Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy pora wykonywania pracy magicznej naprawdę ma znaczenie, czy to raczej coś, co sobie wmawiamy dla lepszego skupienia. Konkretnie chodzi mi o zaklęcia i afirmacje robione tuż przed zaśnięciem. Mam takie odczucie, że coś się wtedy inaczej układa - może dlatego, że umysł jest już na granicy jawy i snu i łatwiej o tym odpuścić kontrolę? Bo w ciągu dnia mam tysiąc myśli i co chwila się rozpraszam, a wieczorem jakoś łatwiej mi się skupić na jednej rzeczy. Ale nie wiem, czy to faktycznie zmienia coś w samej pracy, czy po prostu jestem wtedy spokojniejsza. Ktoś to eksperymentował świadomie, porównując efekty?
Stan przed zaśnięciem to klasyczne hypnagogium - mózg zwalnia produkcję fal beta i zaczyna schodzić w alfę, potem w tetę. I to jest właśnie ten moment, gdzie sugestia, intencja, cokolwiek to nazwiemy, trafia głębiej. To nie jest żadna magia sama w sobie, ale mechanizm jest realny. Problem jest jeden: większość ludzi zasypia zanim zdąży cokolwiek skończyć. Więc jeśli ktoś robi coś złożonego, to dzień jest bezpieczniejszy, bo masz pewność, że to domknąłeś. Ja osobiście wolę wieczór na krótkie, mocne intencje, a dzień na rytuały wymagające uwagi.
Mnie bardziej interesuje praktyczna strona. Próbowałem kilka razy coś robić wieczorem i rano nie pamiętałem czy w ogóle skończyłem, czy zasnąłem. To trochę bez sensu. Jak wy to rozwiązujecie, bo ja chyba jestem za bardzo zmęczony wieczorami żeby to miało ręce i nogi.
Dorzucę coś od czakr, bo mi to pasuje do tematu. Stan przed snem to czas, kiedy aktywność trzeciego oka jest naturalnie wyższa - ta granica między snem a jawą to klasyczny moment aktywności czakry ajna. Więc praca magiczna wtedy ma inne podłoże energetyczne niż w południe, kiedy dominuje słoneczny splot. To nie jest bez znaczenia, tylko mało kto to bierze pod uwagę planując rytuały.
Wracając do pytania Hortensji o to czy sen po rytuale może być intencjonalny - w tradycjach nordyckich jest coś takiego jak 'útiseta', dosłownie siedzenie na zewnątrz, ale w szerszym sensie chodzi o stan między, kiedy intencja może przejść przez granicę jawy. Nie jest to dokładnie to samo co spanie, ale jest ta idea, że pewne rzeczy muszą dojrzeć bez świadomej ingerencji. Więc tak, sen jako element pracy, a nie przypadek po pracy.
Ale jak długo trzeba czekać na efekty jak się robi te wieczorne rzeczy? Bo mam wrażenie, że przez miesiąc nic się nie zmienia i zastanawiam się czy to kwestia pory, złej metody, czy po prostu to nie działa na mnie.
Mnie właśnie interesuje ten wątek, który Hortensja rzuciła na początku - że te prace mogą wspierać pracę nad sobą. Bo jak to właściwie rozumieć? Że rytuał ma mi coś zmienić w głowie? To brzmi jak autosugestia, nie?
A czy ktoś próbował porównać efekty tych samych zaklęć robionych rano i wieczorem? Albo w nocy? Bo dużo się mówi o energii nocy i Księżyca, ale nie wiem czy ktoś to faktycznie sprawdził na sobie.
To jest klasyczny paradoks pracy przed snem i myślę, że nikt szczerze na to nie odpowie z pozycji pewności. Można znaleźć argumenty za obydwoma stronami. Ale jest coś, co mnie bardziej interesuje w tym wątku - Hortensja mówiła o planowym uśnięciu jako kontynuacji rytuału. Czy ktoś to faktycznie próbował z jakimś konkretnym nastawieniem, nie tylko przypadkowo zasnął?
Ja akurat robiłam coś zbliżonego, choć nie do końca świadomie. Zdarzało mi się kończyć pracę z wyobrażeniem, że puszczam intencję, i dosłownie kilka minut później zasypiałam. Efekty były - moim zdaniem - wyraźniejsze niż przy pracy, po której siadałam jeszcze do telefonu. Ale nie umiem powiedzieć czy to zasługa snu, czy po prostu skupienia.
A po tym śnie było coś widać w praktyce? Bo sny powiązane z intencją to jeszcze nie efekty, przynajmniej dla mnie. Mam sny o wszystkim i nic z tego nie wynika.
No właśnie to jest mój problem z tym tematem. Jak efektem jest 'zmienił się sposób reagowania', to skąd wiemy czy to nie jest po prostu normalna praca psychologiczna, którą każdy robi jak długo myśli o czymś? Nie twierdzę, że magia nie działa, ale te efekty wewnętrzne są nieodróżnialne od efektu skupionej uwagi.
Mnie to pytanie Nokturni bardzo zastanawia, bo sama nie umiem odpowiedzieć. Dla mnie ta rama ma znaczenie - jak nazywam coś rytuałem, to podchodzę do tego inaczej niż jak mówię 'ćwiczenie'. Ale nie wiem czy to zmienia cokolwiek obiektywnie, czy tylko moje nastawienie.
Wracając do oryginalnego pytania o porę - bo trochę odpłynęliśmy. Nikt jeszcze nie powiedział wprost o pracy w środku nocy, nie wieczornej, nie porannej, ale gdzieś między 2 a 4 w nocy. Spotkałam się z kilkoma tradycjami, które traktują ten czas osobno, jako coś innego niż noc po zaśnięciu. Ktoś to praktykuje świadomie?
Nie praktykuję świadomie, ale zdarzało mi się budzić o tej porze i miałam wrażenie, że głowa jest bardzo czysta, inaczej niż wieczorem. Nie robiłam wtedy żadnej pracy magicznej, ale to skojarzenie z tym co mówi Hortensja jest interesujące.
Jest takie pojęcie 'trzeciej straży nocy' w różnych tradycjach - w średniowiecznej Europie ludzie spali dwuetapowo i wstawali właśnie mniej więcej o tej porze. Niektórzy badacze historii snu, np. Roger Ekirch, pisali o tym, że ten czas był naturalnie używany do modlitwy, refleksji, rozmów. Czy to przekłada się na magię - nie wiem, ale jest coś w tym podziale.
Czyli mam teraz celowo nie spać przez noc żeby robić rytuały o trzeciej? Bo to brzmi jak przepis na to, żeby być padniętym w pracy i nic więcej.
Ja się pytam z czystej ciekawości bo czytam ten wątek od dłuższego czasu - czy jest jakaś różnica między zaklęciem a modlitwą w tym kontekście? Bo jak słyszę o trzeciej straży i pracy nocnej, to brzmi dokładnie jak monastyczne officium nocturnum. Zastanawiam się czy w ogóle da się to rozdzielić.
Dobra, ale mnisi mieli też ścisłą dyscyplinę snu, jedli mało, żyli bez rozproszenia. Trudno powiedzieć czy ta trzecia godzina działała dla nich dlatego że coś z nią jest, czy dlatego że cały ich tryb życia był ukierunkowany. U mnie trzecia w nocy to zwykle moment kiedy leżę i myślę o głupotach zamiast spać.
Czyli teraz magia nocna jest uzależniona od tego czy mam odpowiedni rytm dobowy? Brzmi jak kolejny warunek do spełnienia zanim cokolwiek zadziała.
Nie o warunek chodzi. Nikt nie mówi, że bez właściwego rytmu dobowego nic nie zadziała. Chodzi raczej o to, że jeśli już się budzisz naturalnie, to możesz to wykorzystać. Nie trzeba tego planować ani wymuszać. Różnica między pracą o 23 a o 3 może wynikać właśnie z tego, że to drugie budzi się samo - nie wychodzisz z głębokiego snu, tylko z jakiegoś innego etapu.
To co opisujesz ma pokrycie w tym jak wygląda cykl snu. Faza REM jest dłuższa i intensywniejsza właśnie w drugiej połowie nocy, więc jeśli budzisz się o trzeciej, czwartej, to często prosto z REM. Stan między snem a jawą po takim przebudzeniu jest jakościowo inny niż usypianie wieczorem. Nie zdziwiłbym się, że intencja ustawiona w takim momencie trafia głębiej, cokolwiek to znaczy.
Mam pytanie do tego co mówi Mikolajek - czy to znaczy, że praca przed zaśnięciem wieczorem i ta po nocnym przebudzeniu to są tak naprawdę dwa różne mechanizmy? Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że mówicie o czymś zupełnie innym niż na początku wątku.
Mnie zastanawia jedno - czy to nie jest tak, że wieczorna praca działa bardziej na poziomie snów, a ta środkowonocna już mniej? Bo jeśli budzę się po REM, to może sen już się skończył i nie ma co go programować, już jest po.
Wracając do tego co powiedział Mikolajek o kierunku - modlitwa idzie ku zewnętrznej sile, zaklęcie operuje własną intencją. Ale w praktyce to chyba nie jest takie czyste? Bo kiedy słyszę o ustawianiu intencji przed snem, to brzmi jak coś pomiędzy, jakbyś zarówno uruchamiał coś w sobie jak i puszczał to gdzieś dalej.
To jest właśnie jeden z tych podziałów, które wyglądają ładnie w teorii, a w praktyce się rozpadają. Ja kiedy puszczam intencję przed snem, nie wiem dokładnie czy mówię do siebie, do czegoś zewnętrznego, czy w ogóle do niczego. I szczerze? Przestałam się tym przejmować. Pytanie o kierunek jest filozoficzne, efekt jest praktyczny.
Ale czy nie jest tak, że jeśli nie wiesz do czego mówisz, to możesz mówić w kółko do ściany i nic? Pytam serio, bo ta dowolność interpretacji mnie trochę niepokoi. Albo mechanizm jest, albo go nie ma.
