym razem, ale są wbudowane w ruch. Próg jako sigil aktywowana przez gest, nie przez intencję na żądanie. To inny model niż ceremonialny, ale bardziej przystaje do życia w mieście.
Czekaj, bo chcę to dobrze zrozumieć. Mówisz, że próg jest jak sigil - czyli nośnik zakodowanej intencji, która nie wymaga świadomego przywoływania za każdym razem? To by tłumaczyło dlaczego Strzaska mówi, że działa dopiero po czasie, kiedy wejście samo zaczyna coś 'robić'.
To co Hilek mówi o wbudowaniu w ruch - to jest dokładnie serce tej praktyki chodzenia, o której pisałam wcześniej. Nie chodzi o to żeby przy każdym kroku świadomie 'robić magię', ale o to żeby ruch sam w sobie stał się nacechowany. I dlatego przestrzeń publiczna nie jest problemem - ona jest materiałem.
Mam tu pewien opór. Rozumiem tę logikę - powtarzalność buduje nacechowanie, ciało zapamiętuje. Ale czy nie ma tu ryzyka, że to co traktujemy jako 'wbudowanie intencji w ruch' jest po prostu wytworzeniem nawyku, który daje poczucie sprawczości bez żadnego realnego komponentu magicznego? Pytam bez ironii, bo rozróżnienie między rytuałem a nawykiem mentalnym wydaje mi się tu nieostre.
Cykoria dotyka czegoś, co mnie też od dawna kręci. Ale mam wrażenie, że to rozróżnienie może być bardziej gradientem niż binarnym wyborem. Kiedy zaczynam medytację i 'ustawiam intencję', to psychologia czy magia? W pewnym momencie to pytanie przestaje być pomocne i zaczyna blokować praktykę.
Wchodzę tu, bo Tymek pyta o coś co mnie też interesuje - ten próg przed progiem, że tak powiem. Widziałam różne podejścia: jedno to szczegółowe przygotowanie, drugie to właśnie 'wychodzę z intencją bycia otwartym na to co jest'. I nie wiem które jest skuteczniejsze, bo zależy to mocno od osoby. Gituska, jak to wygląda u ciebie konkretnie?
Chcę tu dorzucić perspektywę, która może być kontrowersyjna. Ta cała rozmowa o 'wchłanianiu zakłóceń' - to jest piękna idea, ale zakłada, że masz wystarczająco dużo doświadczenia żeby odróżnić, kiedy coś jest częścią rytuału, a kiedy jest po prostu rozproszeniem które udajesz że planowałeś. I myślę, że to jest miejsce gdzie ludzie się nabierają na własną narrację. Nie mówię że to zły kierunek, ale że wymaga uczciwości wobec siebie.
To jest ważna uwaga i nie wiem jak z tym dyskutować, bo sam problem jest nieuchwytny - skąd wiem kiedy racjonalizuję, a kiedy naprawdę integruję? Ale mam wrażenie, że po czasie zaczynasz to czuć. Nie wiem jak to lepiej opisać, ale jest różnica w jakości uwagi - kiedy coś naprawdę wchodzi w rytuał, a kiedy tylko sobie mówisz, że wchodzi.
Strzaska mówi, że po czasie zaczynasz to czuć - i rozumiem co ma na myśli, tylko mam problem z tym jako kryterium. Bo 'czucie różnicy w jakości' brzmi dokładnie tak jak coś, co mózg produkuje po wytworzeniu oczekiwania. To nie jest zarzut, naprawdę. Ale jak wy sami odróżniacie w praktyce - czy to jest coś cielesnego, jakiś konkretny sygnał fizyczny, czy bardziej zmiana w interpretacji tego co się dzieje?
Wchodzę do tej rozmowy z innej strony - mnie interesuje nie tyle jak odróżnić racjonalizację od integracji, ale dlaczego w ogóle zakładamy, że to są dwie różne rzeczy. W tradycji Quimbanda, którą trochę studiowałem, nie ma pojęcia 'zakłócenia rytułu' - jest tylko to co przychodzi i to co z tym robisz. Cisną się do mnie myśli z wcześniejszej rozmowy o Gituskowym chodzeniu. Ona mówiła o wchłanianiu przypadkowych kontaktów, ale nie powiedziała jak buduje tę ramę przed wyjściem. Strzaska, Gituska - czy wy w ogóle macie jakiś element przygotowawczy, zanim wchodzicie w przestrzeń publiczną?
Mam, ale jest bardzo krótki. Kilka sekund przed wyjściem z domu coś w rodzaju mentalnego przełącznika - nie wizualizacji, nie afirmacji, bardziej ustawienie jakości uwagi. Próbowałam różnych rzeczy przez lata i to co mi działa najlepiej, to nie 'załadowanie intencji' przed wyjściem, tylko coś odwrotnego - opróżnienie. Wychodzę z mniejszą ilością oczekiwań co do efektu, z większą otwartością na to co jest w przestrzeni.
U mnie inaczej niż u Gituski - ja mam krótką sekwencję, bardzo konkretną. Nie wchodzę w szczegóły bo to prywatne, ale jest w tym element słowny i element fizyczny. I właśnie ten element fizyczny - dotknięcie konkretnego miejsca na dłoni - jest tym co potem powtarzam w terenie kiedy coś wytrąca. Czyli to przygotowanie i to co dzieje się w przestrzeni są połączone tym samym gestem.
To co Strzaska mówi o słabnięciu kotwicy - to jest coś co widzę też w pracy z czakrami. Żaden stan nie jest trwały, wszystko wymaga podtrzymywania. Ale mam pytanie do całej rozmowy, bo to mnie kręci od jakiegoś czasu: czy wy robicie jakiś zapis po takiej sesji w terenie? Strzaska mówiła wcześniej że prowadzi notatki - czy to jest systematyczne, czy raczej kiedy coś się wyróżniło?
Wchodzę z czymś co może być niepopularne. Ta cała dyskusja o przygotowaniu, kotwicach, notatkach - to wszystko brzmi bardzo sensownie, ale zastanawiam się czy nie robimy z czegoś prostego czegoś skomplikowanego. Znam praktyki, w których wyjście na miasto z intencją jest dosłownie tym - wychodzisz, masz intencję, działasz. Bez protokołu. I skuteczność nie jest mniejsza.
Mistique, ale to co mówisz zakłada, że 'wychodzisz z intencją' jest czysto mentalnym aktem bez wsparcia fizycznego. Czy tak to u ciebie działa? Bo mnie interesuje jak to wygląda w praktyce u osoby która nie potrzebuje żadnego protokołu - czy to naprawdę jest zero przygotowania, czy tylko nie ma widocznej formy zewnętrznej?
To co Mistique właśnie powiedziała jest dla mnie ważne i chciałabym rozwinąć jeden wątek. Jeśli nieuświadomiony rytuał działa tak samo jak świadomy - to po co w ogóle uświadamiać? I odpowiem sobie sama, bo myślę, że tu jest sedno: świadomość daje możliwość korekty. Możesz zmienić kotwicę kiedy przestaje działać, możesz zmodyfikować trasę, możesz zdecydować że dzisiaj nie. Nieświadomy rytuał jest mniej plastyczny.
Cykoria dotyka czegoś o czym myślę od początku tej rozmowy. Plastyczność jako argument za świadomą praktyką - to jest przekonujące. Ale mam dodatkowe pytanie do tych którzy pracują w terenie: czy zdarzało wam się świadomie przerwać praktykę w połowie, powiedzieć 'nie, dziś nie', i co się wtedy dzieje? Czy to zakłóca coś, czy jest neutralne?
Willowa, to 'niedokończony ślad' który opisujesz - to jest coś co rozumiem, bo miałam podobnie, ale nie z magia w terenie tylko z pewnym rytuałem domowym który przerwałam w środku bez zamknięcia. Czy to jest to samo, czy zupełnie co innego? I jeśli to samo - to jak się domknęłaś, wróciłaś do tego miejsca?
Koperek pyta o coś, co mnie też zajmowało przez długi czas. Zamknięcie w terenie jest niewidoczne z zewnątrz, ale musi być tak samo realne. U mnie to jest coś bardzo prostego - jeden wydech, bardzo świadomy, i myśl w stylu 'skończone'. Żadnej ceremonii. Ale ten wydech musi być naprawdę intencjonalny, nie mechaniczny.
Strzaska i Mistique dotykają czegoś, o czym myślę od dawna. To rozróżnienie na 'energetyczne' i 'psychologiczne' jest moim zdaniem fałszywą dychotomią w kontekście praktyki w terenie. W większości tradycji z którymi miałem kontakt - te dwie warstwy są nierozłączne. Ciało jest w przestrzeni, umysł jest w intencji, a przestrzeń odpowiada na oba jednocześnie. Kto tu decyduje co jest 'realne'?
