Zastanawiam się nad czymś, co mnie ostatnio trochę nie daje spokoju. Mam na myśli zaklęcia czy rytuały kierowane do konkretnej osoby, z którą od jakiegoś czasu nie mamy żadnego kontaktu - ani telefonicznego, ani przez kogoś znajomego, nic. Czy w ogóle ma to sens energetycznie? Bo z jednej strony słyszałam, że połączenie psychiczne czy karmiczne nie potrzebuje fizycznej bliskości, z drugiej strony - skoro nie ma żadnej aktywnej nici między nami a tą osobą, to co właściwie ma przenosić tę intencję? I drugie pytanie, może ważniejsze: czy w ogóle powinniśmy się za to zabierać, jeśli ta osoba wyraźnie zerwała kontakt? Ciekawa jestem waszych doświadczeń, bo w teorii to jedno, a w praktyce pewnie wychodzą różne rzeczy.
To jest dobre pytanie, bo faktycznie dużo osób miesza dwie rzeczy: czy zaklęcie na odległość jest możliwe, i czy jest sensowne w tej konkretnej sytuacji. Jeśli chodzi o samą możliwość - większość tradycji, od hoodoo przez różne nurty wicca po kabałę praktyczną, zakłada, że fizyczna odległość nie ma znaczenia, bo pracujesz z energią lub intencją, a nie z ciałem tej osoby. Natomiast brak kontaktu to zupełnie inna sprawa. Niektórzy uważają, że im słabsza bieżąca więź, tym więcej własnej energii musisz włożyć, żeby w ogóle cokolwiek dotarło. Czyli nie niemożliwe, ale energetycznie kosztowniejsze. Mnie bardziej interesuje ten wątek, który poruszyłaś na końcu - po co w ogóle wysyłać cokolwiek do kogoś, kto sam zdecydował się odejść?
Zatrzymajcie się chwilę, bo ta dyskusja zaczyna iść w kierunku 'jak to zrobić skuteczniej', a mi się wydaje, że Celestyna pytała o coś głębszego. Pytała o sens, nie o technikę. I to 'dlaczego zerwała kontakt' jest tutaj kluczowe. W kabale mówimy o tym, że każde działanie wraca do nas przez pryzmat intencji. Jeśli ktoś zerwał kontakt świadomie, to jest to jego wola - i obchodzenie tej woli przez rytuał to już nie jest neutralne działanie energetyczne. To jest ingerencja. Nie mówię, że niemożliwa. Mówię, że ma konsekwencje, które potem ludzie przypisują 'złej passy' albo 'czyjejś zazdrości', zamiast spojrzeć na to, co sami uruchomili.
Może i etyczne, ale nie ma co owijać w bawełnę - większość przypadków, gdzie ktoś pyta o zaklęcia na kogoś bez kontaktu, to nie są rytuały ochronne ani życzenia zdrowia dla nieznajomego. Wiadomo, o co chodzi. I rozumiem, że forum to nie sąd, każdy robi swoje, ale ta rozmowa zaczyna brzmieć jakby szukano tutaj potwierdzenia, że to okej. Celestyna, nie kieruję tego do ciebie konkretnie, bo twoje pytanie brzmi szczerze i refleksyjnie. Mówię ogólnie o tym, jak takie wątki zazwyczaj się toczą. Co do meritum - pracowałam kiedyś z kimś, kto przez kilka miesięcy robił rytuały na osobę bez kontaktu. Efekt był taki, że ta osoba w ogóle nie wróciła, a on utknął w czymś, co z zewnątrz wyglądało jak obsesja. Rytuały zamiast pomagać przetworzyć sytuację, pogłębiały zacięcie na tej jednej osobie.
Czytam i mam pytanie do Blanki, bo to mnie zatrzymało. Mówisz, że rytuał działa na płaszczyźnie symbolicznej po stronie praktykującego. Ale jak to ma się do przypadków, gdzie ludzie opisują wyraźne zewnętrzne efekty, które trudno przypisać wyłącznie temu, co dzieje się w głowie osoby robiącej rytuał? Nie mówię, że to podważa twój argument, bo może jesteś w całości trafna. Ale ta część o 'płaszczyźnie symbolicznej' brzmi dla mnie trochę jak redukowanie całej magii do psychologii i autosugestii, a nie jestem pewna, czy o to ci chodziło.
Przeczytałam cały wątek i chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówicie, że zaklęcia na odległość działają, ale są ryzykowne kiedy ta osoba zerwała kontakt, tak? Bo mam wrażenie, że tutaj jest kilka różnych tez i trochę mi się to miesza. Jedni mówią, że energia nie trafia bez aktywnej więzi, inni że trafia ale wraca, Blanka mówi że działa ale na konstrukt. Które z tych stanowisk jest według was najbardziej spójne?
Wchodzę późno, ale to ważne co powiedziała Celestyna. Praca ze świecą i fotografią to jedna z tych technik, gdzie ryzyko tkwi nie w samej technice, ale w tym, jak długo i jak intensywnie to prowadzisz. Krótkie, zamknięte działanie z wyraźną intencją i jasnym zakończeniem rytuału - to inna sytuacja niż otwarta seria rytuałów tygodniami. Z mojej perspektywy czakrowej i bioenergetycznej dodam tylko jedno: intensywna praca z czyjąś fotografią przez dłuższy czas może budować bardzo wyraziste sklejenie energetyczne po twojej stronie, nawet jeśli po tamtej stronie nic się nie porusza. I to sklejenie trzeba potem aktywnie rozluźniać, bo samo nie odpuści.
Słucham i mam może naiwne pytanie, ale jak wiadomo kiedy ta granica jest przekroczona? Znaczy - kiedy to jest już niezdrowa obsesja, a kiedy po prostu mocne zaangażowanie w rytuał? Pytam bo z zewnątrz chyba wygląda tak samo.
Wracam do tego, co mówiła Celestyna o granicy między życzeniem komuś dobrze a próbą wpłynięcia. Zastanawiam się, czy ta granica jest w intencji, czy w strukturze samego rytuału. Bo można mieć najlepsze intencje i zbudować rytuał, który w swojej mechanice jest wiążący. I odwrotnie - można mieć intencję kontrolującą, ale rytuał sam w sobie jest tylko energetycznym impulsem bez żadnego zakotwiczenia w woli tej osoby.
Słyszę to i... nie do końca wiem. Naprawdę nie wiem. Chyba właśnie o to mi chodzi, że siadam do tej rozmowy i nie jestem pewna własnej intencji. I to chyba jest odpowiedź, nie? Że jeśli nie jestem pewna, czy chcę zamknąć temat czy wciągnąć tę osobę z powrotem, to może nie czas na żaden rytuał.
Celestyna właśnie powiedziała coś, przy czym chcę się zatrzymać. Bo to rzadkie, żeby ktoś w środku takiej dyskusji powiedział uczciwie, że nie zna własnej intencji. To jest chyba jedna z tych rzeczy, których w żadnym podręczniku do magii nie ma - że czasem nie wiesz, czego chcesz, i żaden rytuał cię z tego nie wyleczy.
Mam może proste pytanie, które mi się tu nasuwa. Czy ktoś z was miał sytuację, gdzie zrobił taki rytuał na kogoś bez kontaktu - cokolwiek, życzenie, ochronę, cokolwiek - i potem żałował? Nie chodzi mi o efekt, tylko o to, że żałował samego faktu, że to zrobił.
Słucham i mam wrazenie, że ten wątek z zamknięciem jest mega niedoceniany. Większość opiosów rytuałów, które czytałam, skupia sie na przygotowaniu i wykonaniu, a o zamknięciu jest góra zdanie. A wy mówicie, że to właśnie tam jest ten moment, który decyduje o tym, czy zostaniesz z tym emocjonalnie czy nie.
Chcę dopytać o coś konkretnego, bo trochę gubię się w tej rozmowie. Mówicie o zamknięciu jako o osobnej pracy. Jak ono wygląda w praktyce? Czy to jest osobny rytuał po tamtym, czy to jest coś co robi się w trakcie?
Wracając do pytania z tytułu wątku, bo trochę nam zeszło. Czy zaklęcia na odległość są skuteczne dla osób, z którymi nie jesteś w kontakcie. Przez całą tę rozmowę doszliśmy do czegoś, czego nie ma w żadnym pytaniu startowym - że skuteczność to jest ostatnie kryterium, jakie powinno decydować. Pierwsze pytanie brzmi: co to z tobą robi. I to jest odpowiedź, której Celestyna szukała na początku, tylko inaczej to sformułowała.
Henryka, to mnie trochę zatrzymało. Chyba tak. Łatwiej było zapytać 'czy działa', niż zapytać 'czy powinnam'. To drugie od razu brzmi jak coś, na co znam odpowiedź, a nie chcę jej słyszeć.
I tu jest sedno całego tematu, który mamy w tytule. Zaklęcia na odległość wobec osób bez kontaktu - technicznie możliwe w wielu systemach, ale pytanie 'czy działa' jest prawie zawsze zasłoną przed pytaniem 'co mnie tu tak naprawdę ciągnie'. Nie twierdzę, że to zawsze obsesja. Twierdzę, że to zawsze warto sprawdzić zanim się cokolwiek zrobi.
Ten test Runologa jest dobry, ale ma jedną dziurę. Można go zdać w głowie i oblać w środku. Czyli możesz powiedzieć sobie 'jasne, chcę jej dobrze', a jednocześnie mieć w sobie coś, co liczy na to, że jednak będzie potrzebowała ciebie do tego dobra. Dlatego wolę sprawdzać nie odpowiedź, tylko fizyczne odczucie, które towarzyszy tej odpowiedzi.
Mam pytanie trochę z innej strony. Mówicie cały czas o intencji jako o czymś wewnętrznym. Ale czy nie ma systemów, w których intencja jest mniej ważna niż sama forma rytuału? Że rytuał działa bo działa, niezależnie od stanu wykonawcy?
Słucham tej rozmowy i mam skojarzenie z czymś, co widziałam w tarologie - wiele osób, które przychodzą z pytaniem o kogoś, z kim nie ma kontaktu, naprawdę pyta o siebie. O to, dlaczego nie mogą odpuścić, dlaczego ta osoba zajmuje tyle miejsca. I ciekawe, że magia tutaj może być taką samą projekcją jak pytanie tarota - i jedno i drugie daje złudzenie działania, kiedy tak naprawdę potrzeba czegoś wewnętrznego.
Wchodzę z czymś może trochę bocznym, ale mi to nie daje spokoju od jakiegoś czasu. W tej całej rozmowie o intencji i gotowości mówimy jakby 'osoba bez kontaktu' była abstrakcją. Ale ona żyje, ma swój rytm życia, być może ją taka praca energetyczna w jakiś sposób dosięgnie - nawet życzliwa. I pytanie, którego prawie nikt tutaj nie zadał wprost - czy ta osoba by się na to zgodziła?
Gustlik, Runolog - to jest pytanie, przy którym muszę się zatrzymać. Bo nie miałam zgody. I teraz siedzę z tym i nie wiem, co z tym zrobić. Czy to automatycznie oznacza, że wszystko co rozważałam jest nie do wykonania?
Celestyna, to nie jest pytanie o 'można czy nie można'. To jest pytanie o to, co chcesz zbudować tą pracą. Jeśli zależy ci na tej relacji - nawet domkniętej, nawet przeszłej - to praca bez zgody tej osoby buduje ją na fundamencie, który jest jednostronny. I to zostaje, nawet jeśli intencja była piękna.
Celestyna - 'nic' to też jest działanie, tylko że skierowane do środka, nie na zewnątrz. I jest dużo pracy, którą można zrobić bez dotykania tej drugiej osoby energetycznie. Tylko pytanie, czy to jest to, czego szukasz, czy szukasz sposobu, żeby jednak dotknąć.
Mam jedno konkretne pytanie do Celestyny, bo myślę, że to zmienia odpowiedź. Czy ta osoba wie, że w ogóle istniejesz jako ktoś, z kim miałaś jakiś kontakt, relację, cokolwiek? Czy to jest ktoś zupełnie obcy, kogo obserwujesz z dystansu?
To zmienia dość dużo, moim zdaniem. Jeśli ta osoba świadomie zakończyła kontakt, to jej decyzja jest w pewnym sensie jasno wyrażoną granicą. I w tym momencie pytanie o zaklęcia na odległość staje się pytaniem o to, czy chcemy tę granicę obejść energetycznie, skoro nie możemy obejść jej inaczej.
Zatrzymuję się przy tym 'uwolnieniu', bo to słowo jest bardzo obciążone w tego typu rozmowach. Można powiedzieć 'chcę się uwolnić', a pod spodem mieć nadzieję, że ta praca uwolni też tamtą osobę od jej decyzji. Pytanie do Celestyny jest może trochę trudne, ale - co konkretnie miałoby być wynikiem tej pracy? Co ma się zmienić?
