Glozka zadała właściwe pytanie, ale zauważam, że pytamy o to Celestynę piąty raz różnymi słowami. Może zamiast kolejnej wersji tego samego pytania - czy ktoś ma jakiś doświadczenie z tym, jak wyglądała praca nad sobą w podobnej sytuacji? Co realnie robiłaś, robiłeś, żeby to przeprocesować bez wchodzenia w energetykę drugiej osoby?
Mogę powiedzieć co robiłam, choć nie wiem czy to 'magia' w ścisłym sensie. Pisałam listy do tej osoby, których nigdy nie wysyłałam. Ale pisałam je z myślą, że potem je spalę - nie jako zaklęcie, tylko jako zamknięcie konwersacji, która nigdy nie miała miejsca. Nie wiem czy to zadziałało na tamtą osobę. Wiem, że coś we mnie się przesunęło.
To co opisuje Wieszczka jest bliższe psychodramie niż magii operatywnej, ale to nie znaczy, że jest mniej skuteczne. Wiele rytuałów funkcjonuje dokładnie na tej granicy - są zaklęciem, ale zaklęciem skierowanym na własną psychikę, nie na zewnątrz. I w przypadkach takich jak ten, który opisuje Celestyna, to jest moim zdaniem jedyna praca, która nie generuje dodatkowych komplikacji.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale trochę zgubiłam się w tej rozmowie. Kiedy mówicie o 'pracy skierowanej na zewnątrz' versus 'na siebie' - gdzie jest granica? Jak rozpoznać, że przekroczyłam tę granicę? Pytam bo nie zawsze jest dla mnie jasne czym jest intencja w praktyce.
Mam pytanie praktyczne bo słyszę dużo teorii ale mało konkretu. Celestyna pisała że rozważała coś w związku z tą sytuacją - co konkretnie, jeśli możesz powiedzieć? Bo rozmawiamy o abstrakcyjnych granicach a nie wiemy nawet co wchodzi w grę. Bez tego trochę jakbyśmy leczyli bez diagnozy.
Celestyna, to że to widzisz jest już jakimś ruchem. Serio. Wiele osób w tej sytuacji szukałoby technicznego uzasadnienia dlaczego jednak można, zamiast pytać tak jak ty pytasz. Sygill można przeformułować - zamiast na stan tamtej osoby, na swój własny stan w związku z tą sytuacją. To jest wykonalne i nie wychodzi poza siebie.
Słucham tej rozmowy i mam takie skojarzenie z czymś, co wielokrotnie obserwowałam przy pracy z kamieniami - rhodonit i różowiec często trafiają do ludzi właśnie w momentach takich jak ten, co opisuje Celestyna. Nie twierdzę, że kamień cokolwiek 'zrobi' z sytuacją, ale noszenie czegoś co ma symbolizować przeprocesowanie, a nie przyciąganie, potrafi utrzymać kierunek intencji. Trochę jak kotwica dla własnej pracy.
Celestyna, to co napisałaś o sygilu - że formułowałaś go jako zmianę stanu tej osoby - to jest dość istotna informacja. Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem: mówimy o sygilu z intencją w stylu 'ta osoba odczuwa X' czy raczej 'ta osoba robi X'? Bo to nie jest to samo i myślę, że warto to rozróżnić zanim ktokolwiek zaproponuje przeformułowanie.
'Jest otwarta' to jedno z trudniejszych sformułowań, bo brzmi neutralnie, ale otwartość na co? Na kontakt z tobą? Na zmianę decyzji, którą podjęła? Intencja za słowem jest tutaj ważniejsza niż samo słowo.
Dokładnie to. I to jest jedna z pułapek przy pracy z sygilami - że można sobie powtarzać, że intencja jest 'miękka', podczas gdy sam cel jest zupełnie konkretny. 'Otwartość' jako stan brzmi niewinnie, ale jeśli wyobrażasz sobie tę osobę piszącą do ciebie wiadomość jako dowód, że zadziałało - to intencja jest bardzo konkretna.
Chcę dodać jedną rzecz do tego, co mówi Glozka, bo myślę, że jest tu jeszcze jeden poziom. W wielu tradycjach operatywnych - nie tylko tych zachodnich - rozróżnia się między intencją a kierunkiem. Intencja może być dobra, ale kierunek jest wycelowany w kogoś zewnętrznego. I problem nie leży w tym, czy chcesz tej osobie dobrze czy źle, tylko w tym, że w ogóle kierujesz pracę poza siebie bez zgody tej osoby.
Bartez zadał pytanie, które potrafi rozłożyć całą tę rozmowę na łopatki, jeśli nie postawimy jakiejś granicy. Bo jeśli modlitwa to też praca bez zgody, to w zasadzie każda myśl o kimś jest już interwencją. Trzeba gdzieś postawić granicę i myślę, że ona leży przy intencji zmiany versus intencji towarzyszenia.
Mam wrazenie ze gdzies sie zgubiłam w tej rozmowie. Czy my rozmawiamy o tym czy to etyczne, czy o tym czy w ogole działa na odleglosc, jak jest ten temat na górze? Bo te dwa pytania to troche inne dyskusje i nie wiem czy nie miesza sie jedno z drugim.
Może te dwa pytania nie są tak odrębne, jak się wydaje. W mojej praktyce zauważyłam, że to, czy coś 'działa', często zależy od tego, czy jest spójne wewnętrznie - a etyczna niejasność intencji tę spójność rozbija. Kiedy sama nie wiesz, czy chcesz uwolnienia czy powrotu, sygilem czy wizualizacja 'nie wie' tego też. Nie wiem czy to argument za lub przeciw, ale chyba warto to mieć w głowie.
Wchodzę może trochę z boku, ale przy tych sygillach - Celestyna mówiła, że rozważała pracę z nimi. Czy ktoś może powiedzieć jak w ogóle działa takie przeformułowanie, o którym mówiła Glozka? Bo nigdy nie próbowałem sygilów i nie rozumiem jak ta sama forma może zadziałać w dwie różne strony zależnie od intencji.
Słucham tej rozmowy i mam teraz takie poczucie, że przez długi czas szukałam magicznego rozwiązania czegoś, co jest zwykłym bólem po zakończeniu kontaktu. I że sygil skierowany na tę osobę był sposobem, żeby nie musieć siedzieć z tym bólem - tylko coś zrobić. Nie wiem czy to odkrycie jest magiczne czy psychologiczne, ale chyba ważne.
I żeby wrócić do pytania z tytułu - bo zaczęłyśmy od 'czy zaklęcia na odległość są skuteczne dla osób, z którymi nie jesteśmy w kontakcie' - moja odpowiedź brzmi: zależy co rozumiesz przez 'skuteczne'. Jeśli skuteczność mierzysz zmianą w tamtej osobie, to jesteś na przegranej pozycji nie tylko etycznie, ale też praktycznie, bo nie możesz tej zmiany zweryfikować. Jeśli skuteczność mierzysz po sobie - to już jest inna rozmowa.
Zostaje mi jeszcze jedno pytanie, też do Celestyny, ale może też do reszty. Piszesz, że ta praca była sposobem na uniknięcie bólu. I rozumiem to. Ale co teraz - czy masz zamiar tę pracę przeformułować tak jak sugerowała Glozka, czy raczej zostawić to w spokoju na jakiś czas?
To jest chyba jedna z rozsądniejszych rzeczy, jakie można zrobić - rozpoznać, kiedy jeszcze nie czas. Przy pracy z symbolem, który jest naładowany aktywnym oczekiwaniem, przeformułowanie działa tylko wtedy, gdy emocja trochę osiadła. Inaczej i tak robiąc 'nowy' sygil siedzisz z tym samym ładunkiem, tylko w innym opakowaniu.
Myślę że jedno i drugie, ale to nie jest symetryczne. Stan przy tworzeniu wpływa na to, co w ogóle wkładasz do formy - nie da się tego rozdzielić. A moment aktywacji to raczej decyzja o puszczeniu, a nie o kształtowaniu. Jeśli kształtujesz w stanie obsesji, żaden moment aktywacji tego nie wyczyści.
To troche jak z modlitwą błagalną, co nie? Niby oddajesz sprawę, a potem i tak codziennie sprawdzasz czy juz 'działa'. Znam ten stan z własnego doswiadczenia, choć to nie była magia tylko właśnie modlitwa. I de facto nic nie pusciłem, tylko przeniosłem oczekiwanie na inny rytm.
Bartez i Wieszczka opisują coś, co w niektórych tekstach kabalistycznych pojawia się jako 'ratzon mekabel' i 'ratzon lehashpia' - upraszczając: dwie różne intencje, odbierająca i dająca. Kiedy modlisz się albo robisz rytuał z nastawieniem wyłącznie odbiorczym - że 'to ma wrócić do mnie' - jest to jakościowo inne niż praca bez przywiązania do kierunku. Nieprzypadkowo 'puszczanie' jest w wielu tradycjach warunkiem skuteczności, a nie tylko ozdobnikiem.
I tu chyba jest sedno różnicy między tym, co Celestyna opisywała na początku, a tym, jak to mogłoby wyglądać inaczej. Jeśli intencja jest skierowana na konkretny efekt od konkretnej osoby - nie ma jak tego puścić, bo puszczenie zaprzeczyłoby samemu celowi. Dlatego właśnie przeformułowanie na siebie ma sens, bo to jest intencja, którą faktycznie możesz puścić.
Klimcia, oba te pytania są realne. Odległość fizyczna - w większości podejść operatywnych traktowana jest jako nieistotna, bo praca nie odbywa się w przestrzeni geograficznej. Ale drugie pytanie, o strukturę intencji, jest moim zdaniem ważniejsze, bo to ono decyduje o tym, czy praca jest w ogóle spójna. Możesz technicznie wszystko zrobić poprawnie i pracować na totalnym rozproszeniu.
Celestyna, wracam do twojej odpowiedzi z poprzedniego postu. Mówisz że myśl o sygilu ciągnie uwagę z powrotem. I to jest właśnie ta diagnostyczna informacja. Nie każda praca magiczna wymaga że masz być emocjonalnie neutralna - ale jeśli sam symbol jest teraz wyzwalaczem, to znak że jest za mocno osadzony w tym konkretnym napięciu żeby zrobić z niego cokolwiek innego.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie do Celestyny, ale też do wszystkich - czy to doświadczenie z rozpoznaniem, że szuka się magicznego skrótu zamiast siedzieć z bólem, jest czymś co macie częściej? Bo ja miałam podobnie przy zupełnie innych okolicznościach i zastanawiam się, czy to jest jakiś wzorzec czy bardziej jednostkowe.
I to jest może ważniejsza obserwacja niż cały wątek o skuteczności technicznej. Że rytuał daje coś w rodzaju iluzji ruchu, kiedy nie możemy zrobić nic innego. Tylko zastanawiam się - czy to zawsze jest zły znak? Może czasem to uczciwe wyjście z bezsilności, a nie ucieczka?
